wtorek, 22 grudnia 2015

Groch z kapustą

No to wczoraj w końcu zaczęłam przygotowania świąteczne. Co do sprzątania nie będę się wypowiadać, bo mam wrażenie, że powinnam posprzatać 15 minut przed wieczerzą. Inaczej i tak wszędzie będzie panoszył się nasz zwykły chaos. I pomimo codziennego odkurzania, wynoszenia zabawek, składania ubrań zawsze gdzieś leży na chwilę odłożona książka, jakiś niedokończony rysunek ( oby jeden!), papierki od cukierków ( sprzed kilku dni?), nadgryzione jabłko, kubki z herbatą itd.
No ale wczoraj wieczorem, kiedy Ukochany wraz z Józiem pojechali stawiać choinkę przyszywanej babci ja wkroczyłam do kuchni. I zaczęłam mieszać tytułowy groch z kapustą, jak mówiła moja babcia kapusta z długim grochem czyli fasolą, smażyć śledzie- co wiąże się zawsze z wietrzeniem, zapalaniem świec. O ile śledziki kochamy, o tyle Nobla temu kto znajdzie sposób na to by zapach nie łaził po domu. Zwłaszcza, jeśli kuchnia jest tak zwana otwarta.
Przy obieraniu śledzików przy mych nogach błyskawicznie pojawił się Semen, nasz kocur. Jego zachowanie po raz kolejny potwierdziło, że pasuje do rodziny. Siedział u mych stóp i delikatnie przypominał o swoim istnieniu, ci co mają koty wiedzą o czym mówię. Gdyby jego spojrzenie można było do czegoś porównać to byłby to faktycznie pratchetowski stalowy pręt. Ugięłam się i choć jest całkowity zakaz karmienia koteła w kuchni i przy stole dałam mu kawałek ryby. Reakcja bliska zeru. Hm...To dałam mu ogon, no trochę zainteresowania. Nawet ruszył łapą, by popchnąć dostarczony fragment. I właściwie natychmiast powrócił stalowy pręt. Jak zahipnotyzowana uległam i rzuciłam mu całą rybkę. Pan kot przystąpił do konsumpcji mrucząc w podzięce. Którędy on mysli to ja naprawdę nie wiem.
Mary Lou zdała wczoraj swój pierwszy egzamin. Wróciła bardzo niezadowolona, że tak słabo, ale należy sie cieszyć, że pozytywnie. Przed egzaminem była zdenerwowana straszliwie. I dotarło do mnie, że większość dzieci nie ma możliwości wytrenowania, przez wszystkie lata szkolne, stawania przed jury czy też prezentacji nie tylko w klasie, ale na szerszym forum. A to ważna umiejętność. Przed chwila ruszyła na kolejny egzamin, z chemii i wychodząc stwierdziła:
-Dziś już się tak nie boję.
U nas sztorm i błoto. A przede mną wizyta u dentysty. Zaraz ruszam.
P.s Miałam napisać o lalkach, ale to już po dentyście.

piątek, 18 grudnia 2015

Płatna miłość;-)

Najpierw chciałam powiedzieć, że bardzo się wzruszyłam Waszą reakcją na wspomnienie rodziny Beaty. Dziękuję za te wszystkie maile z prośbą o numer konta. Teraz przed nią poród, pewno najtrudniejszy. Ale to waleczna i dzielna kobieta. Ich świadectwo, częściowo spisane jeszcze w ostatnich dniach życia Waldemara mam nadzieję, że pojawi się jeszcze przed świętami na wrodzinie.pl. Jesteście, że pozwolę sobie na egzaltację, cudowni i chociażby dlatego warto było założyć bloga.

U nas ostatni tydzień Adwentu nie wygląda na prostą.:), tylko jak zwykle na wybitnie pozawijaną serpentynę i zjazd po niej bez hamulców.
Najpierw odkryłam dlaczego ostatnio ciągle nie można korzystać   z nocnych lampek. Podejrzanie często trzeba było wymieniać żarówki i to nawet te lepsze co to mają świecić prawie do końca świata, albo i jeszcze dłużej. Owe żarówki znajdowane były ostatnio a to na biurkach,  pod, lub przy łóżkach. Już zaczęłam podejrzewać mego Ślubnego o początki sklerozy, bałaganiarstwo i inne podobne. Nic z tego. Potencjalny winny okazał się niewinny. Natomiast Piotruś został przyłapany i nawet nie zaprzeczał za bardzo. Otóż nasz słodki, dwuletni beniaminek wspina się do lampek i wykręca wprawnie żarówki a następnie z wyraźną przyjemnością zrzuca je na podłogę. Chyba nigdy byśmy się nie domyślili, gdyby nie to, że jedna z tak beztrosko upuszczonych żarówek poleciała aż na schody i z hałasem pękła. Bohaterka! W środku zrobiło mi się zimno na myśl jak to mógł go kopnąć prąd, zwłaszcza, że dalszy ciąg zabawy to włączanie i wyłączanie wszelkich pstryczków, wpinanie i wypinanie kabli a ostatnio wpychanie starej kasety video do komputera w puste miejsce na dodatkowy dysk. Pasowała jak ulał, szczególnie jeśli ktoś ją wpychał z całych sił. Zaprawdę prawdziwe jest hasło: zamienię dwulatka na psa, może być wściekły.
Nadal jestem nieprzygotowana do świąt, mam nadzieję, że zepnę się wraz z towarzystwem tuż przed, ale od razu z założenia oświadczam: rezygnuję z wielkich porządków! Są ważniejsze sprawy, z którymi się nie wyrabiamy ( czytaj lenimy) i szkoda czasu na nerwowość, pośpiech itd.
Nasza urocza czteroletnie królewna ostatnio zalewa się łzami, bo starszy brat wprowadził ją w tajniki przemijania:
-Rodzice będą starzy, będą jak babcia i dziadek a potem umrą.
Dodatkowo według niej starzy będziemy już po świętach. Wymagała więc utulenia i wyściskania oraz uspokajających rozmów. Nie minęło wiele czasu i okazało się, że musi posprzątać, bo strasznie porozrzucała rzeczy sióstr. Nie pomogły ckliwe minki, łamanie rączek i protesty, że:
-Dziewczyny( starsze siostry) mogą sprzątnąć!
Zrezygnowana szła jak na Sybir po drodze wypuszczając ostatnia zatruta strzałę:
-Gupia ta mama!
No i po ciepełku wokół serca na temat jaka to ja jestem niezwykła i wspaniała dla moich dzieci:)))

