Uwaga!
Dostałam zgłoszenie, że niestety komuś po próbie otwarcia zaprzyjaźnionego bloga otworzyła się płatna strona.
Teraz już sprawdziłam i otwierają się Twórcze inspiracje jak powinno być.
Chciałam tylko powiadomić, że na moim blogu nie powinny pojawiać się ŻADNE płatne reklamy. Ten blog nie służy zarabianiu!!! W razie czego proszę o powiadomienie.
sobota, 11 lipca 2015
piątek, 10 lipca 2015
Jednak ziemniaki
Dzisiaj zacznę bez wstępów:)
Oczywiście wszystko ma związek z moim ostatnim zajęciem czyli przygotowaniami do festynu charytatywnego. Dodatkowo okazało się, że festyn nie będzie otwarty dla wszystkich tylko dla zaproszonych, zimno mi się zrobiło brrr.
Wczoraj oprócz nieustannych pytań dzieci przeszkadzały mi zajęcia domowe. Bo przecież towarzystwo powinno zjeść obiad, niektórych trzeba przewinąć, innym podać coś do picia itd. To jest dobry trening w wybieraniu tego co ważne, czym tak naprawdę powinnam zajmować się w ciągu dnia. W moim przypadku każda, nawet najszlachetniejsza działalność może być ucieczką i hodowaniem swojego ego. Tak więc mój wewnętrzny Sknerusik musiał spuścić nieco z tonu:)))
Jednym z zajęć, które mnie wczoraj pochłonęły było obieranie ziemniaków. A że ziemniaki młode to zaczęłam je ambitnie skrobać. Mam ręce zajęte, ale umysł swobodny i leci hen daleko. Jako, że ziemniaków jak zwykle do obrania było sporo poczułam wewnętrzny bunt. Przypomniała mi się moja przyjaciółka, która jakiś czas temu oznajmiła, że ona młode ziemniaki po prostu obiera. W związku z tym nasze, na obiad były trochę dziwne. Niektóre skrobane, inne obierane. i to z kancikiem:)
Tu znowu nieco pofrunęłam, bo przypomniałam sobie, że gdy ostatnio wypadał dyżur Marysi na obiad dostaliśmy młode ziemniaki w mundurkach. Tłumaczenie było następujące i różnorodne: że na biwakach tak się jada a w ogóle to tuż pod skórką jest mnóstwo witamin i szkoda je obierać:)
A potem cofnęłam się do czasów dawnych, kiedy moja babcia skrobała młode ziemniaki i opowiadała mi historie ze swojego dzieciństwa i młodości.
Podczas wojny miała 18 lat i starszą dwa lata siostrę. Mieszkali na Wołyniu, w Równym. W 1941 roku po okupacji rosyjskiej zaczęła się niemiecka. Wybrały się z siostra na poszukiwanie chleba. Pod każdym ze znanych im sklepów były potężne kolejki. Ktoś rzucił hasło, że za rogiem w małej żydowskiej piekarni jest chleb. Pobiegły tam. I owszem kolejka znacznie mniejsza, ale chleba również nie ma. Stanęły i czekają. W tym momencie podjeżdża samochód i niemieccy żołnierze każą im wsiadać. Przerażone posłuchały. Zostały dowiezione do koszar. Pokazano im hałdę ziemniaków i kazano obierać. Problem polegał na tym, że obie jako panienki z dobrego domu nigdy tego nie robiły samodzielnie. Pomimo świetnej znajomości niemieckiego nie były w stanie wykrztusić ani słowa, tylko szlochały. Po dłuższym czasie zjawił się niemiecki oficer, ujrzał nieobrane ziemniaki i krzyżyki na ich szyjach. Dopiero wtedy wyjaśniło się nieporozumienie. Ustawiły się w kolejce tylko dla Żydów i dlatego zostały wzięte na roboty. Cudem po obraniu niewielkiego garnka ziemniaków dla oficerów zostały wypuszczone do domu. To były na szczęście początki niemieckiej okupacji, albo trafiły tak dobrze. Oczywiście był to pomysł starszej z sióstr. Ta moja cioteczna babcia miała różne numery na swoim koncie i zawsze zwiodła mniej postrzeloną, młodszą. A to wyszła na spacer w ledwie sfastrygowanej sukience, bo już chciała się nią pochwalić. Sukienka w trakcie spaceru zaczęła się rozpadać. A to pod ostrzałem artyleryjski i przechodzącym frontem postanowiła odwiedzić swojego narzeczonego na drugim końcu miasta, siostra towarzyszyła jej jako przyzwoitka. I opluła mundur niemieckiego żołnierza, po czym wykorzystując jego zdumienie zwiała. I przeżyła.
Jak słuchałam o mojej ciotecznej babci to zawsze cieszyłam się, że nie odbiegam od mojej rodziny. Bo dzięki niezwykłemu wymieszaniu genów bycie narwaną odziedziczyłam po niej. Ale cicho....
A cała ta historia była mi opowiadana, bo zawierała smrodek dydaktyczny. Na moje refleksje typu:
-Nie znoszę obierać ziemniaków!
Babcia opowiadała co wyżej i dodawała:
-Ale nauczyć się musisz. Nigdy nie wiadomo kiedy ci się to przyda.
No i babcia miała rację:)
Ale dalej nie lubię.
W poniedziałek na obóz harcerski wyjechały Marysia i Zosia. Dzisiaj do Warszawy na praktyki pojechał Stasiu. W niedziele na Kaszuby wyjeżdża Jacek a w następną na farmę mleczną Jaś. Marta w pracy. Siłą rzeczy Asia zaczyna królować czytaj być bardzo niegrzeczna, ale i wielce wymowna. Nie ma rodzeństwa to ciągle gada do mamusi:)
-Ale mi nogi spufły!
-Jak to?
-Bo mi się grube zrobiły.- i tu nastąpiła prezentacja
A wieczorem do Marty:
-Nie dawaj mi krówek, bo mam dietę.
