sobota, 28 lutego 2015

Szczepienia subiektywnie

Szczepienia to ostatnio bardzo gorący temat, budzący wiele emocji wśród rodziców i nie tylko. Wśród moich znajomych i rodzących są zwolennicy szczepień jak i przeciwnicy. Często też jestem pytana o moje zdanie. Ponieważ nie jestem specjalistą epidemiologii ani pediatrii, nie pisałam doktoratu na ten temat i nie wiem na ile można wierzyć badaniom po obu stronach barykady mogę przedstawić tylko swój punkt widzenia jako matki, która dysponuje nieco większym "materiałem dowodowym":). Moje wykształcenie przydaje się tylko, by lepiej zrozumieć ulotki;-)
Moje dzieci są zaszczepione.
Powody?
Moja pediatra, do której mam zaufanie. Nigdy nie uwierzę, że namawia mnie na coś w związku z tym, że jej się to opłaca. Ma bardzo duże doświadczenie. Jeśli ona mówi, że warto szczepić to jej ufam. Ostatnio gadałyśmy właśnie o tym trendzie nieszczepienia i na moje argumenty (cytowane z mądrych źródeł ), że niektóre choroby odchodzą już w zapomnienie powiedziała, że tak nam się tylko wydaje. Nie stykamy się z pełnoobjawowymi wersjami właśnie dlatego, że całe pokolenia były wyszczepione.  Nie minęło wiele czasu i mamy ciężki  przypadek odry u nieszczepionego dziecka we Wrocławiu. Po raz kolejny miała rację.
Wiem jednak - znajomi- że czasem istnieją indywidualne wskazania do zaniechania szczepień. W przypadku dziecka naszych znajomych każde szczepienie kończyło się infekcją nerek. Przez pewien czas nikt tego nie skojarzył. Skończyły się szczepienia skończył się problem.
Cała nasza dziesiątka była  szczepiona. Często z opóźnieniami, bo nawet jak delikwent był zdrowy to jak go szczepić, gdy w domu infekcja np. taka grypa brzuszna? Nie szczepiliśmy płatnymi szczepionkami ani dodatkowymi. Tu już twardo trzymam się tego, że nadmierna immunizacja nie jest wskazana-aprobata pani doktor:) Trzeba  zachować umiar.
Jedyny wyjątek to Joasia, która była wcześniakiem. Takie malutkie 2 kg. Ona była szczepiona "lepszymi" szczepionkami np. 5w1, by dodatkowo nie kłuć już i tak obolałego maleństwa. Czasem nie było nawet w co się wkłuć.
Może jednak moje wykształcenie ma wpływ na to, że łatwiej mi przyjąć konieczność szczepienia. Czasem w oczach mam chorych np. z Wzw typu B czyli popularną żółtaczką. Wirus jest straszliwie podstępny i bardzo łatwo zakaźny. Na zajęciach pamiętam jak wykładowca mówił:
-Boicie się HIV? Boicie! A wirusa żóltaczki to nie? Żeby zarazić się HIV trzeba się bardzo postarać. Przy wirusie wzw typu B trzeba się starać, by się nie zarazić.A zakażenie może się nie ujawniać przez wiele lat, potem Cię zabija. Jednych gwałtownie innych w męczarniach.
Po takim wykładzie , na oddziale widzimy pacjentów. I to zostaje. Wiadomo, że w szpitalu oglądamy najcięższe przypadki, ale jednak...
Podobnie jest z wirusem poliomyelitis czyli nagminnego porażenia dziecięcego czyli choroby Heinego-Medina. Żaden z rodziców nie chciałby takiego losu dla swojego dziecka, zwłaszcza jeśli może coś zrobić. Nic nie robienie i czekanie co będzie również jest złe.
Tutaj muszę dodać, że szczepienie polio w Polsce oprócz pierwszej domięśniowej dawki wirusem zabitym ( IPV) odbywa się doustnie wirusem żywym (OPV). Jesteśmy JEDYNYM poza Albanią krajem gdzie stosuje się szczepionkę żywą. Mówi to coś Państwu?  Moja pediatra tu zawsze złorzeczy odpowiedniemu ministerstwu.
I jeszcze słów kilka na temat osławionej szczepionki MMR. Podobno wywołuje autyzm. Z tych zarzutów się wycofano, były podobno naciągane i nie sprawdzone. Na pewno wersja pierwsza jako częste powikłanie dawała zapalenia opon mózgowych albo mózgu. Wprowadzono jej drugą wersję, która zminimalizowała te powikłania. Jednak w niektórych krajach stosuje się nadal MMRI.  Czy do nich należy Polska? Która wersja aktualnie została zakupiona? O to należy pytać. Na poziomie przychodni raczej nie uzyskamy odpowiedzi, trzeba wyżej. Jak zwykle.
Przed nami mocno zaległe, przez różne zimowe choróbska, szczepienia Piotrusia. Znowu będę szła na nie z ciężkim sercem. Z takim samym ciężarem podaje mu antybiotyk czy nawet panadol. I tam w ulotce można wyczytać straszliwe rzeczy, zwłaszcza w podpunkcie Skutki uboczne. Ale jak twierdzi mój przemądrzały mąż ( ale kochany) życie też ma skutki uboczne:))))
Wszystko co napisałam powyżej to moje subiektywne zdanie i dotyczy moich dzieci. Mieć matkę z takimi przekonaniami też ma skutki uboczne;-)


piątek, 27 lutego 2015

Trzeba się kłócić

Wpadłam na świetny pomysł i od razu postanowiłam zadzwonić do mojego męża. Zero entuzjazmu i zrozumienia. Może wpływ ma na to wielka ilość pracy, z którą musi sobie jeszcze przez te kilka godzin dnia roboczego poradzić. Postanowiłam się obrazić a nawet wywołać piękną awanturę. W końcu jest się prawdziwą kobietą a ta potrafi z niczego poza kłótnią zrobić jeszcze zupę i kapelusz. I tu mnie naszły wspomnienia. Ostatnio jakoś mniej się kłócimy a raczej mniej ogniście.
Już na początku naszego małżeństwa Mój Ukochany kupił niegłupią książkę "Uczciwa kłótnia małżeńska". Wtedy szybko zrezygnowałam z jej lektury, bo co mnie ktoś będzie pouczał w stylu:
-jasno przedstaw swoje zarzuty
- nie generalizuj i takie tam.
Jak dla mnie to autor chciał pozbawić awantury całego smaku. W kłótniach  przecież- przynajmniej na początku- nie chodzi o to, żeby się dogadać, tylko o to by pognębić przeciwnika. A że tym wrogiem chwilowo jest najbliższy człowiek to i tak ...jego wina!
Cały sens awantur to odpowiadanie na konkretne pytania tonem ociekającym od jadu i wyrzutów:
-Nie, nic się nie stało.
-Nie, nie, nic mi nie jest.
I dręczenie się tym ,że na pewno mnie nie kocha bo w ogóle się nie domyślił.
A jeszcze bezczelnie na zarzuty ten ślubny obrzydliwiec odpowiada:
-Tak, za powodzie w Hondurasie też jestem odpowiedzialny!
Czym byłaby kłótnia bez rzucania talerzy  i oskarżeń: ty zawsze, ty nigdy. Zupełnie jak w Kajku i Kokoszu kiedy Mirmił uciekał przed Lubawą wołając:
-Zaraz zobaczycie latające talerze i misy!
Zanim dorośliśmy ucierpiała mocno nasza zastawa stołowa. Miałam nawet szytą nogę, bo kiedyś wlazłam w ferworze argumentacji gołą stopą na skorupy. Krew się pięknie i obficie lała a ja dalej twierdziłam, że sobie OCZYWIŚCIE poradzę sama i niczego nie potrzebuję.  Mój Ukochany, żeby nie było wszystko na mnie, kiedyś złamał sobie kość piętową, bo...tupał na żonę :)))( zainteresowanych odsyłam do książki). Jedna, jedyna rzecz, która jest świetna przy kłótni to pojednanie. Teraz na takie ekscesy szkoda czasu i niestety mamy obserwatorów, którzy zaraz by podsumowali odpowiednio nasze/moje zachowanie. Nawet ciche dni nie przechodzą, bo zaraz słyszę:
-A Ty mamo nie możesz porozmawiać z ojcem jak człowiek?
albo:
-No mamo, jak wszystkie kobiety tak mają to załamka.
Muszę w te pędy ratować opinię kobiet i sensownie wytłumaczyć o co tak naprawdę mi chodzi.
 Kłótnia powinna być jak wietrzenie w mroźny dzień, jest potrzebna ale powinna być szybka i intensywna. Więc miłego kłócenia i jeszcze milszego jednania:)

A tu moi ulubieńcy w skrócie o kłótni . I jak mądrze!

https://www.youtube.com/watch?v=USZmI7URw2Q

Planowanie :)

Za oknem od dwóch dni wisi iście angielska mgła, ale jest ciepło i już o szóstej jasno. Człowiekowi lżej wypełzać z ciepłego łóżeczka do obowiązków. Nade mną jak zwykle wiszą rzeczy, które odkładam na ostatnią chwilę. W ostatnich postach przemknął temat wakacji, odszukałam adres naszej słowackiej gospodyni dla Mamy z Dużego Domu i zaczęło się. No muszę trochę o tym napisać.

To powyżej to nasz tamtejszy dom. Mieliśmy go tylko dla siebie wraz z ogródkiem, gdzie dzieci uparcie zrywały jeszcze zielone brzoskwinie i winogrona:)


Byliśmy w Velkym Mederze, już na granicy z Węgrami. Skusił nas tamtejszy kompleks termalny, o tym za chwilę. Uwielbiam opracowywać trasę, oglądać mapy. Nie zgadzam się na żadne GPSy. Tym razem to był jednak błąd:))). Jechaliśmy tam naszym 9-cioosobowym Transporterem w 8 osób. Przed samym wyjazdem wpadłam w wir niemożności i mój mąż musiał jak zwykle mnie uspokajać, że wszystko będzie dobrze: nie napadną nas, nie zgubimy dzieci, jak nas oszukają to najwyżej wrócimy do domu i różne inne takie.... Od razu powiem, że najgorzej nam się jechało przez Polskę, fragment między Łodzią a Bielskiem. Okolice Częstochowy to tragedia. Korek już na rogatkach. Przy mojej skłonności do bocznych dróg był to moment, kiedy udało mi się po raz kolejny zwieść Ślubnego na jakieś poboczne objazdy. Wymyśliłam, że zamiast stać w korku objedziemy dookoła Częstochowę. pomysł acz świetny teoretycznie, w praktyce okazał się nie najlepszy. Był późny poranek, piękna pogoda i piękny fragment naszej Ojczyzny ale kompletny brak oznakowań. Bardzo dobrze pilotuję, ale tu trzeba było w końcu włączyć nawigację. Też zwariowała i proponowała nam przejazdy przez jakieś pola. Powrót na właściwą trasę trochę nam zajął. Dodajmy do tego siku, pić, jeść i przerwy na karmienie Piotrka a znajdzie się wyjaśnienie dlaczego w Bielsku byliśmy dopiero o 16.

 Do Mederu wyruszyliśmy po nocnych rozmowach Polaków-znajomi z Bielska- o 10  zamiast o 6. I to był błąd. Słowacka autostrada w kierunku Bratysławy przypomina patelnię i to mocno rozgrzaną. W Mederze długo szukaliśmy naszego domu,ja już myślałam, że nie ma po prostu takiego adresu. Telefon do gospodarzy i popilotowali nas:0 Nie należy zresztą używać u nich słowa "szukać" bo jest bardzo wulgarne, ale o tym dowiedzieliśmy się już po powrocie:))))).
Wzięłam stanowczo za dużo rzeczy. Widoczna na tym zdjęciu barierka służyła jako wieszak. Po 15 minutach ściągałam ciuszki suche na pieprz.
same mederskie termy jak dla nas zbyt zatłoczone. Rozpoczęliśmy zwiedzanie okolicznych, mniejszych. To był strzał w dziesiątkę, wystarczyło przejechać 15, 23 czy 32 kilometry i korzystać z term kameralnych, tańszych. Niektóre dla nastolatków były może zbyt nudne- brak zjeżdżalni, rur itp., ale te były z kolei świetne dla maluchów. Inne miały wszystkie atrakcje, tylko brakowało nam oczu by wszystkich pilnować. W Patience było z 12 basenów, 3 zjeżdżalnie i inne atrakcje a rodziców tylko dwoje:))) Po wielogodzinnych moczeniach się w wodzie nasze dzieci przypominały stado głodnych wilkołaków. Pożerali straszliwe ilości wszystkiego. Nasi gospodarze prowadzili letni bar, bardzo smacznie tam było i niedrogo. Musieliśmy tylko tam dotrzeć i następowało uspokojenie wzbierającej fali niezadowolenia.
 Pogoda była stała, jedzenie pyszne, zwłaszcza kiełbasa z pobliskiego mięsnego. Nie wiedziałam, że salami i podobne mogą występować w tylu wariacjach:). Jak patrzę na te zdjęcia to mam gotowość od razu jechać tam z powrotem.