I po chwili zastanowienia:
-I na truskawki też, jak mama patrzy.
Ta kobieta za tydzień kończy cztery lata. Jak my ją okiełznamy?
I pochwalę się, nie wszystkim, ale ten produkt mogę już pokazać:) Trochę na lato nie pasuje, ale pogoda prawie listopadowa więc mi się skojarzyło.
Te zdjęcia są beznadziejne, ale ponieważ w konkursie na promowanie dzietności wygraliśmy voucher na sprzęt Agd ( jeszcze o tym napiszę) to będę miała aparat. Będzie lepiej.
Z pogodą mam nadzieję też:)
p.s Prawie bym zapomniała. Do północy dzisiaj można się jeszcze zgłaszać do aeljot po gazetki, które pomogą bardzo przeżyć do lepszej pogody:)
aeljot.blogspot.com
Oczywiście wszystko ma związek z moim ostatnim zajęciem czyli przygotowaniami do festynu charytatywnego. Dodatkowo okazało się, że festyn nie będzie otwarty dla wszystkich tylko dla zaproszonych, zimno mi się zrobiło brrr.
Wczoraj oprócz nieustannych pytań dzieci przeszkadzały mi zajęcia domowe. Bo przecież towarzystwo powinno zjeść obiad, niektórych trzeba przewinąć, innym podać coś do picia itd. To jest dobry trening w wybieraniu tego co ważne, czym tak naprawdę powinnam zajmować się w ciągu dnia. W moim przypadku każda, nawet najszlachetniejsza działalność może być ucieczką i hodowaniem swojego ego. Tak więc mój wewnętrzny Sknerusik musiał spuścić nieco z tonu:)))
Jednym z zajęć, które mnie wczoraj pochłonęły było obieranie ziemniaków. A że ziemniaki młode to zaczęłam je ambitnie skrobać. Mam ręce zajęte, ale umysł swobodny i leci hen daleko. Jako, że ziemniaków jak zwykle do obrania było sporo poczułam wewnętrzny bunt. Przypomniała mi się moja przyjaciółka, która jakiś czas temu oznajmiła, że ona młode ziemniaki po prostu obiera. W związku z tym nasze, na obiad były trochę dziwne. Niektóre skrobane, inne obierane. i to z kancikiem:)
Tu znowu nieco pofrunęłam, bo przypomniałam sobie, że gdy ostatnio wypadał dyżur Marysi na obiad dostaliśmy młode ziemniaki w mundurkach. Tłumaczenie było następujące i różnorodne: że na biwakach tak się jada a w ogóle to tuż pod skórką jest mnóstwo witamin i szkoda je obierać:)
A potem cofnęłam się do czasów dawnych, kiedy moja babcia skrobała młode ziemniaki i opowiadała mi historie ze swojego dzieciństwa i młodości.
Podczas wojny miała 18 lat i starszą dwa lata siostrę. Mieszkali na Wołyniu, w Równym. W 1941 roku po okupacji rosyjskiej zaczęła się niemiecka. Wybrały się z siostra na poszukiwanie chleba. Pod każdym ze znanych im sklepów były potężne kolejki. Ktoś rzucił hasło, że za rogiem w małej żydowskiej piekarni jest chleb. Pobiegły tam. I owszem kolejka znacznie mniejsza, ale chleba również nie ma. Stanęły i czekają. W tym momencie podjeżdża samochód i niemieccy żołnierze każą im wsiadać. Przerażone posłuchały. Zostały dowiezione do koszar. Pokazano im hałdę ziemniaków i kazano obierać. Problem polegał na tym, że obie jako panienki z dobrego domu nigdy tego nie robiły samodzielnie. Pomimo świetnej znajomości niemieckiego nie były w stanie wykrztusić ani słowa, tylko szlochały. Po dłuższym czasie zjawił się niemiecki oficer, ujrzał nieobrane ziemniaki i krzyżyki na ich szyjach. Dopiero wtedy wyjaśniło się nieporozumienie. Ustawiły się w kolejce tylko dla Żydów i dlatego zostały wzięte na roboty. Cudem po obraniu niewielkiego garnka ziemniaków dla oficerów zostały wypuszczone do domu. To były na szczęście początki niemieckiej okupacji, albo trafiły tak dobrze. Oczywiście był to pomysł starszej z sióstr. Ta moja cioteczna babcia miała różne numery na swoim koncie i zawsze zwiodła mniej postrzeloną, młodszą. A to wyszła na spacer w ledwie sfastrygowanej sukience, bo już chciała się nią pochwalić. Sukienka w trakcie spaceru zaczęła się rozpadać. A to pod ostrzałem artyleryjski i przechodzącym frontem postanowiła odwiedzić swojego narzeczonego na drugim końcu miasta, siostra towarzyszyła jej jako przyzwoitka. I opluła mundur niemieckiego żołnierza, po czym wykorzystując jego zdumienie zwiała. I przeżyła.
Jak słuchałam o mojej ciotecznej babci to zawsze cieszyłam się, że nie odbiegam od mojej rodziny. Bo dzięki niezwykłemu wymieszaniu genów bycie narwaną odziedziczyłam po niej. Ale cicho....
A cała ta historia była mi opowiadana, bo zawierała smrodek dydaktyczny. Na moje refleksje typu:
-Nie znoszę obierać ziemniaków!
Babcia opowiadała co wyżej i dodawała:
-Ale nauczyć się musisz. Nigdy nie wiadomo kiedy ci się to przyda.
No i babcia miała rację:)
Ale dalej nie lubię.
W poniedziałek na obóz harcerski wyjechały Marysia i Zosia. Dzisiaj do Warszawy na praktyki pojechał Stasiu. W niedziele na Kaszuby wyjeżdża Jacek a w następną na farmę mleczną Jaś. Marta w pracy. Siłą rzeczy Asia zaczyna królować czytaj być bardzo niegrzeczna, ale i wielce wymowna. Nie ma rodzeństwa to ciągle gada do mamusi:)
-Ale mi nogi spufły!
-Jak to?
-Bo mi się grube zrobiły.- i tu nastąpiła prezentacja
-Nie dawaj mi krówek, bo mam dietę.
I po chwili zastanowienia:
-I na truskawki też, jak mama patrzy.
Ta kobieta za tydzień kończy cztery lata. Jak my ją okiełznamy?
I pochwalę się, nie wszystkim, ale ten produkt mogę już pokazać:) Trochę na lato nie pasuje, ale pogoda prawie listopadowa więc mi się skojarzyło.
Te zdjęcia są beznadziejne, ale ponieważ w konkursie na promowanie dzietności wygraliśmy voucher na sprzęt Agd ( jeszcze o tym napiszę) to będę miała aparat. Będzie lepiej.
Z pogodą mam nadzieję też:)
p.s Prawie bym zapomniała. Do północy dzisiaj można się jeszcze zgłaszać do aeljot po gazetki, które pomogą bardzo przeżyć do lepszej pogody:)
aeljot.blogspot.com
Tak szybciutko
Ziemniaczki jeszcze poczekają:)
Skończyłam kapelusik
Modelką jest Asia:). Jedyny problem jaki mam to niechęć modelki do rozstania się z produktem. Jest głęboko przekonana, że to dla niej:)
Te kolory na zdjęciach dobijaja mnie:)
Co do niespania. Wstałam przed 5 rano i zaczęłam jeden świetny wzór. Co prawda wstałam tak rano, żeby w spokoju napisać choć trochę, ale znowu pomieszałam priorytety. Nawet braciszek Cadfael czuje się zaniedbany:)))
To powyżej to wieczorny krajobraz za oknem. No i jak żyć???????? To jest lipiec jakby ktoś nie zauważył, najcieplejszy miesiąc w roku! No jak żyć?!
Skończyłam kapelusik
Modelką jest Asia:). Jedyny problem jaki mam to niechęć modelki do rozstania się z produktem. Jest głęboko przekonana, że to dla niej:)
Te kolory na zdjęciach dobijaja mnie:)
Co do niespania. Wstałam przed 5 rano i zaczęłam jeden świetny wzór. Co prawda wstałam tak rano, żeby w spokoju napisać choć trochę, ale znowu pomieszałam priorytety. Nawet braciszek Cadfael czuje się zaniedbany:)))
To powyżej to wieczorny krajobraz za oknem. No i jak żyć???????? To jest lipiec jakby ktoś nie zauważył, najcieplejszy miesiąc w roku! No jak żyć?!
czwartek, 9 lipca 2015
O ziemniaku słów kilka
Zanim przejdę do meritum jak zwykle wstęp, który ma szansę rozrosnąć się niebezpiecznie.
W ostatnim tygodniu poczyniłam zaniedbania straszliwe w pisaniu i teraz cały czas nie wiem o czym pisać bo tyle tego jest:)
Wrócę do upalnego tygodnia, już za nim tęsknię:)) A u nas zimno, mokro i wietrznie, i niestety w prognozach nie ma ani słowa o poprawie pogody. Wczoraj rano mój miły dał znać z Krakowa, że ledwo żyje, taki upał. A u nas w tym samym czasie zaciągniete chmurami niebo i wiatr co wywraca suszarki z praniem. Dookoła plac budowy, nieustannie jeżdżące ciężarówki i nie ma nawet jak się wybrać na spacer:(
Jednak w owym upale pojawiła się u nas TVP i nakręciła 3 minuty reportażu do programu " Między ziemią i niebem". Moje dzieci jak zwykle stanęły na wysokosci zadania i prawie doprowadziły do rozstroju nerwowego panów telewizyjnych:) Biedni, nieświadomi niczego ludzie. Wkroczyli w piątek, niemalże o świcie ( godzina 9.00) do jaskini lwa. Każde z moich dzieci ma swoje zdanie, wie lepiej i koniecznie musi to powiedzieć. Przy działającej kamerze nagle wyzwalają się w nich ukryte pokłady skromności i pokory, i puszczają innych przodem, a że czynią tak wszyscy naraz to zapada śmiertelna cisza. Pan operator już prawie darł włosy z głowy:). Te trzy minuty kręcili ponad godzinę. Na koniec nasze dzieci stwierdziły, że fajnie było. Ostatnio często się zastanawiam czy odpowiednio ich zaklasyfikowałam. Może to nie kosmici a potwory?????Takie żywiące się energią innych ludzi. To zresztą wyjaśniałoby skąd oni mają zawsze energie a ja rzadko kiedy....
I właśnie a propos tego. Dlaczego muszę spać? Przydałoby mi się niespanie. I to w dużej ilości.
Jestem pochłonięta TFURCZOŚCIĄ. Za punkt honoru postawiłam sobie wykazać się i zachwycić bywalców owego pikniku charytatywnego. Oczywiście również w ramach reklamy. Mają tam być różni dobrze sytuowani ludzie i może zechcą później coś jeszcze zamówić.
No sami widzicie:)
Dziś skończę kapelusik ( z którego nie jestem do końca zadowolona, bo już brak mi kolorów i zrobiłam w takich kolorach nie moich) i sowę , i mam zamiar dorobić ze trzy ptaszory. A jutro... Jutro będę robiła kolczyki i koronki czyli to co lubię najbardziej. Zwłaszcza łączenia z koralikami. Niestety to dość kosztowne hobby i dlatego zmieniam się w Sknerusa;-)
Dzisiaj jednakże tfurczość ;-) była przerywana nieustannie przez:
-Mamo, zobacz!
-Mamo widzisz?
-Mamuś no chodź!!!