To zdjęcie Piotrusia jest też zrobione w Mederze. Kiedy on tak urósł??????
Powyższy tekst przez denerwujące wklejanie zdjęć zajął mi godzinę, ale wcale mnie to nie złości. To godzina przypominania sobie zapachów, kolorów i radości dzieciaków. Jak miło było siedzieć w wodzie i nie myśleć o niczym:) Chcę jeszcze!
Planowanie idzie mi doskonale, bo nawet zaplanowany tytuł nijak nie przystaje do tekstu. Już to zmieniam.
Planować muszę i lubię. Po całym domu mam poprzyczepiane karteczki z datami i hasłami. Niestety giną albo ja sama po pewnym czasie ne wiem co autor miał na myśli. Są jeszcze moje terminarze, w których pracowicie, przy kawie systematyzuję co zrobić, na kiedy, pilne telefony itd. Co z tego jeśli zapominam tam zajrzeć? Karteczki przypominajki? Również dostają nóg. A to klej za słaby, małe rączki lub łapy kota, który uważa, że przygotowałam mu interesującą zabawę. No i telefon. Tylko denerwuje mnie wpisywanie, jego głupie, podobno intuicyjne menu (strzeż nas Panie od takiej intuicji) i to, że często go gdzieś zostawiam. Ale pracuję nad tym.
Sam proces planowania bardzo lubię. Faktycznie pozwala mi chwilę zastanowić się nad wyzwaniami danego dnia. Jestem wzrokowcem, więc wypisanie w punktach zadań bardzo mi pomaga. Ale największą frajdę sprawia mi wykreślanie poszczególnych punktów, wykonane.
I odnośnie planowania, dziś mam załadowany, zaplanowany dzień, ale nic z tego bo właśnie odebrałąm telefon z przedszkola, że Asia zagorączkowała. Żegnajcie plany, żegnaj dalszy ciągu posta....

czwartek, 26 lutego 2015

Wspaniałe kobiety




Na stronie robótek zamieściłam pierwszy wpis. Z pięknymi zdjęciami Kasi.
Tu natrafiłam na skrzyżowanie i muszę wykonać skręt w niezamierzone rejony:)
Muszę, po postu muszę napisać o dziewczynach, kobietach, które swoje „nie pracowanie” uczyniły czymś twórczym, niezwykłym. To nietuzinkowe kobiety a jest ich bardzo wiele. Mijamy je każdego dnia na ulicy i nawet nie wiemy, że właśnie spotkaliśmy kogoś wybitnego, OSOBOWOŚĆ.
Kiedy myślę o takich kobietach to jako pierwsza przychodzi mi na myśl Klara. To ona, choć sporo młodsza dała mi bodziec to rozejrzenia się dookoła i zobaczenia, że świat to nie tylko pieluchy i odkurzacz, że bycie z dziećmi to wielka przygoda. Dzieci nie ograniczają a popychają ku nowym wyzwaniom. Klara filcuje i prowadzi kursy dla chętnych, robi naturalne kosmetyki a przede wszystkim jest obecnie serowarem. To ona wraz z mężem pokazali nam, że jeżdżenie z dziećmi po świecie jest możliwe. A w wakacje organizuje jeszcze kolonie dla krewnych i znajomych królika tzw. non-profit. Jeśli chcecie zajrzeć do jej gospodarstwa to polecam stronę:


Kasia- jej blog może obejrzeć w moich obserwowanych, mama trzech świetnych dziewczynek i czwartego, nieujawnionego jeszcze maluszka. Robi piękne zdjęcia dzieci, profesjonalnie. I niestety, oj niestety piecze pyszne ciasta. Całą prozę życia również ma pod kontrolą.
Moja najstarsza stażem przyjaciółka Ania z ósemką dzieci,dla której kuchnia nie ma tajemnic. Potrafi zdziałać cuda jednocześnie rozmawiając przez telefon. Oszczędności i racjonalizacji w domu mógłby się od niej uczyć niejeden minister.
Agata dietetyk, trzech chłopców. To jej sprawka ta kasza jaglana w naszej kuchni. Przyprawy, ziółka nie mają dla niej tajemnic. To prawdziwa wiedźma czyli kobieta, która wie:)
Daga, ośmioro dzieci. Pisze tak, że żółć mnie zalewa z zazdrości ;-) i jeszcze wygrywa konkursy. Sama mogłaby napisać książkę  kucharską i to sensowną, przewidującą m.in. obiady dla rodzin dużych. Zdziwienie powoduje to, że nie została jeszcze poproszona o konsultacje w Menie- jak zresztą niejedna mama. Byłoby to z korzyścią dla narodowej edukacji.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać kolejne moje koleżanki i znajome.Jest ich wiele.  To wielki dar spotykać się z nimi, czerpać pomysły i energię od tych silnych, wspaniałych kobiet. Dają „ kopa” by nie ustawać w poszukiwaniu swojej drogi.
Obowiązki domowe wzywają więc ko ńczę. Może wieczorem uda mi się napisać o ciężkiej drodze prowadzącej do nauczania domowego, póki jestem na świeżo:) i o szczepieniach, bo to gorący temat ostatnio- ale będzie subiektywnie.
A miałam pisać o planowaniu i terminach, dobrze mi idzie:))))

środa, 25 lutego 2015

Wiosenne postanowienia

Dzieci mają wbudowany detektor wykrywający pilne roboty u rodziców. Na pewno. Po wysłaniu wszystkich do szkół uznałam, że mam chwilę, by zająć się zaległym pisaniem a może i zrobieniem makijażu, bo wychodzę zaraz z Marysią na testy. Zdążyłam usiąść a wtedy Piotruś oznajmił, że pora się nim zająć:). Ma teraz etap wyjątkowego słodziaka. Ostatnio usiłuje powiedzieć "strych". Zaczęło się od tego, że bardzo go intrygują schodki na strych, miejsce skąd czasami znosi się interesujące rzeczy. Teraz chyba uważa, że to rodzaj żartu, który wywołuje powszechny aplauz.
-Piotruś, powiedz strych.
Tu nasz bohater cały się spina, natęża i słychać :trrry! z dodatkowymi efektami czyli wszystko w najbliższym otoczeniu jest zaplute. Dostaje barwa od rodzeństwa, więc usiłuje ponownie. I po raz kolejny, bo jest w centrum rozbawionego, zachwyconego gremium. Umie przybić piątkę, pokazuje jak się obraża, robi  " cacy, cacy puk po glacy". Wszystko co pokazuje mu rodzeństwo jest godne zapamiętania i najwyższego wysiłku, by się tego nauczyć. Muszę kontrolować a po raz kolejny mam wrażenie, że tylko psuje im zabawę:). Tylko czekam aż wychwyci z rozmów chłopaków akurat te słowa, których nie powinien. Nawet jeśli, na szczęście, pojawiają się bardzo rzadko.
Z niepokojem czekam na efekty. Mama Ukochanego opowiadała mi jak jechała pociągiem z najstarszym bratem Wojtka, liczącym lat niewiele-ok.2-2,5? Braciszek popisywał się wielością opanowanych słów a nawet wierszykiem. wzbudził podziw wyrażony przez dystyngowanego pana słowami:
-Jaki grzeczny i mądry chłopiec!
Teściowa nie zdążyła nawet się zarumienić z dumy, gdy rzeczony wzór cnót dodał od siebie:
-A co kulwa?
To taka rodzicielska rzeczywistość. Ja znając ich dom wiem, że nie nauczył się tego od rodziców. Jak to udowodnić?
Wczorajszy marszobieg dał mi się we znaki. Odkryłam w nocy, że mam jakieś nieznane mi grupy mięśniowe i pełno ścięgien, które potrafią boleć. To cena za ostatni chorobowo-samochodowy czas. Ale się trzymam.Na horyzoncie, 25.03 wykład a ja mam przed sobą wyzwanie: zmieścić się w strój galowy. Przewiduję trudności. Oczywiście obiektywne. Wczoraj przeszłam 4,5 km, ale w znacznie dłuższym czasie. Przyczyna to Piotruś, który ok. 800 metrów z tego dystansu szedł za rączkę w tempie może nie ślimaczym ale żółwim. To było bardziej męczące niż szybki marsz, zwłaszcza, że już mokra koszulka przylepiała się do pleców. Ostatnie 200 metrów pod górkę szłam siłą rozpędu. gdybym się zatrzymała to zostałabym tam do wieczora.


Od pewnego czasu robię e-zakupy w Tesco. W zeszłym roku warszawscy wielodzietni znajomi sprzedali nam taki pomysł. U nas na prowincji niestety ta możliwość pojawiła się niedawno. Jestem bardzo zadowolona i ku mojemu zdziwieniu wydajemy mniej. Mam więcej czasu na zastanowienie, sama baza danych pokazuje mi cenę za kilogram, litr. W sklepie spędzałam dużo czasu przeliczając różne opakowania w celu porównania. Jest rozpisana cena pieluch, chusteczek na sztuki. Dla nas jako, że wszystkiego zużywamy więcej ma to znaczenie. W przypadku choroby dzieci to w ogóle wielka pomoc. Pierwsze zakupy wywołały zaciekawienie dostarczających, bo np.20 litrów mleka, 15 kostek masła, 2 kg sera, 60 jaj itd. Myśleli, że to jakaś placówka żywienia zbiorowego:0. Właściwie dużo się nie pomylili;-) Panowie są świetni jak do tej pory . Czas, który do tej pory spędzaliśmy na wieczornych zakupach (choć i to było fajne) możemy ze Ślubnym przeznaczyć na spacer albo wyprawę na kawę:)))). Mogę reklamować Tesco. Tylko niech się zgłoszą;-).
Muszę jechać, ale dzisiaj jeszcze zamierzam dużo napisać. Nie mówię na pewno nauczona wielokrotnym doświadczeniem, co się dzieje z moimi planami.
To właśnie to zderzenie, o którym pisałam wczoraj. Tu budowane osiedle a 50 metrów wcześniej kury:)


Mózgi dwa

Nie mogę się oprzeć i dziś zaczynam od obrazka. To mózg kobiety i mężczyzny. Mój Ukochany, który zawsze mi podczytuje co pisze pozwala sobie na konstruktywną  krytykę. I powtarza się jeden zarzut: piszesz o wszystkim, przeskakujesz od tematu do tematu. Trochę mnie to zastanowiło. Po przemyśleniu stwierdzam, że faktycznie tak jest, ale to dlatego, że wszystko mi się z wszystkim kojarzy i jak dla mnie logicznie wypływa. Dlaczego? Nie pytajcie. Widoczne tam się łączą ścieżki w moim mózgu:))))
Po kolejnym skrzyżowaniu trafiam na ścieżkę prozy życia. Dziś w nocy wymiotowała ponownie Asia. Nasz wirus uznał, że jesteśmy atrakcyjni i nie chce nas opuścić. Jest to miłość bez wzajemności. Wczoraj, żeby przewietrzyć Pitera i poprawić sobie przed latem kondycję wyruszyłam na marszobieg z wózkiem i różańcem. Zrobiłam 3,5 km  w 38 minut w tym dwie przerwy na kury. Z różańcem poszło gorzej, bo Piti gadał i tchu mi brakowało. Najpierw było "kukuryku" koguta a potem całe stado kur u pobliskiego gospodarza. Jako, że mieszkamy w podmiejskiej sypialni, która jeszcze niedawno była zwykłą wioską dzieciaki mają szansę pooglądać kury i czasami krowę. A obok budowla wielkiego osiedla:). Niemniej Piotruś na widok kur wpadł w euforię a ja miałam przymusowy odpoczynek. Wróciłam z mokrymi plecami i głową. Do domu niestety mam pod górkę. Dzisiaj powtarzam i zamierzam przejść 4 km.
A oto zdjęcia z wyprawy. Doszłam na skraj naszej miejscowości, to w oddali to już Gdańsk.