Józio był zajety produkowaniem samolotów z papieru i ozdabianiem ich a po każdej postawionej kresce domagał się podziwu. Natomiast Asia kolorowała narysowane przez starszą siostrę wróżki i gadała sama do siebie, któren to objaw jest dość powszechny w naszym domu:)))
-A ta będzie jak taka słodka babulinka, jak mamusia.
Pozostawmy to bez komentarza.
O ziemniakach jak widać będzie wieczorem....
W ostatnim tygodniu poczyniłam zaniedbania straszliwe w pisaniu i teraz cały czas nie wiem o czym pisać bo tyle tego jest:)
Wrócę do upalnego tygodnia, już za nim tęsknię:)) A u nas zimno, mokro i wietrznie, i niestety w prognozach nie ma ani słowa o poprawie pogody. Wczoraj rano mój miły dał znać z Krakowa, że ledwo żyje, taki upał. A u nas w tym samym czasie zaciągniete chmurami niebo i wiatr co wywraca suszarki z praniem. Dookoła plac budowy, nieustannie jeżdżące ciężarówki i nie ma nawet jak się wybrać na spacer:(
Jednak w owym upale pojawiła się u nas TVP i nakręciła 3 minuty reportażu do programu " Między ziemią i niebem". Moje dzieci jak zwykle stanęły na wysokosci zadania i prawie doprowadziły do rozstroju nerwowego panów telewizyjnych:) Biedni, nieświadomi niczego ludzie. Wkroczyli w piątek, niemalże o świcie ( godzina 9.00) do jaskini lwa. Każde z moich dzieci ma swoje zdanie, wie lepiej i koniecznie musi to powiedzieć. Przy działającej kamerze nagle wyzwalają się w nich ukryte pokłady skromności i pokory, i puszczają innych przodem, a że czynią tak wszyscy naraz to zapada śmiertelna cisza. Pan operator już prawie darł włosy z głowy:). Te trzy minuty kręcili ponad godzinę. Na koniec nasze dzieci stwierdziły, że fajnie było. Ostatnio często się zastanawiam czy odpowiednio ich zaklasyfikowałam. Może to nie kosmici a potwory?????Takie żywiące się energią innych ludzi. To zresztą wyjaśniałoby skąd oni mają zawsze energie a ja rzadko kiedy....
I właśnie a propos tego. Dlaczego muszę spać? Przydałoby mi się niespanie. I to w dużej ilości.
Jestem pochłonięta TFURCZOŚCIĄ. Za punkt honoru postawiłam sobie wykazać się i zachwycić bywalców owego pikniku charytatywnego. Oczywiście również w ramach reklamy. Mają tam być różni dobrze sytuowani ludzie i może zechcą później coś jeszcze zamówić.
No sami widzicie:)
Dziś skończę kapelusik ( z którego nie jestem do końca zadowolona, bo już brak mi kolorów i zrobiłam w takich kolorach nie moich) i sowę , i mam zamiar dorobić ze trzy ptaszory. A jutro... Jutro będę robiła kolczyki i koronki czyli to co lubię najbardziej. Zwłaszcza łączenia z koralikami. Niestety to dość kosztowne hobby i dlatego zmieniam się w Sknerusa;-)
Dzisiaj jednakże tfurczość ;-) była przerywana nieustannie przez:
-Mamo, zobacz!
-Mamo widzisz?
-Mamuś no chodź!!!
Józio był zajety produkowaniem samolotów z papieru i ozdabianiem ich a po każdej postawionej kresce domagał się podziwu. Natomiast Asia kolorowała narysowane przez starszą siostrę wróżki i gadała sama do siebie, któren to objaw jest dość powszechny w naszym domu:)))
-A ta będzie jak taka słodka babulinka, jak mamusia.
Pozostawmy to bez komentarza.
O ziemniakach jak widać będzie wieczorem....
wtorek, 7 lipca 2015
Mieszane uczucia część 2
Braciszek Cadfael zachowuje się bardzo niegodnie. Bo cóż to jest, by osoba stanu duchownego tak kusiła i wodziła po manowcach, tak wciągała do swego opactwa. A ja muszę się opierać bo huk roboty.
Mój Ukochany na służbowych wojażach, w Krakowie. I oba samochody nieczynne. W zeszłym tygodniu padł nasz 9-cio osobowy Transporter zwany Helmutem. Byłam naprawdę wdzięczna Panu Bogu za opiekę, bo zaczął lać się płyn hamulcowy. Stało się to podczas przeglądu, słabe miejsce akurat wtedy puściło. Widziałam w tym naprawdę Opatrzność, bo nie stało się to podczas jakiejś jazdy a jest to samochód, którym mamy jechać na Chorwację. Moja wybujała i zwyrodniała wyobraźnia od razu podsunęła mi obrazy braku hamulców na zjeździe pełnym zakrętów.
Został u mechanika. Niestety nasz specjalista jest zazwyczaj bardzo mocno obłożony robotą i naprawy u niego trwają. Tak było i tym razem. Mija tydzień i pojawiła się mglista nadzieja, że już za dwa dni być może....
Nie było to takie tragiczne, choć życie nam lekko utrudniło. Został nam 7-mio osobowy fiat zwany Ulką. Ukochany miał akurat urlop i nasze plany, by wyruszyć nad jezioro całą rodziną zostały mocno ograniczone:). Ale nie było źle. Do wczoraj.
Zdążyłam jeszcze odwieźć Marysię i Zosię na zbiórkę, na dworzec bo ruszyły na obóz harcerski. Lał deszcz a ja postanowiłam kupić sporą ilość truskawek i w te dżdże spowić dom słodkim zapachem konfitur. Prawie się udało. Nie zważając na strugi deszczu i kałuże na drodze do samochodu, wpakowałam doń 14 kg truskawek i 5 kg ogórków. No i koniec. Już nie ruszyłam.
Na to, to się zbuntowałam. Mąż wyjeżdża, pełno różnych spraw a ja bez samochodu, uwięziona...I sporo walki kosztowało mnie niewchodzenie w szemranie. Nie do końca się udało. To jest ten moment w którym trudno mi dziękować za to co się dzieje i przyjmować, że to jest najlepsze.