A to Piotruś zapakowany ciepło, bo on jednak siedział prawie nieruchomo.
Dzisiaj jest świetna pogoda, słoneczko dodaje energii. Jest trochę po 9 rano a ja posprzątałam, posegregowałam ciuchy i został mi tylko obiad do zrobienia! Miałam jechać dzisiaj do mojej mamy i pomóc jej w porządkach, ale nastąpiła zmiana planów- jak zwykle nieoczekiwana:). O porządkach u mamy będę pisała jeszcze nieraz, bo będą to ekstremalne porządki przed wyjazdem mojej mamy na stałe do Wielkiej Brytanii, do mojej siostry.
Mój Ukochany wczoraj i przedwczoraj wieczorem dzwonił na Węgry. Dlaczego? Bo przygotowujemy letnią wyprawę. Domyślacie się, że dla naszego zespołu jest to nie lada wyzwanie. Przez wiele lat mieliśmy jakąś mentalną blokadę odnośnie wyjazdów: koszty, samochód, małe dzieci. Ja może mniejszą, bo po siedzeniu w domu zawsze mi łatwiej ruszyć w świat. W końcu dwa lata temu mój mąż na urlopie zasłabł. Deszcz, zimno, Kaszuby, które są piękne ale z gromadą rozmarudzonych dzieci nie daja szansy na wypoczynek. My potrzebujemy wody i słońca, wtedy dzieciaki są szczęśliwe, my wypoczęci a wieczorem mamy siły na długie rozmowy i gry planszowe. Chyba, że wcześniej towarzystwo wymoczone przez naście godzin w wodzie pada. Wtedy można romantycznie spędzić czas we dwoje:). W  zeszłym roku zaczęliśmy nieśmiało, od słowackich term. Nie mieliśmy pojęcia jak to będzie. Umawianie się mailami z osobą, do której napisaliśmy przy pomocy formularza ze specjalizowanej strony, czy my tam trafimy, jakie będą warunki itd. Mnóstwo obaw i lęków. W końcu jedziemy z gromadą dzieci. Było świetnie, niedrogo. Byliśmy na samej granicy z Węgrami, na nizinie. Ludzie z życzliwym dystansem, kwatera super- mieliśmy do dyspozycji dom ( dwa bardzo duże pokoje, dwie łazienki i duża kuchnia) z ogrodem, a tam drzewa brzoskwiniowe:))). Dla 8 osób na tydzień za 1200 zł. Uznaliśmy, że to jest niewiele.
W tym roku chcieliśmy trochę dalej na południe, na Węgry. Gorzej z językiem. Tam nie panuje ogólnosłowiański. W Sylwestra, nie bardzo wierząc w to, że się coś uda napisałam w kilka miejsc na Chorwacji.A co tam. Co prawda wyglądało to cenowo przerażająco patrz prawo wielkich liczb, bo jak wszystko pomnożymy przez 9 to ho, ho( trójka starszych ma swoje plany).  I wielkie zaskoczenie, Chorwaci zaczęli szybko odpowiadać i gdy dowiadywali się, że jesteśmy jedną rodziną z tyloma dziećmi opuszczać nam ceny, proponowali nam zamiast jak to nazywają apartamentów właśnie oddzielne domy z ogrodem, których normalnie nie wystawiają itd. W zeszłym roku tak właśnie było z naszą słowacką gospodynią. Aż zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, która w zeszłym roku była w Chorwacji z 5 dzieci, bo zaczęłam podejrzewać, że może potrzebują nas na narządy (to te filmy sensacyjne oglądnięte z mężem). Potwierdziła życzliwość wobec dzieci i południowy temperament z przytulaniem i wszechobecnym "prijatielu". Nasz tegoroczny gospodarz inaczej nie zwraca się do mojego Ślubnego i zaprasza go na rakiję. Jak tak dalej pójdzie to rozpije mi mojego niepijącego męża. A ponieważ nie chcemy jechać jednym cięgiem to robimy postój u znajomych w Bielsko-Białej- mają wielką cierpliwość i pogodę ducha a potem na Węgrzech u Polki polecanej na cromaniackim forum. Pani przez telefon przesympatyczna i po usłyszeniu, że chodzi o 9 osób zapytała ile to rodzin? Mąż, że jedna. Pani się rozanieliła i tak od słowa do słowa po drodze spędzamy nad Balatonem trzy dni a mamy zaproszenie na dłużej. Zaskakuje mnie taka postawa ludzi wobec dużej rodziny, bo w Polsce cały czas musimy udowadniać, że stygmat patologii nam się nie należy i że naprawdę nie musimy dostawać niczego za darmo. Czasem wolimy nic nie otrzymywać nawet od ludzi życzliwych bo brać też trzeba umieć. A już od państwa to nie daj Boże! W każdym razie mając w tym roku do wyboru czy robimy płot czy jedziemy się moczyć, wybieramy moczenie! Najpierw różne obozy a potem ruszamy. Mam nadzieję w rocznicę ślubu na wino nad brzegiem Balatonu:)
Tu Asia na Słowacji na trampolinie. Nie wiem o co chodziło, czy oblepiona solankową wodą bardziej się elektryzowała, czy tak po prostu ma ale przez pewien czas jej włosy nie dały się uczesać. Polaków łatwo było poznać, jedyni zaludniali chłodniejsze (25 stopni!!!) baseny i usiłowali pływać. Reszta siedziała jak " muchy na gównie" w wodzie o temperaturze 35 i więcej stopni. Takie marnowanie wody! Dla dzieci infrastruktura świetna, w mniej popularnych termach brak tłoku i tylko słońce podstępne. Zapomnieliśmy filtrów a tam oni z nich chyba nie korzystają, bo nie tylko nie można było kupić ale nikt kompletnie się nie smarował. W końcu udało nam się zdobyć, z faktorem 6! Na to słoneczne szaleństwo. na szczęście przeżyliśmy:)))



wtorek, 24 lutego 2015

Dziadkowie chrzestni




Coś często ostatnio pojawia się w postach nasz Jasiu:)  Bo znowu będzie o naszym prawie dorosłym synu. Przez naszych przyjaciół został poproszony na ojca chrzestnego ich najmłodszego synka. Bardzo go cenią, wiele razy opiekował się starszymi chłopcami jako babysitter- ciekawe jak brzmi polski męski odpowiednik: nianiek? No i w Wielkanoc zostanie chrzestnym. To my chyba dziadkami chrzestnymi? Po raz pierwszy.
Trochę dzisiaj myślałam na temat wczorajszego posta, tego czy  go nie wykasować. Bo może nie pasuje, jest zjadliwy itd. Po przemyśleniu postanawiam go zostawić. Nie chcę dołączyć do do grona wschodnich małp: nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nic nie widziałam.
Już zdając egzaminy na medycynę chciałam zajmować się położnictwem. Nie chciałam mieć dzieci. Chciałam być KIMŚ.  Z nastawieniem na ja. Upływały lata a mi w głowie i w sercu zmieniły się priorytety. Na studiach chodziłam na ukochaną salę porodową, widziałam wysiłek kobiet, cierpienie i wspaniały finał. Zawsze robiło mi się mokro pod powiekami. Uwielbiałam ten dźwięk, tak charakterystyczny dla tego miejsca. Dźwięk galopujących małych serduszek. Niezapomniane wrażenie. Miałam szczęście trafić na praktykę do jednego z pierwszych obrońców życia w Polsce i prekursora szkół rodzenia –prof. Włodzimierza Fijałkowskiego. Jego działania na rzecz świadomego rodzicielstwa i postrzegania porodu jako pięknego wydarzenia dla rodziców, którzy mają prawo przeżyć je z godnością, otoczeni najlepszą opieką i wsparciem trwały już dużo wcześniej niż np. akcja Rodzić po ludzku. On także zwracał uwagę na to jak mówimy o nienarodzonych, denerwował się, że mamy oczekujące na dziecko to przyszłe mamy. One już są mamami powtarzał. I nie ciąża jako coś złego, pejoratywnego ale oczekiwanie, stan błogosławiony, kobieta brzemienna. Miał dużo racji, bo jeśli to jest przyszła mama to dopiero potencjalna, to można wybrać czy będę tą mamą czy nie? Warto wśród wielości poradników ciążowych i rodzicielskich odnaleźć jego książki i przeczytać. Z jaką miłością i szacunkiem ten były więzień obozu koncentracyjnego pisze o nowym życiu, o kobiecie, która ma wyjątkowe powołanie, o miłości między dwojgiem ludzi. Tu można wyczytać wielki szacunek, podziw dla kobiet.
Ja z kolei czuję podziw i współczucie dla matek, które oddały swoje dzieci do okna życia. To według mnie postawa pełna miłości w sytuacji dla niektórych bez wyjścia. Jak pokazuje ich przykład można z tego wybrnąć bez przelewania krwi.
Muszę skończyć z tym tematem, bo nie mogę przestać nadawać:)
Siedzę sobie teraz w poczekalni Poradni psychologiczno-pedagogiczej i czekam na Zośkę, która ma testy. W związku z nauczaniem domowym. Mam w związku z tym czas. Z okazji Postu muszę ograniczyć siedzenie przed kompem, takie mam postanowienie. Nie będzie to łatwe, bo bardzo kusi:), ale walczymy. Następne zaglądnięcie dopiero wieczorem.
Starszaki leżą, dziś dołączyła do nich Marta.
Swoją drogą duży ruch w tej poradni i ciągłe pytania o badania w kierunku odroczenia sześciolatków. Dziś się powstrzymam, ale na ten temat też mam dużo do powiedzenia. Gdyby była to prywatna firma to miałaby złote czasy. Popyt wyraźnie przewyższa podaż. Czas oczekiwania to cztery miesiące, a dopiero luty.
Nie wiem jak u Was jest z prasowaniem, ale u mnie tragicznie. Wyrosłam w domu, gdzie prasowało się wszystko, nawet majtki. Moja mama z błyskiem oku mówiła, że chętnie poprasowałaby też rajstopy. To niestety nie były żarty. Ja już dawno prasuję tylko koszule i wyjściowe ubrania, czasem t-shirty. I mam ostatnio zapóźnienia. Sama sobie udzielam zwolnienia lekarskiego z powodu grypy brzusznej i rekonwalescencji po niej;-) Myślę, że potrwa do ostatniej koszuli na wieszaku albo dzień dłużej, bo w końcu mogą pochodzić w koszulkach. Gorzej, że Ukochany cały przyszły tydzień spędza na szkoleniu w Stolicy i strój galowy musi mieć. Sam nie wyprasuje ( a umie i często jest samoobsługowy)  bo ma kocioł w pracy, jakiś egzamin, audyt, pakiet po angielsku do zrobienia, instrukcję do napisania i nie wiem co jeszcze ale dawno tak nie miał. Może to wszystko się przewali i będzie spokojniej.
Ostatnio funkcjonuje jako Tata-bankomat. Po chwili przerwy od świątecznych wydatków zaczęły się wyjścia i wyjazdy dzieci. A u nas zawsze wszystkiego dużo – o prawie dużych liczb jeszcze napiszę. Wieczorem:
-Tato pamiętaj do piątku 100 zł zaliczki na wycieczkę- to Jacek
-Tato 17 złotych na teatr- Hania
-Tato 38 na operę i 50 zaliczki na wycieczkę- to Marysia.
-Tato czy przelałeś mi na pierwszą ratę prawka-to Stachu. Na szczęście kolejne raty zapłaci sam.
- Tato pożycz mi na kartę miejską- to Marta, nie dostała jeszcze pieniędzy za korki
- Kochanie trzeba zapłacić za klubik dziewczynek, składki zhrowe i piłkę Józia- to ja.
Czasem nasz ulubiony bankomat ogłasza: BRAK ŚRODKÓW NA KONCIE.
Różnie już bywało, raz lepiej, kiedy indziej bardzo źle ale nie zginęliśmy. Dzieci dzięki temu uczą się zaradności i tego, że nie wszystko muszą mieć. Potrafią przyjąć to, że nie pojadą czasami do kina lub na wycieczkę i  nie jest tonic obraźliwego. W bardzo ciężkich chwilach, gdy np. były problemy z pracą mogliśmy liczyć na przyjaciół i naszą wspólnotę. To dzieciaki też pamiętają i nie mają problemu z dzieleniem się, robieniem zakupów dla kogoś kto jest akurat w ciężkiej sytuacji . Wyszło to tak jakoś naturalnie i mam nadzieję, że tej otwartości i wrażliwości nie stracą.
W ten nurt wychowywania wrażliwych, odpowiedzialnych ludzi dobrze wpisuje się harcerstwo. Ja sama byłam bardzo negatywnie nastawiona, bo pamiętam traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Po pierwszej klasie, jako 7-letni brzdąc zostałam wysłana na 3 tygodniowy obóz harcerski. Pomijając straszliwą tęsknotę za rodzicami wielkim problemem były sanitariaty. Sławojki ciemne, z okropną dziurą po środku i bardzo daleko. Straszne w dzień, w nocy przerażające. Po ciemku nie mogłam tam trafić, płakałam ze strachu. Tylko tyle pamiętam z harcerstwa. Na szczęście to było dawno, dużo się zmieniło i dziewczyny są po pierwszych obozach zuchowych i harcerskich. Bardzo  zadowolone. W skomplikowane planowanie wakacji należy jeszcze wpisać obozy. W tym roku na harcerski pojedzie również Zośka. Ze starszą siostrą.
 Muszę przerobić za mały mundur
 Marysi na wiotką Zochnę- z niej
 wszystko spada.
Zosia w mundurze harcerskim
jakoś wyjątkowo nas
wzrusza i przywołuje
obraz niewiele starszych
dziewczyn z AK. Zbliża się w końcu
Dzień Żołnierzy Niezłomnych.
Może ktoś jeszcze nie słyszał
piosenki o Ince- 17 letniej sanitariuszce,
zamordowanej przez komunistów.
Jej ostatnie słowa to prośba, by przekazać babci, że zachowała się właściwie