I to są te moje mieszane uczucia. Nie cierpię samochodów i żyć bez nich nie mogę:)))))
Robię już kolejna porcję diabelskich ogórków. Źródło przepisu jak wspominałam to Radio Maryja i pewna siostra, której imienia nie znam. Te ogórki to jeden z nielicznych przepisów, których nie przerobiłam:) Bo są doskonałe. W tym roku zrobiłam ich już 10 kg a na półce stoja 3 nędzne słoiczki. Po prostu towarzystwo je wyżera i to jak!
1,5 kg ogórków myjemy i przekrawamy na pół. Zasypujemy na 12 godzin 4 łyżkami soli.
Po 12 godzinach odlewamy do garnka sok z ogórków a do nich wkrawamy 2 główki czosnku. Ząbki czosnku mają byc pokrojone na plasterki ( czosnek jest bardzo lepiący!).
Natomiast do soku dodajemy 1,5 szklanki octu, 2 szklanki wody, szklankę cukru, 8 łyżek oleju i 2 łyżki chilli. Zalewę gotujemy i gorącą zalewamy ogórki z czosnkiem. Po 48 godzinach pakujemy je do słoików, zalewamy zalewą i odstawiamy na półkę. Nie trzeba pasteryzować:). Niestety przez te 48 godzin bardzo dużo ogórków znika, bo już po 12 godzinach od zalania są pyszne. Tak więc z 1,5 kg ogórków wychodzi średnio jeden mały słoiczek. Aha, funkcjonują jako diabelskie bo są naprawdę ostre:).
Obecnie po raz kolejny jestem na etapie, kiedy puszczają sok:))))
Chwilowo porzuciłam narzutę, bo wczoraj zostałam poproszona o złożenie swoich kilku prac na kiermasz dobroczynny. No poczułam się wyróżniona, bo prosiła osoba o dużym smaku i wyrobieniu plastycznym. Prac gotowych oczywiście nie mam, więc muszę naprodukować. Na pierwszy ogień poszły ptaki.STĄD
Tak wygladają dwa, które zdążyłam zrobić dziś popołudniu. Cadfael siedź cicho!
Jaś z Jackiem bardzo mi pomogli, bo wzięli maluchy do ogródka i grali z nimi chyba w piłkę. Ran nie było, więc nie wnikałam.
Tylko się martwię czy są dostatecznie dobre, czy się spodobają. Mam zamiar dorobić jeszcze przynajmniej trzy w różnych wersjach kolorystycznych a co dalej to może jutro pokażę:)
Najpierw były upały a potem lunęło i w ogródku wszystko rośnie i rośnie...Chwasty niestety też.
To moje dynie:) pomiędzy nimi szczypiorek. a wszystko na grządce permakultowej:)
I lilia, która się rozwinęła a nie wierzyłam bo przyjechała do mnie aż z Lublina, w nie najlepszych warunkach i bliżej jej było do uschnięcia niż kwitnięcia.
Mój Ukochany na służbowych wojażach, w Krakowie. I oba samochody nieczynne. W zeszłym tygodniu padł nasz 9-cio osobowy Transporter zwany Helmutem. Byłam naprawdę wdzięczna Panu Bogu za opiekę, bo zaczął lać się płyn hamulcowy. Stało się to podczas przeglądu, słabe miejsce akurat wtedy puściło. Widziałam w tym naprawdę Opatrzność, bo nie stało się to podczas jakiejś jazdy a jest to samochód, którym mamy jechać na Chorwację. Moja wybujała i zwyrodniała wyobraźnia od razu podsunęła mi obrazy braku hamulców na zjeździe pełnym zakrętów.
Został u mechanika. Niestety nasz specjalista jest zazwyczaj bardzo mocno obłożony robotą i naprawy u niego trwają. Tak było i tym razem. Mija tydzień i pojawiła się mglista nadzieja, że już za dwa dni być może....
Nie było to takie tragiczne, choć życie nam lekko utrudniło. Został nam 7-mio osobowy fiat zwany Ulką. Ukochany miał akurat urlop i nasze plany, by wyruszyć nad jezioro całą rodziną zostały mocno ograniczone:). Ale nie było źle. Do wczoraj.
Zdążyłam jeszcze odwieźć Marysię i Zosię na zbiórkę, na dworzec bo ruszyły na obóz harcerski. Lał deszcz a ja postanowiłam kupić sporą ilość truskawek i w te dżdże spowić dom słodkim zapachem konfitur. Prawie się udało. Nie zważając na strugi deszczu i kałuże na drodze do samochodu, wpakowałam doń 14 kg truskawek i 5 kg ogórków. No i koniec. Już nie ruszyłam.
Na to, to się zbuntowałam. Mąż wyjeżdża, pełno różnych spraw a ja bez samochodu, uwięziona...I sporo walki kosztowało mnie niewchodzenie w szemranie. Nie do końca się udało. To jest ten moment w którym trudno mi dziękować za to co się dzieje i przyjmować, że to jest najlepsze.
I to są te moje mieszane uczucia. Nie cierpię samochodów i żyć bez nich nie mogę:)))))
Robię już kolejna porcję diabelskich ogórków. Źródło przepisu jak wspominałam to Radio Maryja i pewna siostra, której imienia nie znam. Te ogórki to jeden z nielicznych przepisów, których nie przerobiłam:) Bo są doskonałe. W tym roku zrobiłam ich już 10 kg a na półce stoja 3 nędzne słoiczki. Po prostu towarzystwo je wyżera i to jak!
1,5 kg ogórków myjemy i przekrawamy na pół. Zasypujemy na 12 godzin 4 łyżkami soli.
Po 12 godzinach odlewamy do garnka sok z ogórków a do nich wkrawamy 2 główki czosnku. Ząbki czosnku mają byc pokrojone na plasterki ( czosnek jest bardzo lepiący!).