Zawsze jak tego słucham to ryczę jak bóbr. Po pierwsze wstyd mi, że jestem takim tchórzem i szukam tylko wygody, ciepełka, że boję się cierpienia. Po drugie  myślę o swoich dzieciach. Chciałabym, żeby w życiu zachowały się właściwie , ale wszystkim siłami chcę je chronić przed cierpieniem. Dobrze jest pamiętać o takich osobach jak Inka, przypominają co w życiu najważniejsze.
Na koniec moi panowie podrzucili mi suchara: 
- Co to jest hazard?
-Gra w mahjonga po ciemku!
  A tu Piotruś przy swojej najlepszej zabawie:)
To dopiero wstęp do głównej akcji:)))

poniedziałek, 23 lutego 2015

Islam i feministki

Moje matczyne serce drży zawsze kiedy pojawia się potencjalne zagrożenie dla moich dzieci. Dwadzieścia lat temu czytałam po raz pierwszy "Opowieści z Narni"(więcej o tej książce na stronie czytadeł dla dzieci). Baśniowa kraina na południu graniczy z Kalormenem. Teraz już mogę powiedzieć, że to dokładny opis Państwa Islamskiego: niewolnictwo, zdrady, podstępne ataki i nieprzestrzeganie żadnych umów. Kobiety traktowane jako bezwolne maskotki. Tylko skąd o tym wiedział pan Lewis pod koniec lat czterdziestych XX wieku? To zagrożenie w miarę upływu czasu staje się coraz bardziej realne. Tu odsyłam do jeszcze nie powstałej notki o Pilipiuku. Napisał on opowiadanie o Kalifacie Lechistanu, a Nowy Watykan to miasto w Ameryce z urzędującym tam papieżem, bo cała Europa jest islamska i cofnięta do czasów bez elektryczności. Niestety, aż ciary chodzą po plecach. Najgorsza w naszych czasach jest poprawność polityczna, która nie pozwala nazywać rzeczy po imieniu. Łatwo jest uderzać w chrześcijan, w Kościół bo jestem bezpieczny. Islamu nie zaatakuję, bo to niebezpieczne albo okażę się czarną owcą na salonach. I tu wkraczają moje "ulubione" panie feministki( mam kilka takich, brr). Głośno krzyczą o prawie do zabijania nienarodzonych, bo co takie dzieciątko może. One nie myślą. W samych Stanach od wojny zamordowano prawie 60 milionów dzieci(!). Już patrząc na to w sposób instrumentalny mogło to być 60 milionów żołnierzy broniących między innymi tych krzykliwych pań. Zresztą, jeśli trafi do nas islam to długo one sobie nie pokrzyczą. Z dedykacją dla nich i ich krótkowzrocznych zwolenniczek trochę o prawach szariatu:
 http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/233475-prawo-szariatu-zostanie-wprowadzone-takze-w-polsce-ludzie-beda-szczesliwsi-zapowiada-imam-anjem-choudary

A tu następny tekst o postępie w nauce:
http://www.fronda.pl/a/arabski-anty-kopernik-ziemia-nie-moze-sie-krecic,47717.html

I wisienka na torcie o tym jak bić żonę, by była lepsza
http://www.fronda.pl/a/muzulmanski-duchowny-radzi-jak-skutecznie-bic-zone,47829.html
A może one po prostu marzą o życiu w haremie? Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nigdy nie pochylają się nad losem islamskich kobiet?
Trochę mnie to wyprowadza z równowagi. Boję się jak będą żyły moje dzieci. I nie przekonuje mnie gadanie, że to teorie spiskowe. To właśnie ta niefrasobliwość pozwala zabijać ludzi w biały dzień, nie w dżungli czy na polu bitwy, ale w kawiarni, banku czy na ulicy. Muszę pooddychać!
Tu już oddychanie:
 Na początku chcę podziękować wszystkim za ciepłe słowa, które dzisiaj do mnie dotarły w komentarzach, mailach i ...telefonicznie. Tak, tak! Na pewne sugestie odpowiadam, że mam zdjęcie całej rodziny wspólnie i postaram się je zamieścić. Teraz mam tremę, bo myślałam, że tylko znajomi czytają a skoro nadal są naszymi znajomymi to nic ich już nie zrazi:))))))
Muszę też zamieść posta wakacyjnego, bo udało nam się dopracować trasę.
Jedna podstrona zaczęła działalność i to pomimo tego, że pół dnia spędziłam z telefonem przy uchu usiłując zarejestrować mnie na gastroskopię a Józinka na okulistykę w celu usunięcia mięczaka zakaźnego, pamiątki z poprzednich wakacji. Mądra matka ( to oczywiście ironia) myślała, że podczas podróży powbijało mu się paprochów przy oku. Takie małe farfolki. Byliśmy u naszej kochanej pani doktor, ale wtedy akurat prawie zniknęły a ja się nimi nie zajmowałam. Potem się zaniepokoiłam, bo pojawiły się przy drugim oczku i coraz więcej. Podczas kolejnej wizyty nie było już wątpliwości i dostaliśmy skierowanie z adnotacją PILNE. W związku z tym jutro mamy testy Zosi do nauczania domowego, w środę moje badania krwi, w czwartek zakończenie testów Marysi a w piątek okulista Józinka. Wszystko rano i z Pitim jako towarzyszem. Hura!
Grypa brzuszna nie odpuszcza, dziś pomimo trzech łazienek występowały napięcia. Wirus dopadł starszaków i to efektownie ( efekty przemilczę). Dwie łazienki zajęte, jedna sprzątana i jeszcze kryzys papierowy. Tatuś już wyposażenie zakupił, ale jeszcze nie dojechał a skończyły się wszystkie intensywnie używane rolki i chusteczki higieniczne. Już rozmyślałam o powrocie do czasów PRL-u i wykorzystaniu gazety. Na szczęście pojawiła się odsiecz:).
Ta grypa daje mi się we znaki już i umysłowo. W chwilach zwątpienia myślę sobie, że nigdy się nie skończy. Z drugiej strony zaczyna mi przesłaniać świat. Przed chwilą w coś weszłam i co sobie pomyślałam? No wiadomo co! A to była tylko biedna rodzynka, taka biedniutka samotna. Uff!
Tu muszę dodać, że po raz kolejny mamy zupełnie inne dziecko niż pozostałe. Często sobie myślę, że już tyle przeszliśmy i mamy pewność, że damy radę. Nic bardziej mylnego . Nowy człowiek, ze swoim własnym charakterem, oporami i gustami. Piotruś śmieci przy jedzeniu jak nikt dotąd. Ta rodzyneczka jedynaczka to też jego sprawka. Ma przy tym ogromną frajdę. Wszystko jest rozgniecione, rozmazane najpierw na stoliku a potem we włosach i ubranku. Nie pomagają nawet największe śliniaki. Postanawiam go karmić, ale nic z tego, on sam. Każde jedzenie kończy się myciem, zmianą ubrań i odkurzaniem. Rodzeństwo nie cierpi dyżuru pod hasłem: fotelik Piotrusia. Nie umiemy go też nauczyć pić z kubka niekapka tzw.360 stopni. Mały cwaniak wyczaił, że z butelki przyjemnie kapie i można się nieźle ubawić. Kubek bierze chętnie, ale nie umiemy mu wytłumaczyć, że samo nie poleci tylko trzeba pociągnąć. Na razie bobofruty z kubeczka cichcem wypija Asia.
Oto obiecany przepis na chlebek bananowy. Dzisiaj musiałam zrobić już drugi raz:)
3-4  banany, najlepiej z brązową skórką-są bardzo słodkie
1/3 szkl.stopionego masła
1,5 szklanki mąki
1 jajko
1 łyżeczka sody oczyszczonej
opcjonalnie 1 szklanka cukru. Dla mnie z cukrem jest stanowczo za słodki.
W misce ugniatamy banany, dodajemy wszystko inne. Trzeba dobrze wymieszać, szczególnie sodę i do nagrzanego na 175 stopni piekarnika na 45 minut. Znika równie szybko jak się go robi:) Mam nadzieję, że to jakaś zdrowsza alternatywa dla ciasteczek( zwłaszcza jeśli jest robiony bez cukru).
Proza życia ujawnia się w różnych momentach. Na przykład przy wystawianiu śmieci. Znowu opuściliśmy plastiki. I to pomimo kolorowej tabelki na lodówce. Chyba sobie napiszę na lustrze. A wszystko przez to, że dzieje się dużo ciekawych rzeczy i naprawdę nie zawsze pamiętam jaki dzień mamy. 

niedziela, 22 lutego 2015

Mądrość ludowych mądrości III

Jeśli ktoś chce przeczytać tego posta to podejrzewam, że będzie potrzebował sporo czasu. W głowie kotłuje mi się masa zdarzeń i refleksji.
Te dzisiejsze mądrości są dwie i dla mnie dzisiaj silnie powiązane. Jedna to ta, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca a druga brzmi:
"Pierwszą połowę życia psują człowiekowi rodzice a drugą dzieci". I choćbym nie wiem jak się buntowała to fakty ostatniej doby są przeciwko mnie.
Wczorajszym dniem byłąm zachwycona do momentu banalnej i błahej sprzeczki z Jasiem. Ciągle zapominam, że on mając 17 lat żyje na wulkanie swoich nieokiełznanych emocji. Uśpiona ostatnim spokojnym czasem, poważnymi rozmowami nie wycofałam się w odpowiedniej chwili. Tata słysząc jego niegrzeczne odzywki chciał go przyhamować. Skutek był odwrotny. Zupełnie jak w tym trailerze:

https://www.youtube.com/watch?v=p8iZzIg9yos

I nasz synek wyszedł trzaskając drzwiami. Ponieważ jest mocno emocjonalny spacer dobrze mu robi i po powrocie można wrócić do rozmowy. Zazwyczaj wraca szybko. Tym razem nie było go 4 godziny. Trafił do chrzestnych, którym wyżalił się na wstrętnych rodziców. Akurat tym prawie się nie przejęliśmy, bo są świetni i jak spodziewaliśmy się pomogli mu wrócić na odpowiednie tory. Piszę prawie, bo ja się przejęłam, mój Ukochany zupełnie nie i jeszcze stwierdził:
-Dobrze mu chrzestnych wybraliśmy.
Ale serce matki zostało zranione, czułam upokorzenie, że ja znająca go przecież najlepiej nie byłam jego centrum świata. Znam wszystkie teorie na temat dorastania, odcinania pępowiny, ale do cholery to ciągle boli. Mam wszelkie predyspozycje do bycia toksyczną matką. Muszę w to uwalnianie dzieci wkładać mnóstwo wysiłku, czy nie można ich po prostu przytulać i trzymać za rączkę?
Jedyny jasny punkt to Marysia i Jacek ( czyli następni w kolejce do dojrzewania), którzy mnie pocieszali, dostałam herbatkę z melisą i byłam zmuszona do gry w Dobble:)
Dzisiaj mieliśmy spokojną rozmowę z Jasiem o wczorajszych wypadkach i mogliśmy nawzajem powiedzieć sobie przepraszam.
Ale cały dzień byłam wewnętrznie obolała. Może dokładał się jeszcze ciągle ból brzucha. Dzisiejszy wieczór jest pierwszy od bardzo dawna, kiedy mogę nieśmiało powiedzieć, że chyba nie boli. W długim przeżywaniu grypy brzusznej towarzyszy mi Piotruś, ale u niego też już lepiej . Za to padł Jacek.
Wczoraj zdążyłyśmy uszyć prototyp ptaszora. To na razie wstęp. Biedna Hania cierpliwie pruła i powtarzała szycie. Ale dała radę, jestem dumna z niej.
Dzisiaj postanowiliśmy zrobić na obiad tortille.Między innymi z okazji bardzo ważnego dla Jacka gościa. Miałam stresa jak wspominałam chyba wczoraj. Moje dziewczyny przystąpiły do siekania różnych dodatków. Najlepsza była arcyksiężna Zofia:
-Blee, ubrudzę sobie ręce.
Ale jakoś to przeżyła. A oto efekt:
 Placki też robiłyśmy same, bardzo proste:)
2 szklanki mąki
160 ml wody, ale bardzo, bardzo gorącej
szczypta soli
2 łyżki oleju
Wszystko wymieszać, najpierw łyżką a potem ugnieść. Ciasto musi chwilę odpocząć. Potem wałkujemy na cieniutkie placki i na rozgrzaną patelnię. Wychodzi cienkie, gumowate i z pęcherzami powietrza czyli jak trzeba. Najgorsze jest wałkowanie na bardzo cienko. A u nas trzeba zrobić z co najmniej trzech porcji:)
Wieczorem jeszcze coś mnie naszło i zrobiłam na jutro chlebek bananowy. Pierwszy raz w życiu. Przepis bardzo prosty, ale najpierw spróbujemy a dopiero potem zacznę rozprzestrzeniać:)
Jedną z przyjemniejszych dzisiaj czynności  było planowanie trasy wakacyjnej. Chciałam to opisać, ale widzę, że to właściwie jest cały osobny post. Nie zdążyłam oczywiście uruchomić podstron. Poraz kolejny sobie obiecuję: jutro. Chcę dotrzymać, bo kotłują mi się po głowie.
Byliśmy już po kąpieli Asi i Piotrusia, gdy Józinkowi przydarzył się okropny wypadek. Schodził a właściwie zeskakiwał po schodach i jakoś nogi mu się obsunęły na końcu. Przydzwonił głową w kafelki. Z przerażeniem zobaczyłam jak na czole powstaje mu olbrzymi guz i ciągle się powiększa. Szybko zmrożona ryba i ucisk a w głowie panika, bo powinnam wiedzieć czy jedziemy do szpitala czy czekamy. Rodzeństwo i mąż stali nad nami oczekując decyzji. To dla nich nie pierwszyzna, bo co trochę jest akcja pt: wyjazd na chirurgię dziecięcą. Nawet ostatnio coś długo nie byliśmy. Na szczęście zimny ucisk pomógł. Decyzja : do obserwacji.
Dziś odkryłam po kim Asia jest tak bardzo wymowna. Niewątpliwie po Tatusiu. Dowody? Proszę bardzo!
Mąż, gdy zobaczył Marysię w kolejnej rękodzielniczej akcji podsumował to tak:
-Nie wiadomo czy wyjdzie z tego kokardka czy paliwo do rakiet ale jest to obiecujące.

W związku z powyższym nikogo nie zdziwią dzisiejsze teksty Asieńki:
-Tata wyblokuj internet, bo chcę z Pitusiem oglądać stlażaka Sama.
a do mnie:
-Mama, daj założę Ci okulary.
-Ok.- ale coś nie wyszło i usłyszałam:
- Albo zrobię to jak będziesz stara.




sobota, 21 lutego 2015

Ułatwienia

Kilka lat temu przy okazji jakiegoś monstrualnego rachunku za prąd (wyrównania, prognozy i nie wiem co jeszcze) udało nam się doprowadzić do wyłączenia prądu. Nasze spóźnienie z płatnością spowodowało wizytę "miłych" panów, którzy prąd wyłączyli. Przez dwie doby byliśmy pozbawieni tego dobra luksusowego. Działo się to jesienią, więc nie dało się żyć według wschodów i zachodów słońca. Z przerażeniem obserwowałam rosnącą w tempie zdumiewającym hałdę prania. Wtedy to naszła mnie refleksja: jak radziły sobie w życiu codziennym nasz babcie i prababcie. Bez pralek automatycznych, ciepłej wody w kranie, zmywarki, suszarki czy laptopów. Chylę głowy przed ich pracowitością. Ja mam wszystkie te ułatwienia a i tak zdarza mi się nieustannie marudzić, szemrać jak żwawy strumyczek jak to mam ciężko, niewygodnie i nie tak jak być powinno. To tak pod rozwagę, jak mi znowu przyjdzie do głowy obrażać się na rzeczywistość.
Znowu nastał czas intensywnych odwiedzin "kolegów" i "koleżanek" naszych dzieci. Chodzi oczywiście o tych wyjątkowych. Muszę przyznać, że jeszcze nie nabrałam dystansu wobec takich wydarzeń. Widząc zdenerwowanie mojego dziecka, często pouczenia jakie wystosowuje do rodzeństwa jak ma się zachowywać "by nie narobić wstydu", zastanawiam się co ja mam mówić i ile. Czy zainteresować się, wypytać czy wręcz przeciwnie milczeć. Ale wtedy istnieje groźba, że gość się poczuje niezręcznie albo odrzucony.Do tej pory wizyty zawsze kończyły się takimi na przykład tekstami:
-Nie wiem czemu ale bardzo się jej spodobaliście.
I różne wariacje na ten temat. Ale co będzie jeśli kiedyś nie zdamy tego egzaminu?
Dodatkowo, jeśli sprawa robi się poważna poznajemy rodziców znajomych dzieci. Tu jakby spokojniej. Zazwyczaj są tak zakręceni i wymaltretowani przez nasze młodsze dzieci, że nie zdążą zauważyć nieposprzątanej do końca kuchni, podsychającego kwiatka na parapecie albo lekko zbrylonego cukru( bo niektórzy go podjadają nielegalnie). Potem już są pod naszym urokiem i wdzięczni losowi za poznanie tak inteligentnych i miłych ludzi;-)))))UFFF!
Ptaszorów nie pokażę jeszcze, bo wieczorem najpierw graliśmy w wielbłądy a potem w "butelkę" przy pomocy lakieru do paznokci. To ostatnie ze starszakami. Taka mała godzina szczerości. To było bardzo fajne doświadczenie i czas poważnych rozmów, ale raptem zrobiło się bardzo późno. Cały czas jest to dla mnie źródłem wielkiej radości, że chcą z nami rozmawiać i to o różnych rzeczach.
Nie wiem czemu  gra w butelkę przywołała wspomnienia. Jako dziecko mieszkałam w falowcu. Może nie wszyscy wiedzą jak wygląda taki dom. Tu obrazek poglądowy:
Dla mnie jako dziecka ten moloch mający mniej więcej 400 metrów długości i zsypy na każdym piętrze by źródłem wielu lęków. Wychodzenie z psem obok czarnej, zsypowej dziury straszne, klatka schodowa do pokonania zimą, bez windy ( bo popsuta) straszne, zwłaszcza, że mieszkałam na 9 pietrze. Ogólnie nie wspominam tego dobrze. Z jednym wyjątkiem, w lecie galerie służyły wspaniałej grze w podchody.
Tabuny młodych ludzi ścigających się po piętrach, trzaskające drzwiami od klatek i łomoczące nogami powodowały, że w końcu trzeba było zwiewać przed mieszkańcami. Oczywiście zabawa była zabroniona i nie daj Boże trafić na własne piętro. Konsekwencją często był szlaban. Teraz wszyscy mielibyśmy pozakładane niebieskie karty:)
Dziś piękna pogoda i mieliśmy przymusowy relaks z Piotrusiem w parku, po odwiezieniu Marysi na zbiórkę harcerską, Hani na zbiórkę zuchową, Zosi na klub dla dziewczyn a Józia na piłkę nożną. Czekając na nich wypiliśmy sobie kawę i karmiliśmy kaczki. Piotrek jak zaczarowany obserwował ich wyczyny w wodzie. Jak to dobrze, że dzieci mają zajęcia dodatkowe. Teraz dotlenieni musimy zmagać się z lekką sennością:).
Dzisiaj rano Józio do Taty:
-Tato, kiedy kupisz mi perkusję i gitarę elektryczną?
-O, dużo zamówień od rana!
-Nie, tylko dwa- nasz sześciolatek jest nieubłaganie precyzyjny.
Jak tylko pokonam senność mam zamiar zainaugurować wpisy na podstronach.


piątek, 20 lutego 2015

Mydło i powidło

Moja babcia tak właśnie mówiła na różne rzeczy ze sobą przemieszane. Dziś tak będzie w moich zapiskach. Podjęłam już mocne postanowienie, żeby porozdzielać książki od pamiętnika czy przepisów i mam przygotowane podstrony. Dziś więc ostatni raz wszystko razem. Chyba:).
Miałam okazję odwieźć dzisiaj mego najstarszego z synów na komisję wojskową. Tak, od dzisiaj ma książeczkę wojskową i gdzieś tam majaczy to, że w przypadku konfliktu zbrojnego może pójść przelewać krew. Niestety nie jest to aż tak nieprawdopodobne. Chyba mu odpuszczę to ścielenie łóżka:). I tak właśnie mamusie robią z synków wymoczków, ale to tak trudno...
Z poważniejszych rzeczy jeszcze. Czytam ostatnio różne podsumowania walentynkowe, dobre rady, by osiągnąć trwałość związku. Może ja się nie znam, bo mam mało doświadczenia. W końcu jestem zakochana i kocham jednego faceta od prawie trzydziestu lat- wliczając w to również "chodzenie" i narzeczeństwo. A może właśnie mam więcej doświadczenia. Widzę wyraźnie, że dwoje tak różnych ludzi jak my, o takich ognistych, hiszpańskich temperamentach i tendencji do upierania się przy swojej racji nie mogłoby żyć ze sobą szczęśliwie, gdyby nie trzecia Osoba w tym związku. Pan Bóg. Takie jest moje doświadczenie, może ktoś ma inne. Gdy patrzę w tył to było najlepsze co mogliśmy zrobić, uwiesić się na Nim.
Jak już tak się rozpędziłam to chciałam jeszcze polecić pewnego dominikanina i jego rozważania na Wielki Post:
https://www.youtube.com/watch?v=wKseFN3bJWM
To odcinek pierwszy:).
Chciałam jeszcze poruszyć sprawę skarpetek. Wczoraj znowu wieczorem zasiadłam nad moim memo czyli znajdź parę:))). Nie wiem jak to się dzieje ale pojedynczych skarpetek mamy tyle, że można by ubrać armię ...no właśnie kogo? Jakoś nikt jednonogi nie przychodzi mi do głowy. Chyba, że zacznie być modne ubieranie ala Pippi Pończoszanka. Moje dzieci jednak nie chcą być prekursorami mody. Na nic nasze sprytne zabiegi, żeby kupować po kilka par takich samych- w razie czego zawsze się jakoś dopasuje. Nic mi już nie przychodzi do głowy. Na pewno ktoś je zjada. Może zacznę je łączyć sznurkiem jak rękawiczki. Dodatkowo między rodzeństwem dochodzi do nieczystych machlojek z cyklu podbieranie sobie skarpetek.
W dramatycznym momencie jakim jest poranek zawsze ktoś biega wołając:
- Nie mam skarpetek.-ewentualnie:
-A on ma moje skarpetki.
Zaczyna to być nudne. A z pięćdziesiąt pojedynczych skarpetek leży sobie spokojnie w koszyku.
Na dzisiejsze popołudnie jesteśmy umówione z dziewczynami na szycie wiosennych ptaszorów do powieszenia w salonie. Na zielono. Jak wyjdą to jutro pokażę zdjęcia.
Nie tak dawno podjęłam wyzwanie przejścia na zdrowy tryb odżywiania. Z różnymi ukrytymi celami, którymi się chwalić nie będę (no chyba , że zostaną osiągnięte:)). W naszym menu pojawiła się kasza jaglana. I jutro będziemy się objadać taką oto pastą:
Kasza jaglana,szczypiorek, jajka ugotowane na twardo, trochę jogurtu naturalnego, sól, kurkuma i wszystko do blendera. Można jeść z chlebem lub z warzywami. Mniam, mniam.
Mój Ślubny jakiś czas temu kupił silikonowe lampy w Biedronce. Bardzo fajny pomysł. Można je dowolnie wyginać i w związku z tym każdego dnia mieć inną lampę. Tu mój poważny mąż w różowej (mamy jeszcze niebieską i zieloną). Ten to umie zabawić kobietę. Nasz właśnie powołany synek też nagrywa tatusia:)