Natomiast do soku dodajemy 1,5 szklanki octu, 2 szklanki wody, szklankę cukru, 8 łyżek oleju i 2 łyżki chilli. Zalewę gotujemy i gorącą zalewamy ogórki z czosnkiem. Po 48 godzinach pakujemy je do słoików, zalewamy zalewą i odstawiamy na półkę. Nie trzeba pasteryzować:). Niestety przez te 48 godzin bardzo dużo ogórków znika, bo już po 12 godzinach od zalania są pyszne. Tak więc z 1,5 kg ogórków wychodzi średnio jeden mały słoiczek. Aha, funkcjonują jako diabelskie bo są naprawdę ostre:).
Obecnie po raz kolejny jestem na etapie, kiedy puszczają sok:))))
Chwilowo porzuciłam narzutę, bo wczoraj zostałam poproszona o złożenie swoich kilku prac na kiermasz dobroczynny. No poczułam się wyróżniona, bo prosiła osoba o dużym smaku i wyrobieniu plastycznym. Prac gotowych oczywiście nie mam, więc muszę naprodukować. Na pierwszy ogień poszły ptaki.STĄD
Tak wygladają dwa, które zdążyłam zrobić dziś popołudniu. Cadfael siedź cicho!
Jaś z Jackiem bardzo mi pomogli, bo wzięli maluchy do ogródka i grali z nimi chyba w piłkę. Ran nie było, więc nie wnikałam.
Tylko się martwię czy są dostatecznie dobre, czy się spodobają. Mam zamiar dorobić jeszcze przynajmniej trzy w różnych wersjach kolorystycznych a co dalej to może jutro pokażę:)
Najpierw były upały a potem lunęło i w ogródku wszystko rośnie i rośnie...Chwasty niestety też.
To moje dynie:) pomiędzy nimi szczypiorek. a wszystko na grządce permakultowej:)
I lilia, która się rozwinęła a nie wierzyłam bo przyjechała do mnie aż z Lublina, w nie najlepszych warunkach i bliżej jej było do uschnięcia niż kwitnięcia.
Mieszane uczucia
Wpadłam po uszy. Karygodne zaniedbania w pisaniu czy to bloga czy artykułów są spowodowane przez pewnego zakonnika. Niestety tak całkiem nie mogę zrzucić na niego winy ponieważ jest postacią fikcyjną a nawet gdyby nie był to żył w głębokim średniowieczu:)
Muszę więc wziąć winę na siebie.
Na zaprzyjaźnionym blogu ujrzałam odnośnik do jeszcze innego bloga z książkami. Już nieraz tam bywałam, ale teraz zelektryzowało mnie już pierwsze zdanie. Momentalnie ujrzałam tę scenę w wyobraźni. Mówię o mamie Borejkowej, która pilnujac wnuków czytała przygody braciszka Cadfaela. Nie wiem jak to się dzieje ale czas kanikuły w moim przypadku to zawsze czas czytania kryminałów, albo sensacji, albo i thrillerów, których normalnie unikam. Takie zapotrzebowanie rośnie w organizmie pod wpływem promieni słonecznych.
Wracając do Cadfaela, to po przeczytaniu dawno, dawno temu u Musierowiczowej o Ellis Peters i jej bohaterze zapragnęłam oczywiście natychmiast się z nim zapoznać. Niestety w tamtych czasach znalazłam tylko jeden tom po polsku, reszta w oryginale. Jako, że za słabo władam tym językiem był wtedy dla mnie niedostępny:( Teraz został mi przypomniany a i dostępność polskich tomów jest satysfakcjonująca.
No i jak zaczęłam bywać w średniowieczu to zaginęłam. A chciałam przeczytać tylko jeden tom, żeby resztę ewentualnie wyróżnić zabraniem na urlop. Niestety wygląda na to, że urlop już się zaczał:)
Po ostatnim poście uświadomiłam sobie, że moje dzieci nie czytały jeszcze Durrella ( cóż za zaniedbanie) i rozpoczęłam poszukiwanie egzemplarzy a Zosia niecierpliwie czekała po zamówieniu, że ona pierwsza. No i nie znalazłam, znowu ktoś pożyczył i nie oddał:( Już dwukrotnie musiałam dokupić dzieło. Będzie trzeba trzeci raz. Jedyny problem jest taki, że jak znam tę książkę rozpocznie się marudzenie o wyjazd do Grecji:). Ja sama po przeczytaniu po raz pierwszy byłam gotowa natychmiast ruszyć na Korfu, najlepiej na zawsze. I nic nie pomagały wewnętrzne tłumaczenia, że i ta wyspa zdążyła się zmienić od czasów młodości autora. Tęsknota w sercu pozostała i jeśli kiedyś będzie okazja to się nie zawaham:))))
No i patrząc na wstęp ( bo to dopiero wstęp) do posta to raczej teraz nie spiszę tego wszystkiego co sobie wypunktowałam na karteczce:) Bo mi czytelnicy pomrą:)
W poprzednia środę odwiozłam moją mamę na lotnisko i pofrunęła do mojej siostry, do Angli. Na razie na rok, a może i na dłużej.
Natomiast wczoraj, wyrywając mnie z opactwa zadzwonił z Pragi mój brat. Pracuje tam już od dwóch miesięcy, co weekend wracając do Gdańska do rodziny. Jak sam powiedział tak się życ nie da, więc pewno żona i dzieci przeprowadzą się do grodu nad Wełtawą. Tu proszę zwrócić uwagę na moje obeznanie geograficzne. Niby nic a jednak ! Nie muszę co zdanie używać nazwy miasta, bo znam inne określania. No moja inteligencja błyszczy;-)
ważniejsze jednak od mojej inteligencji są dziwy, które prawił o narodzie czeskim wyrastającym wszak ze Słowiańszczyzny jak i my. Podobno są kompletnie niezorganizowani i pozbawieni inicjatywy własnej. Jak to określił mój braciszek nic dziwnego, że w swej historii ciągle komuś podlegali. To co prawda uproszczenie, ale wiadomo o co chodzi:) Ale co najważniejsze mają bezrobocie na poziomie 1-2%. Jak oni to zrobili????