czwartek, 19 lutego 2015

Nicnierobienie

Dochodzi jedenasta a ja wciąż w koszuli nocnej.  Zupełnie jakbym wczoraj wykrakała to chodzenie w nieładzie. A najgorsze jest to, że to tylko pozory. Dzień zaczęłam przykładnie przed szóstą rano. Pierwsze chwile były bardzo miłe. Jacek oznajmił :
-Józio wymiotował w nocy, ale już posprzątałem i dałem mu miskę.
No jak tu nie pęknąć z dumy. I dlatego, że brat zadbał o brata i z powodu samodzielności i dojrzałości dorastającego syna. Uff!
Poranna krzątanina upłynęła jeszcze w normalnym tempie, zaczęło się potem. Ukochany, który wrócił wczoraj z pracy w nie najlepszym stanie odzyskał siły. Ja marzyłam natomiast, żeby wrócić do łóżka. Od kilku dni zagościła u nas niechciana grypa brzuszna. Mało daje efektów spektakularnych typu biegunka i wymioty ale za to bardzo osłabia i powoduje przykry ból brzucha. Mi z różnym natężeniem towarzyszy już trzeci dzień i dodatkowo pobudza moją rozbujaną wyobraźnię do produkcji obrazów pt. " Na co mogę umrzeć". Moje wykształcenie nie pomaga, wręcz przeciwnie podsyła całą listę sugestii.
Nie mogłam się jednak nad sobą rozczulać, bo Piotruś był do natychmiastowego mycia- coś wspominałam, że ten wirus nie daje spektakularnych efektów? Józio znowu wymiotował a ja nieszczęsna, by prześcielić mu łóżko wkroczyłam na terytorium wroga czyli na piętro moich latorośli. Jak wkroczyłam to przepadłam.
Na dole czekało moje łóżko, stos prania do rozłożenia i kuchnia do ogarnięcia a ja szepcząc brzydkie wyrazy miotałam się po pokojach dzieci. Dodatkową atrakcją był Piotruś. Poniższy filmik daje lekkie wyobrażenie o jego pomocy.

https://www.youtube.com/watch?v=_bP0Uf3Shd0

Ale naprawdę tylko lekkie. On po prostu ma większe możliwości. Ścielę jedno łóżko wytrząsając z niego książki, kredki, koraliki, kleje, plastelinę a w tym czasie Piter włazi na łóżko piętrowe i zaczyna zrzucać rzeczy z półek. Sprzątam miliony kredek, za chwilę pomocne łapki ściągają z powrotem na ziemię te koszmarne ilości przy okazji rozsypując zawartość temperówki- i to niejednej.
Miotam się, bo co chwilę odnoszę coś do brudasa i zaczynam segregować pranie, w tym czasie słyszę łomot z pokoju dziewczynek. To nic, tylko Piter ściągnął plecak, którego Marysia nie zdążyła przez pięć dni odstawić na strych. Jest tam jeszcze karimata i trapery. Wracam do prania, co by jedno zakończyć. Po drodze przylepiam się do plasteliny. Zanim się zatrzymam robię kilka roków i tyleż tłustych mazów na podłodze. Józio chce wymiotować, przecież ma miskę. Poprawka: miał miskę. Rzeczona dostała nóg i przemieściła się w krytycznym momencie w inne rejony. Ścielimy łóżko jeszcze raz. Na dole dzwoni telefon, no to po schodach tam i z powrotem. Z workiem ze śmieciami na dół, z pustym do góry. I tak kilka razy. Aerobik na dziś mam zaliczony. Jakoś zyskałam przewagę nad Piotrkiem. Dochodzi czas jego spania, więc mogę się zająć dołem i praniem. Czekam z utęsknieniem na powrót potomków, z całą listą rzeczy do zrobienia. Bo górę przecież tylko lekko odgruzowałam, nie ruszyłam np. biurek, na których są same ważne rzeczy. Ale ich ilość musi się zmniejszyć. Józio leży, Piter śpi, muszę się ubrać i tylko na chwilę tu zajrzałam. Dlatego piszę w piżamie.
Potem tylko pranie, obiad. Wczoraj jeszcze rozwiązywałam z Marysią równania, przebiegu funkcji z Jasiem nie umiałam zrobić. Już nic nie pamiętam a byłam w mat-fizie. Do tego musi być tatuś. Tatuś też co prawda czasami wymięka np. gdy Marta przynosi mu zadania z fizy na poziomie licencjatu. Też już nie pamięta. Dzięki dzieciom nasze szare komórki muszą być stale w gotowości :). Idę się ubierać póki mam czas ,na pocieszenie mam jeszcze jeden filmik. Jestem wysokiej klasy specjalistą.

https://www.youtube.com/watch?v=IcPuSs9jOq4

środa, 18 lutego 2015

Drobny gest

Może znacie mnóstwo dzieci, które potrzebują pomocy i może już trochę zobojętnieliśmy. Tyle cierpienia wokół nas. Ale zaczął się czas Wielkiego Postu a jałmużna gładzi wiele grzechów. Warto się dołączyć. Ta dzisiejsza prośba ujęła mnie miłością, która przebija ze słów taty walczącego o leczenie dla swojego synka. Zresztą co tu dużo gadać, oddaję mu głos:

https://www.siepomaga.pl/f/kawalek-nieba/c/2163

wtorek, 17 lutego 2015

Literka D

Zacznę znowu nie od tego co miałam w planach, ale nie mogę się powstrzymać:)
Koleżanka mi podrzuciła obrazek ze strony fb wielodzietni:
Niestety jest to śmieszne tylko przez chwilę. Nasze dzieci mają być uczone przez takich "ekspertów". Czy Was też uczyli o dupkach z przodu i z tyłu? Mam wiele zastrzeżeń. Dlaczego z tyłu a nie z lewej? Dlaczego koniecznie dupka a nie brzuszek? I jak zapytał jeden z rozsierdzonych ojców: Co w takim razie ma duże D i gdzie? Padały też odpowiedzi niecenzuralne, ale w tym momencie bardzo na czasie.
Chwilowo zostawiamy dupki z tyłu;-)
Kolejna rzecz to znaleziona w internecie ilustracja. Bardzo mi pasuje do wczorajszego tekstu:
Ze swej strony dodam, że złośliwi szyją coraz ciaśniejsze ubrania i w miarę upływu lat trzeba zamawiać coraz to większy rozmiar. Ale to przejściowe trudności:)))
Żoną jestem już długo, dłużej niż trwało moje dzieciństwo i życie osobno. Wciąż lubię jak mój mężczyzna patrzy na mnie z zachwytem albo to, że nadal umiem go rozproszyć. W związku z tym zaczęłam się zastanawiać jak to jest z tym słynnym mundurkiem matczynym czyli dresem. Ciągle słychać głosy, jak to kobiety się zaniedbały, zero makijażu, tylko ten dres i dres. I coś czuję, że tematu czepiają się te, które swoich dzieci nie mają albo ani przez dzień nie były pełnoetatowymi mamami. Bo w końcu nie o wygląd chodzi. Możliwe, że jest to mundur, ale jaki wygodny i przystosowany do zajęć. Nie straszne mu lepkie łapki czy ulewania, można w nim kucnąć, klęknąć albo wykonać szpagat- w zależności od potrzeby. Gdy maluch już ubrany przed  spacerem nie tracimy czasu na strojenie się, bo ważniejsze jest to, żeby się nie zgrzał itd. Dres tu występuje jako umowny symbol wygodnego, codziennego ubrania. Nie wiem czy czytaliście "Nianię w Nowym Jorku". Tamta mama jest elegancka i zadbana. Tylko niezdolna do przytulenia własnego dziecka, bo co z ubraniem, makijażem? Nie martwcie się! Kochający mąż przeżyje, zwłaszcza, że najczęściej to wyzwanie jest chwilowe. Pamiętam, gdy urodziła się nasza pierworodna. Nie byłam w stanie się umyć. Początek był bardzo ciężki. Martusia bardzo ulewała i pomimo pionizowania i odbijania ja cały czas drżałam czy się nie zaleje i nie zakrztusi. Wypracowałam w końcu wciąganie wózka do łazienki i kontrolowanie sytuacji nawet spod prysznica. Całe nasze ówczesne mieszkanie miało 34 m2, więc łazienka była raczej mikroskopijna, ale nie odpuszczałam. Powoli oswajałam się z sytuacją, dzień nabierał pewnego rytmu i mogłam zacząć normalnie funkcjonować:). Po urodzeniu syna z kolei on wszystko początkowo uniemożliwiał. Zostawienie go choćby na moment powodowało rozpaczliwy płacz. Trzęsły mi się ręce, nie mogłam zrobić śniadania córce. Jedyny sposób to było nosidełko( wtedy niestety jeszcze nikt nie mówił jeszcze o chustach). Z biegiem dni było coraz lepiej, a odkrycie, że włączenie odkurzacza wyłącza małego wrzaskuna załatwiło sprawę. Odkurzacz działający przez 3 minuty i Stachu spał jak aniołek. Nigdy nie miałam tak wysprzątanego domu;-). Potem radziłam sobie coraz lepiej.Teraz przy dziesiątym mam mnóstwo czasu i głębokie przekonanie, że nie wszystko muszę. Ale mogę. Zrobić sobie makijaż albo pomalować paznokcie a zakupy mi dowiozą z Tesco. Zamiast rozwieszać pranie wrzucę je do suszarki- po wielu latach rozważań zdecydowaliśmy się na to rozwiązanie- a czas mogę przeznaczyć na czytanie książeczek, albo pokazywanie córkom jak zrobić bransoletkę z koralików. Mogę zrobić na obiad tylko rosół a byc dłużej na placu zabaw albo na gimnastyce z najmłodszym itd. Największą trudnością w tym wszystkim jest przekonanie samej siebie, że nie wszystko muszę i że to sprzątanie, dom jak z amerykańskiego filmu to nie sens życia. Zresztą, żeby utrzymać porządek w domu to chyba bym musiała pozabijać domowników, od mojego Ukochanego zaczynając. Ma on przemiły zwyczaj kolonizowania wszelkiej wolnej przestrzeni. Jeśli gdzieś tylko pojawi się miejsce natychmiast pojawiają się tam stosy kabli, laptop, ważne papiery, jakieś śrubki, rysunki dzieci opatrzone kulfonami: "dla taty". Kocham go z tym bajzlem a on mnie nawet w dresie.

Moi kochani synkowie, którzy w ogóle nie rozumieją sensu
prac domowych( no może oprócz gotowania) podesłali mi taki obrazek. Ku pocieszeniu, gdy załamałam się przy kolejnych dziurawych skarpetkach:) Może to i sposób na jeszcze więcej wolnego czasu?


poniedziałek, 16 lutego 2015

Konkurencja

Moja przyjaciółka, niewiele ode mnie starsza zostanie babcią. I w pewien sposób to jest przerażające. My jesteśmy wciąż młode, mamy małe dzieci a te ledwie podrośnięte już mają swoje rodziny. Czy musimy tak pędzić? Z racji uczestniczenia w porodach domowych spotykam się z coraz innymi młodymi rodzicami. Jakoś nie dopuszczam do siebie myśli, że są tylko kilka lat starsi od mojej najstarszej córki. Dopiero spotkania z dziećmi znajomych, z tymi których znam od pieluch a oni właśnie oczekują swojego pierwszego albo kolejnego dziecka przypomina mi, że ja wędruję rodzicielską dróżką już sporo czasu. Że prawdopodobnie te pieluchy, które zmieniam są już ostatnie, że zakończyłam już nieodwołalnie etap karmienia piersią i wąchania nocą małej główki. Zamiast kolejnych zarwanych nocy mężnie muszę się zmierzyć z tymi ostatnimi razami. Kiedyś myślałam, że nie przeżyję maluchów, ciągłej gotowości do podawania picia, jedzenia, wycierania nosów i pup. Dzisiaj za tym tęsknię.
Dodatkowo w moim sercu tkwi głęboka obawa w jakim świecie będą żyły moje dzieci. Możemy udawać, nie chcieć widzieć co się dzieje ale jest to głupota i typowe chowanie głowy w piasek. Manipulowanie człowiekiem i doświadczenia na żywych istotach. Bo jak inaczej nazwać in vitro, gender, aborcję? Nie pamiętam już kto powiedział, że to straszne czasy, w których dziecko nie jest bezpieczne nawet pod sercem matki. Społeczeństwa rozwinięte mają głęboką świadomość, że zwierząt nie można poddawać eksperymentom medycznym, jaką burzę na skalę międzynarodową wywołał ubój rytualny. Dzieci pozwalamy zamrażać, przechowywać, rodzić innym matkom. Ile zmartwionych głosów wywołuje okulawiony pies, jak bardzo go personifikujemy. Chore dziecko jest tylko problemem,wydatkiem, kosztem a nie przyniesie dochodu. Co mają zrobić rodzice bliźniąt z Wielkiej Brytanii, jedni genetyczni, drudzy biologiczni. Jedna matka ich pragnie bo są to jej dzieci, krew z jej krwi, gen z jej genów. Przez ludzką pomyłkę dane drugiej matce, która je nosiła pod sercem dziewięć miesięcy i też je pokochała. To są jej dzieci. Sytuacja po ludzku nie do rozwiązania.
Wracając do dzisiaj:), które jest piękne i mamy  szansę by pięknie je przeżyć.
Wiosna atakuje!!! Piękne słońce, przyroda ruszyła. Wszystko chce rosnąć. To był świetny pomysł, by w naszym zarysie, wizji ogródka pojawiła się wierzba. Bo oto są na niej bazie!!!


Nie wiem czy robić sobie konkurencję, ale muszę się przyznać do zaczytywania pewnej książki. Nie mam zamiaru jej nikomu pożyczać ale polecić chyba mogę;-).
To "Niania potrzebna od zaraz" Benedicte Newland i Pascale Smets. leży zawsze przy moim łóżku i służy jako pocieszacz. Bo pomimo wszystkich wpadek, nieudolności i przeciwności, z którymi się zmagamy ciągle jeszcze nie udało mi się:
-pójść na oficjalne przyjęcie z mężem i wrócić z łazienki z sukienką w majtkach
-zrzucić na gości sufitu- choć nasz dom jest również w budowie, a niektóre fragmenty już w remoncie
-pójść na chrzciny w mrozie w sandałkach
- ofiarować mężowi w prezencie staroświeckiej wanny przez którą trzeba było rozbierać fragment domu - to ostatnie tylko i wyłącznie przez nasze braki finansowe.
Wiele wydarzeń mogę wpisać na listę " zrobione". Pochwalę się nimi innym razem:)
I jeszcze apropos robienia sobie konkurencji: zapraszam na stronę "Kapcie na obcasach" . Świetne teksty mojej przyjaciółki. Jak zwykle po jednym z nich miałam wrażenie, że podglądała. Chodzi o pokój nastolatka. Nasz najstarszy syn okupuje mężowski gabinet. Naprawdę okupuje, bo prawie się nie daje wejść. Po przedarciu się przez pole minowe z brudnych ciuchów- ma zasady, jedna z nich to wynosic pranie raz na tydzień, druga nie ścielić rano łóżka, bo wieczorem traci się cenny czas na rozścielenie- do okna, można wywietrzyć zalegające warstwy zapachu zwycięstwa i wody kolońskiej używanej obficie. Ostatnio dostał ultimatum, że jak nie "ogarnie" to będzie spał na korytarzu na karimacie. Został na noc u dziadka, byle nie sprzątnąć. Okres sensytywny już za nim, pozostaje czekać aż się nie wyprowadzi. A na razie walczymy.


A tu jeszcze moja drużyna pływacka podczas zaprawy na sucho.
To było ubieranie silikonowych czepków na czas. Ojciec miał przewagę.
Zgadnijcie dlaczego?

piątek, 13 lutego 2015

Przepustka do Alcatraz

Dzisiaj był dobry dzień. Wszędzie słońce, dzieciaki wybiegane na spacerze a Piotruś po pierwszej wspaniałej awanturze na placu zabaw. Nie myślałam, że moje łagodne dziecko tak potrafi. Według niego stanowczo za krótko bujał się na huśtawce i całym sobą okazał niezadowolenie, ba wściekłość. Towarzyszyły temu jak się domyślacie, efekty dźwiękowe. Takie na miarę Oscara. Ludzie się oglądali, samochody zwalniały a ja tylko usiłowałam zapiąć mojego synka w wózku. Po uprzednich próbach odwrócenia jego uwagi. Na nic się zdały. Wyznam, że mnie zaskoczył, do tej pory miałam wrażenie, ze trafił nam się łagodny egzemplarz. Może skumulowała w nim żałość za te trzy tygodnie siedzenia w domu. Potem ucichł i znowu miałam w wózku łagodne, rozumne dziecię. takie, które słodkim głosikiem bezustannie pyta:
-A cio to? - i wciąż się uśmiecha.
To była chwilowa inwazja porywaczy ciał. Teraz jednak będę już przygotowana.
Nieco wcześniej, korzystając z sesji Marty wzięłam piekielną dwójeczkę czyli Józia i Asię i pojechaliśmy załatwiać Kartę Dużej Rodziny. Piotrusia śpiącego zostawiłam najstarszej latorośli. Papierów miałam mnóstwo, bo to przecież dziesiątka dzieciaków. Ale i tak byłam nieprzygotowana. Gdy wysłuchiwałam pouczenia bardzo miłej pani urzędniczki miałam wrażenie, że staram się o wejście do fortu Knox albo do Alcatraz. Czeka mnie dalsza papierologia. To nie tak, ze jak jesteśmy rodziną niewątpliwie wielodzietną to dostajemy Kartę. Nie, nie. Musimy być prześwietleni na wszystkie strony, dobrze, że nie żądają rentgena płuc i zaświadczenia o stanie jamy ustnej. Potem wstąpiliśmy do popularnej sieci sklepów( z odzieżą używaną) w poszukiwaniu inspiracji i pomocy w związku z balem karnawałowym. Bal razy trzy. Miałam na to dwa tygodnie, to nie, wolałam rozmyślać nad sensem życia niż zacząć przygotowywać stroje. To teraz mam za swoje i znowu wszystko będę robić z wywieszonym jęzorem. Józio od razu znalazł czapkę, która może udawać policyjną. Dorobimy wspólnie lizak, znajdziemy gwizdek i będzie super. Pałki ze względu na niemiłe skojarzenia historyczno-polityczne i możliwość niewłaściwego wykorzystania nie będzie miał. Apsiula będzie królewną a Hania dała się przekonać do bycia czarownicą. Miotła się znajdzie:).
Muszę jeszcze opisać sprawę pierścionka. Żeby nie zapomnieć, bo poziom absurdu jest odpowiedni.
Wczoraj wyszliśmy sobie z mym Ślubnym na małą randkę. Zaczęliśmy oczywiście od księgarni. Przyjemnie objuczeni weszliśmy do jubilera, gdzie miałam sobie wybrać walentynkowy prezent. Może nie do końca było tak jak zaplanował mój mąż, bo on lubi niespodzianki. Wie jednak też, że różne świecidełka poprawiają humor kobietom, jego żonie również. Nawet jak ona twierdzi, że to niepotrzebne. Znam ją i mogę to potwierdzić. Jak się później okazało, na szczęście była promocja i wybrany pierścionek był przyjemnie niedrogi. Pośmialiśmy się z paniami obsługującymi na temat różnic między mężczyznami i kobietami- to zawsze jest śmieszne. Na koniec wstąpiliśmy do delikatesów po cytryny. Książki ważyły swoje, więc mój mąż postanowił skorzystać z przechowalni. przy kasie spotkaliśmy pracującą w owych delikatesach sąsiadkę. Chcieliśmy ja podwieźć do domu, ale ona jeszcze pół godziny pracowała. Chwilę pogadałyśmy. W tym czasie mąż zabrał z szafki pakunki. Zadowoleni zajeżdżamy pod dom .Chciałam wyjąć  mój prezent by pochwalić się innym domowy srokom. Ale go nie ma. Mąż po otworzeniu szafki w delikatesach wyjął z niej książki a zostawił pierścionek. Telefon do sąsiadki. Pobiegła sprawdzić, ale niestety, już go nie było. Ktoś inny będzie miał walentynkowy prezent.  A ja wygląda na to, że dostanę pierścionek w najbliższym czasie jeszcze przynajmniej raz. Mówiłam, że na szczęście była promocja;-). A może teraz dostanę coś innego? I będzie niespodzianka? Tak po prostu dostać pierścionek to nudy!!!

czwartek, 12 lutego 2015

Przedwiośnie

Wiosna może i jest cudna, ale przedwiośnie jest straszne. Jeszcze dzisiaj jest Tłusty Czwartek i pomimo wszystkich postanowień i zaklęć nie zdołałam się oprzeć pączkom. Moja mama przeprowadziła jeszcze działania  dywersyjne i przywiozła wielkie opakowanie z różnymi nadzieniami. Jak tak można. Dobrze, że zaraz Wielki Post. Te chmury tak nisko wiszące są nie do zniesienia.
Jestem na granicy chandry, beznadziei i poczucia, że już zawsze będę niewyspana. Nie chce mi się wstawać z łóżka, króluje lenistwo. Niestety przerywane pojawianiem się mniejszych latorośli, które jakoś nie chcą zrozumieć jak poważne rozważania prowadzę i zmuszają mnie do działań całkiem prozaicznych:
-Am!
-Pić!
- Mogę bajkę?
-Mamuś chcesz coś zobaczyć?
A ja mam etap, że nic nie chcę. A lukier na podłodze nic a nic mi nie przeszkadza, no może troszeczkę...
Mąż widząc mój stan stwierdza, że może gdzieś się przejedziemy i pogadamy sobie. A tu ustawia się kolejka:
- Miałyśmy mamo jechać  po kolczyki
-Ja też chcę jechać!
Zaczynam się malować a Asia:
-O jakie masz grube oko!!!
No to jadę z grubym okiem. Od tuszu nie od pączków. Żeby ktoś nie pomyślał.

środa, 11 lutego 2015

Odrobina luksusu

Cały dzień za mną chodzi temat sypialni. Na spokojnie:)
Nasza niewielka sypialnia wydaje się jeszcze mniejsza przez to, że nasz dom  przyjmując kolejnych domowników zrobił się nieco ciasny. Akcesoria przynależne gabinetowi i wszelkie materiały do licznych hobbystycznych zajęć powoli zajmują w niej coraz więcej miejsca. To samo dzieje się z rzeczami, które na pewno muszą być  pod ręką ale nie na wierzchu. Też takie na pewno macie. U nas one lądują pod małżeńskim łożem. Chyba w nadprzestrzeni, bo według mnie tam jest za mało miejsca na to wszystko co podejrzewam, że tam zostało schowane:)) Niemniej moje sny o eleganckiej sypialni pozostają snami.
Ta ciasnota jest również powodem, że nie ma jak przestawić łóżka, a ostatnio dotkliwie zaczęło wiać spod okna. Zrobiło się nieprzyjemnie. Podjęliśmy środki zaradcze w postaci położenia się odwrotnie i umieszczenia w nogach cieplutkiego termoforu. Ach jaka to przyjemność ogrzać o niego nogi i niech wiatr sobie wieje na nie, są przykryte. My natomiast zyskaliśmy poranny piękny widok. Od kiedy zaczęło robić się jasno możemy podziwiać piękne niebo tuż po przebudzeniu.
Tak się tym  rozanieliłam, że kupiłam nową, małżeńską pościel. Omamiona różnymi pogłoskami na temat tego co luksusowe skusiłam się na jedwabną. No i mam za swoje. Dobrze, że mój Ukochany ma poczucie humoru. Codziennie trwa walka o utrzymanie kołdry na łóżku, lub co gorsza o to by samemu nie spłynąć na podłogę. Mój mąż twierdzi, że i tak jest nieźle bo nie depiluje nóg. Gdyby depilował to ho, ho spływał by bezszelestnie:))))
Ostatnio wyczytałam, że rodzin z jednym dzieckiem w Polsce jest ok.45%, z dwójką i mniej ok.80% a wielodzietnych tylko 6%.  Trochę to przerażające ze względów demograficznych.