Hania:
-Dlaczego jedziemy z tatą na zakupy?- pytanie w sensie czy trzeba kupić coś do czego są potrzebne np. buty o odpowiednim rozmiarze
-Żeby pomóc tatusiowi i z nim pogadać.
-Jak to? Z tatą nie da się poważnie pogadać!
-Jak nie? Tata jest bardzo poważnym człowiekiem.
-Tak??? To nie znałam go od tej strony!
No i o mieszanych uczuciach nic nie napisałam. Więc będzie dziś dalszy ciąg:))))
Muszę więc wziąć winę na siebie.
Na zaprzyjaźnionym blogu ujrzałam odnośnik do jeszcze innego bloga z książkami. Już nieraz tam bywałam, ale teraz zelektryzowało mnie już pierwsze zdanie. Momentalnie ujrzałam tę scenę w wyobraźni. Mówię o mamie Borejkowej, która pilnujac wnuków czytała przygody braciszka Cadfaela. Nie wiem jak to się dzieje ale czas kanikuły w moim przypadku to zawsze czas czytania kryminałów, albo sensacji, albo i thrillerów, których normalnie unikam. Takie zapotrzebowanie rośnie w organizmie pod wpływem promieni słonecznych.
Wracając do Cadfaela, to po przeczytaniu dawno, dawno temu u Musierowiczowej o Ellis Peters i jej bohaterze zapragnęłam oczywiście natychmiast się z nim zapoznać. Niestety w tamtych czasach znalazłam tylko jeden tom po polsku, reszta w oryginale. Jako, że za słabo władam tym językiem był wtedy dla mnie niedostępny:( Teraz został mi przypomniany a i dostępność polskich tomów jest satysfakcjonująca.
No i jak zaczęłam bywać w średniowieczu to zaginęłam. A chciałam przeczytać tylko jeden tom, żeby resztę ewentualnie wyróżnić zabraniem na urlop. Niestety wygląda na to, że urlop już się zaczał:)
Po ostatnim poście uświadomiłam sobie, że moje dzieci nie czytały jeszcze Durrella ( cóż za zaniedbanie) i rozpoczęłam poszukiwanie egzemplarzy a Zosia niecierpliwie czekała po zamówieniu, że ona pierwsza. No i nie znalazłam, znowu ktoś pożyczył i nie oddał:( Już dwukrotnie musiałam dokupić dzieło. Będzie trzeba trzeci raz. Jedyny problem jest taki, że jak znam tę książkę rozpocznie się marudzenie o wyjazd do Grecji:). Ja sama po przeczytaniu po raz pierwszy byłam gotowa natychmiast ruszyć na Korfu, najlepiej na zawsze. I nic nie pomagały wewnętrzne tłumaczenia, że i ta wyspa zdążyła się zmienić od czasów młodości autora. Tęsknota w sercu pozostała i jeśli kiedyś będzie okazja to się nie zawaham:))))
No i patrząc na wstęp ( bo to dopiero wstęp) do posta to raczej teraz nie spiszę tego wszystkiego co sobie wypunktowałam na karteczce:) Bo mi czytelnicy pomrą:)
W poprzednia środę odwiozłam moją mamę na lotnisko i pofrunęła do mojej siostry, do Angli. Na razie na rok, a może i na dłużej.
Natomiast wczoraj, wyrywając mnie z opactwa zadzwonił z Pragi mój brat. Pracuje tam już od dwóch miesięcy, co weekend wracając do Gdańska do rodziny. Jak sam powiedział tak się życ nie da, więc pewno żona i dzieci przeprowadzą się do grodu nad Wełtawą. Tu proszę zwrócić uwagę na moje obeznanie geograficzne. Niby nic a jednak ! Nie muszę co zdanie używać nazwy miasta, bo znam inne określania. No moja inteligencja błyszczy;-)
ważniejsze jednak od mojej inteligencji są dziwy, które prawił o narodzie czeskim wyrastającym wszak ze Słowiańszczyzny jak i my. Podobno są kompletnie niezorganizowani i pozbawieni inicjatywy własnej. Jak to określił mój braciszek nic dziwnego, że w swej historii ciągle komuś podlegali. To co prawda uproszczenie, ale wiadomo o co chodzi:) Ale co najważniejsze mają bezrobocie na poziomie 1-2%. Jak oni to zrobili????
Hania:
-Dlaczego jedziemy z tatą na zakupy?- pytanie w sensie czy trzeba kupić coś do czego są potrzebne np. buty o odpowiednim rozmiarze
-Żeby pomóc tatusiowi i z nim pogadać.
-Jak to? Z tatą nie da się poważnie pogadać!
-Jak nie? Tata jest bardzo poważnym człowiekiem.
-Tak??? To nie znałam go od tej strony!
No i o mieszanych uczuciach nic nie napisałam. Więc będzie dziś dalszy ciąg:))))
czwartek, 2 lipca 2015
Stracona okazja
Dzisiaj byliśmy rodzinnie w zoo. Ślubny ma urlop techniczny czyli na pozałatwianie różnych pilnych, nagromadzonych spraw. Ale udało nam się wykroić trochę czasu pomiędzy załatwianiem i urzędami.
Nasze zoo w ostatnich latach bardzo się rozrosło i wędrować można po nim godzinami, zwłaszcza w w towarzystwie nieletnich, dla których co krok czeka Ameryka do odkrycia.