A tu kawałek rodzicielskiej rzeczywistości. Ciekawe jak Wy to robicie?

https://www.youtube.com/watch?v=P9ANB-ccfb0

wtorek, 10 lutego 2015

Mądrość ludowych mądrości II

Może nie do końca jest to przysłowie ludowe, ale wiele racji w tym jest, co własnym doświadczeniem mogę potwierdzić. Szczęśliwy dzień po czterdziestce to taki kiedy rano wstajesz i nic Cię nie boli. Aż boję się myśleć co mówią o pięćdziesiątce:). Potrzeba kilku chwil, żeby uruchomić wszystkie systemy. Dziś rano co prawda pierwszy uruchomił mi się mózg. Poddawany intensywnym ćwiczeniom przez ostatnie kilka dni ze względu na artykuły, rozćwiczył się i jest gotowy do dalszych działań. Muszę to wykorzystać.
Sama nie wiem od czego zacząć. Zwłaszcza, że wielka sterta prania mnie wzywa.
Jacek właśnie wychodzi na "douczanie" do "koleżanki". Myśmy z Wojtkiem też się razem uczyli:).
Dzieci poprzestawiane, wieczorem harcują a rano wstać nie mogą. W następny poniedziałek czeka nas masakra poranna.
Zacznę od tego, że pomimo dwudziestu kilku lat małżeństwa nadal jestem zakochana w moim mężu. Z przerwami krótkimi, kiedy mnie wkurza. Ale jak on to mówi- od tego jest moim mężem. Ze dwa lata temu pojawił się jednak konkurent. Tu podnosimy napięcie.... Wszyscy czekają na jakieś niezwykłe wyznanie, ujawnione sekrety.... No dobrze. Chodzi o Jakuba Wędrowycza, bimbrownika i egzorcystę-amatora. Bohatera książek Pilipiuka. Mój mąż dość szybko się zorientował, co nie było trudne, bo żona mu kwiczała ze śmiechu w łóżku. Również się z nim zapoznał i niestety... Jego idolem został kumpel Jakuba, oficer carskiej Rosji Semen Korczaszko. Nawet nasz rudy kot, o arystokratycznych manierach ma tak na imię. Niestety większości naszych gości, wychowanym w społeczeństwie wstępnie angliofilnym Semen kojarzy się tylko z angielskim lub łacińskim "nasieniem". Od razu widać, że nie czytają, albo nie to co trzeba.
Z mężem po raz kolejny jesteśmy w jedności, ale tym razem połączyło nas zwyrodniałe poczucie humoru.

Nasze małe dzieci, właściwie bez wyjątku mają problem z obcinaniem paznokci u nóg. U rączek nie ma problemu, natomiast kończyny dolne są zagrożone. W związku z tym ułożyłam im kiedyś bajkę. Ostrzegam, że grafomania absolutna, ale skuteczna.
BAJKA O KSIĘŻNICZCE DŁUGI PAZUR
Za górami, za lasami było sobie królestwo. Mieszkał tam król, królowa i piękna księżniczka. Niestety nikt nie pamiętał jak ma na imię, bo wszyscy mówili na nią długi pazur. Dlaczego? Bo nie chciała obcinać paznokci. Nie pomagały prośby królowej, ani krzyki króla, obiecanki-cacanki i przekupstwa. W końcu nadszedł dzień, w którym księżniczka nie mogła rozczesać swych włosów ani ubrać nawet największych butów w całym królestwie. Poprosiła cichutkim głosem, bardzo zawstydzona by ktoś obciął jej paznokcie.
Niestety żadna służąca nie dała rady, tylko połamały wszystkie nożyczki. Wezwana kosmetyczka tylko ręce załamała i nawet nie próbowała zbliżyć się do tych wielkich pazurów.
Jak to zwykle bywa Król i Królowa ogłosili, że kto obetnie te wstrętne pazury ten otrzyma księżniczkę za żonę. Wielu próbowało, ale żaden nie dał rady. W końcu zjawił się inteligentny inżynier ze swoją piłą mechaniczną i pazury obciął.
Tu w zależności czy obcinałam paznokcie księżniczce czy inżynierowi okazywało się, ze księżniczka ma na imię-mogłam wstawić odpowiednie lub inżynier miał na imię..wstaw:). Często jednak młodociany inżynier nie chciał księżniczki za żonę tylko wolał pół królestwa albo pięknego konia. Jak słyszałam księżniczka była błee.
Och ci mężczyźni!!!

Biorąc pod uwagę talenty Marysi obok kanapa z palet, którą sama zrobiła.


poniedziałek, 9 lutego 2015

Całuski

Nadchodzą Walentynki i choć ze Ślubnym nie bardzo to święto uznajemy to spędzić miło czas można. Każda okazja jest dobra. A jeszcze wyczytałam, że cudowna Wanda Półtawska powiedziała, że zamiast gadać to należy się z mężem całować!
Jesteśmy już po badaniach Marysi i tych pedagogicznych i tych psychologicznych. Obie panie specjalistki przyjemnie zdziwione, że pomimo dziesiątki dzieci nie jesteśmy patologią. Pochwalę się, że Marysia ma czarno na białym, że stwierdzono u niej wysoką inteligencję. Phi, ja to dawno wiedziałam:)))).
Dzisiaj padło na Zośkę, która przed chwilą oznajmiła, że łóżko to najważniejszy mebel w życiu człowieka.
Zwracała jako maluch na siebie uwagę ze względu na urodę, duże błękitne oczy i piękną blond czuprynę. Skutek był taki, że ciągle częstowano ją cukierkami, albo wręczano jakieś drobiazgi. Kiedy tylko zbieraliśmy Zośkę do banku czy na zakupy było pewne, że wróci z jakimś gratisem. Trzeba było widzieć  konsternację darczyńców, gdy słodkie dziewczę zamiast „dziękuję” pytało:
-A dla rodzeństwa?
A jeszcze gorzej było, gdy patrzyła na otrzymane dary i stwierdzała:
-Mało!
Z jednej strony sytuacja dla nas niewiarygodnie krępująca ( przestaliśmy ją ze sobą zabierać), z drugiej byliśmy dumni z naszej „Zośki, a dla rodzeństwa” ze względu na jej pamięć i troskę o najbliższych jej ludzi. Co nie przeszkadza jej wykłócać się do upadłego z kim popadnie.
Obok zdjęcie mojego zestawu. Wykorzystam jak tylko zrobi się cieplej:)





I dla pamięci, szczególnie przy nieobchodzonych Walentynkach;-):

https://www.youtube.com/watch?v=RlJdNS1c6tc

sobota, 7 lutego 2015

Niedaleko pada jabłko od jabłoni

Ukochany zabrał dzieci na wyprawę, żebym mogła spokojnie popracować. Niestety mój mózg jest w stanie śpiączki i nie mogę z niego nic wykrzesać.
Podczas wspólnych posiłków jeśli nie ma sprzeczek( licznych) to pojawiają się wspomnienia. I nie wiem jak to jest, ale na przykład przy budyniu mój Ślubny zaczyna opowiadać ( zresztą po raz setny) jak to będąc w przedszkolu "rezerwowali" sobie budyń wkładając do niego paluchy lub czasami gorzej, bo ...popluwając. Brrr. Nie mijają dwie sekundy a moje potomstwo wprowadza w czyn opowieści tatusia. Na szczęście ograniczając się do pomysłu z paluchami. Nie mijają kolejne dwie sekundy i rozlegają się wzajemne pretensje:
- Ja ci wsadziłam tylko trochę.
-A ja ci tylko jednego. Mama on mi wsadzi całą rękę.
I to jest ten moment w którym mam ochotę krzyknąć:
-To są geny Twojej rodziny!
Kiedyś zresztą, kiedy zepsułam im jakąś świetną według nich zabawę usłyszałam:
-Ty mamuś nie jesteś prawdziwy Walczak.
-Dlaczego?- prawie zatkało mnie z oburzenia
-Bo ty się nie urodziłaś w naszej rodzinie.
I tak żyję z piętnem obcej. Dobrze, że Ślubny przy mnie wiernie trwa, bo nieraz bym straciła stanowisko.
Dziś dostałam zresztą zestaw fachowca: miotłę i kapelusz czarownicy. Chyba nie doczekają się obiadu.

czwartek, 5 lutego 2015

Sporty ekstremalne

Czas sportów ekstremalnych trwa. Poprószył pięknie śnieżek i na dwór wylegli starsi bracia. Jak już wylegli to zorganizowali nowe rozrywki. Zamienili się  w konie pociągowe i urządzili kulig. Oczywiście taki, w którym chodzi o to by uczestnicy jak najszybciej pospadali z sanek. Mam wrażenie, że na szczęście nie tylko moje dzieci mają taką przypadłość, że im lepsza zabawa tym więcej wrzasku i pisku. Nie muszę wyglądać przez okno, by zlokalizować swoje potomstwo. Mieszkamy na końcu ślepego zaułka, więc nie ma też obaw związanych z ruchem. Trzeba przyznać, że dzisiaj wykorzystali to aż do zmierzchu. U góry panuje teraz cisza i spokój, mam wrażenie, że zaraz padną. Przynajmniej ci młodsi. Cały salon i kominek są obwieszone rzeczami do wysuszenia. Z ilości rękawiczek wynika, że albo mam dwudziestkę potomstwa, albo każde ma po cztery ręce. Ciągle przychodzili po nowe.
Dzisiaj też Piotruś wyszedł pierwszy raz od trzech tygodni na dwór. Zawinięty po czubek nosa w wózku i tylko na dziesięć minut. Był straszne rozżalony, ze już musi wracać. Dziś był pierwszy raz w normalnym wózku, bo do tej pory jeździł takim specjalnym, tzw.rok po roku, świetnym. Ze zgrozą stwierdziliśmy, że wraz z kombinezonem ledwo się mieści. Trochę na wcisk:). Zawsze to samo, mam duże dzieci i przez to krótko są malutkie. Piotruś dzisiaj też odkrył wspinaczkę, przymierzał się do tego już jakiś czas. W końcu mu się udało. Skutkiem tego jest jeden guz i przerażający widok, kiedy go zobaczyłam wybiegającego z kuchni z nożem i to sporym. Już nic nie jest bezpieczne. Pamiętam jak w analogicznym okresie Jasiu wspinał się na półkę z książkami. Pod tym obciążeniem regał został wyrwany ze ściany i książki przysypały małego taternika. Regał uchwycił w ostatniej chwili Tatuś.
W ogóle dzisiaj jak patrzyłam na szaleństwa dzieci, których głównym pomysłodawcą był Jaś przypomniałam sobie taką dawną z nim rozmowę. Miał wtedy ze cztery latka:
-Mamo, muszę isć do lekarza bo mam coś dziwnego z oczami.
-A co się dzieje?- ja przerażona
-Jak zamykam to mi się otwierają.-Dodam, ze rozmowa toczyła się przy kładzeniu spać delikwenta.
Bardzo się denerwuję, bo jutro jedziemy z Marysią na badanie pedagogiczne w poradni przed nauczaniem domowym. potrzebna była opinia wychowawcy i pani mnie poraziła. Niby wszystko pozytywnie ale kontakt z rodzicami znikomy. Zgadza się, nie jeżdżę codziennie do szkoły.