Twierdzę, że jestem oczytana i znam się nieco na tym temacie. Do moich ulubionych w młodości lektur należały "Ogrody zoologiczne Europy" i "Fizjologia ssaków" a w wieku poważniejszym książki Durrella, łowcy i wielbiciela wszystkiego co się rusza. Dodatkowo powodują salwy śmiechu, takiego nie do opanowania. Polecam na wakacje! Gerald Durrell! Bo jego starszy brat pisał rzeczy mniej śmieszne:))) Niemniej, kiedy juz udowodniłam mój profesjonalizm( choć z przerażeniem stwierdzam, że w miarę upływu lat dziecinnieję) w tej dziedzinie mogę sie przyznać, że z dziećmi również odkrywałam NOWE.
Czy ktoś na przykład wie co jedzą kangury? No roślinki... Czy aby na pewno, może robaczki?A jak roślinki to jakie ?? Ano twarde, żeby sobie spiłować siekacze.
Albo ile ryb mieści worek pelikana? Ile ryb to nie wiemy, ale 12 litrów. A ile to jest? No zgrzewka mleka. I tu było słychać szum twardych dysków umieszczonych w główkach mego potomstwa. I w końcu zrozumienie w oczach, przeliczyli to w wyobraźni. Mamuś, to dużo!
I nigdy nie widziałam w naszym zoo starych narzędzi rolniczych a dziś i owszem. Stoją w centrum... Dopiero pytania dzieci pozwoliły mi zwrócić na nie uwagę. I musieliśmy wszystko wypróbować. I teraz już rozumiem jaka jest różnica między radłem a pługiem jednoskibowym:)
A wiecie, że są szczekające antylopy?
Te pięć godzin to był czas intensywnej pracy umysłowej i zachwytu nad tym jak dzieci postrzegają świat. Dorośli jednak coś tracą dorastając.
Już pod sam koniec wędrówki przegapiłam okazję na wzbogacenie. Byłoby w sam raz na wakacje;-)
Podziwialiśmy żubry, po czym ruszyliśmy dalej. Za ich terenem stał jeszcze piękny pomnik/rzeźba wspaniałego samca, z piękną grzywą, bujnym ogonem i wyraźnym przyrodzeniem. Józio najpierw zapragnął wdrapać się na tego króla puszczy, po naszym zakazie zaczął uważnie oglądać eksponat. W pewnej chwili chwycił żubra za przyrodzenie i gromko oznajmił:
-Mleczko! Tu leci mleczko! Mleczko!
Usiłując się nie roześmiać nie byłam w stanie wyjaśnić na poczekaniu synkowi różnic w trzeciorzędowych cechach płciowych. Natomiast nasz syn osiągnął niewątpliwy sukces zwabiając tłumek w pobliże rzeźby i rozbawiając co niektórych serdecznie. I wystarczyłby kapelusz na drobne datki....Zamiast tego zgarnęliśmy naszego odkrywcę , bojąc się co jeszcze odkryje.
Nasze zoo w ostatnich latach bardzo się rozrosło i wędrować można po nim godzinami, zwłaszcza w w towarzystwie nieletnich, dla których co krok czeka Ameryka do odkrycia.
Twierdzę, że jestem oczytana i znam się nieco na tym temacie. Do moich ulubionych w młodości lektur należały "Ogrody zoologiczne Europy" i "Fizjologia ssaków" a w wieku poważniejszym książki Durrella, łowcy i wielbiciela wszystkiego co się rusza. Dodatkowo powodują salwy śmiechu, takiego nie do opanowania. Polecam na wakacje! Gerald Durrell! Bo jego starszy brat pisał rzeczy mniej śmieszne:))) Niemniej, kiedy juz udowodniłam mój profesjonalizm( choć z przerażeniem stwierdzam, że w miarę upływu lat dziecinnieję) w tej dziedzinie mogę sie przyznać, że z dziećmi również odkrywałam NOWE.
Czy ktoś na przykład wie co jedzą kangury? No roślinki... Czy aby na pewno, może robaczki?A jak roślinki to jakie ?? Ano twarde, żeby sobie spiłować siekacze.
Albo ile ryb mieści worek pelikana? Ile ryb to nie wiemy, ale 12 litrów. A ile to jest? No zgrzewka mleka. I tu było słychać szum twardych dysków umieszczonych w główkach mego potomstwa. I w końcu zrozumienie w oczach, przeliczyli to w wyobraźni. Mamuś, to dużo!
I nigdy nie widziałam w naszym zoo starych narzędzi rolniczych a dziś i owszem. Stoją w centrum... Dopiero pytania dzieci pozwoliły mi zwrócić na nie uwagę. I musieliśmy wszystko wypróbować. I teraz już rozumiem jaka jest różnica między radłem a pługiem jednoskibowym:)
A wiecie, że są szczekające antylopy?
Te pięć godzin to był czas intensywnej pracy umysłowej i zachwytu nad tym jak dzieci postrzegają świat. Dorośli jednak coś tracą dorastając.
Już pod sam koniec wędrówki przegapiłam okazję na wzbogacenie. Byłoby w sam raz na wakacje;-)
Podziwialiśmy żubry, po czym ruszyliśmy dalej. Za ich terenem stał jeszcze piękny pomnik/rzeźba wspaniałego samca, z piękną grzywą, bujnym ogonem i wyraźnym przyrodzeniem. Józio najpierw zapragnął wdrapać się na tego króla puszczy, po naszym zakazie zaczął uważnie oglądać eksponat. W pewnej chwili chwycił żubra za przyrodzenie i gromko oznajmił:
-Mleczko! Tu leci mleczko! Mleczko!
Usiłując się nie roześmiać nie byłam w stanie wyjaśnić na poczekaniu synkowi różnic w trzeciorzędowych cechach płciowych. Natomiast nasz syn osiągnął niewątpliwy sukces zwabiając tłumek w pobliże rzeźby i rozbawiając co niektórych serdecznie. I wystarczyłby kapelusz na drobne datki....Zamiast tego zgarnęliśmy naszego odkrywcę , bojąc się co jeszcze odkryje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