No i teraz płatna miłość. Wspominałam, że nasi panowie w wieku 18 i 16 są zakochani. Ma to swoje plusy i minusy. Minus to nieustanne rytuały kapielowe w łazience i stosy ubrań do prania. Plusy to nowe znajomości, z jednymi potencjalnymi "teściami" jesteśmy na dobrej drodze do zaprzyjaźnienia się, towarzystwo dla młodszego rodzeństwa i oni też są głównymi beneficjentami wielu atrakcji i zachwytów ze strony dam serca starszych braci. Cieszy nas również to, że dziewczyny lubią u nas bywać i dobrze się czują.
Dziś niestety na jaw wyszedł kolejny minus. Jeden z moich synków, litościwie nie wspomnę który, nad wyraz rozsądny i odpowiedzialny przyniósł nam rachunek za telefon. Rachunek monstrum, na ponad tysiąc (!) złotych. Tu też litościwie nie wspomnę o ile ponad. Przez miesiąc, dzień w dzień prowadził rozmowy po 270, 340, czy tylko 170 minut. Jego taryfa nie przewidywała takich ekscesów. I mamy taki oto skutek.
Ślubny szybko sporządził pismo z prośbą o rozłożenie na raty i skwitował tylko:
-Widać wymiar zakochania.
Przypuszczam, że jeszcze nie raz będę szemrać na ten dodatkowy koszt, na brak pieniędzy głupio przepuszczonych, ale chwilowo aż tak mnie to nie dotyka.
Synek przechodzi na kartę, którą sam sobie kupi i będzie doładowywał a przez pewien czas będę miała niewolnika, który musi odpracować kosztowne upodobania:)))) No i gwiazdkowy prezent odsunie się w czasie. Miał dostać laptopa, którego mój mąż w firmie wymieniał  na nowego. Jest taki zwyczaj u nich, że użytkownik może go później atrakcyjnie odkupić. Niestety wobec zaistniałych faktów użytkownik nie może;-). Szkoda mi synka bardzo, ale dla jego dobra musimy być konsekwentni.  Ma to jeszcze jedną konsekwencję: w styczniu nieraz usłyszycie o niechęci do chleba z dżemem, ale będziemy musieli na dżemiku przeżyć:)))). Takie życie!
P.s Wiecie, chyba jestem rozczarowana, że mój Ukochany nigdy nie osiągnął takiego rachunku dzwoniąc do mnie:(  O płci kobieca!



czwartek, 17 grudnia 2015

Dwujęzyczne dziecko

Dni przelatują jak odrzutowce. Codziennie mam zamiar coś napisać i nic z tego nie wychodzi. A dzieje się, oj dzieje.
Jeśli jeszcze ktoś tu zagląda to serdecznie pozdrawiam i zapewniam, że dziś jak zwykle mydło i powidło. Nie mogę się zdecydować na jeden temat. Chyba faktycznie mój blog należy do "śmieciowych", ale ja go lubię:))).
Na początek plakat znaleziony na fb, który mnie rozwalił.
Ponieważ, banalnie należymy do fanów Gwiezdnych wojen na początku nie skojarzyłam. Jak już dotarło do mnie przesłanie poczułam moc:)))
Tu się przyznam, że pacholęciem albo raczej dziewczęciem będąc na Powrocie Jedi byłam dwanaście (!) razy.
Przez Adwent ( choć nieregularnie) uczestniczymy z Ukochanym o bladym świcie, co ja piszę, przed świtem bo o 5.45 w porannych Laudesach w naszej wspólnocie. No i dzisiaj bardzo dotknęła mnie Ewangelia. Słyszana co roku, taka beznadziejna bardziej , bo wymieniane są tylko pokolenia Izraela od Adama do Chrystusa. Poniżej link do niej:
http://wrodzinie.pl/ewangelia-i-ty-17-grudnia/
No i wystarczyły dwa zdania naszego prezbitera, by dowiedzieć się, że to kolejne słowa o Bożej miłości wobec nas. Bóg pomimo grzechu, niedoskonałości w naszym życiu pisze dla nas historię zbawienia. Tak jak w przodkach Jezusa. Wystarczy jak powiedział prezbiter popatrzeć chociażby na trzy wymienione tam kobiety: Tamar, zgwałcona przez brata, mająca dzieci z teściem ( jak widać Biblia była szybciej niż telenowele), Rachab - prostytutka z Jerycha czy Rut Moabitka, cudzoziemka, dla Żydów podczłowiek. Podobnie ma się z mężczyznami. A jednak Bóg pomimo grzechów z tych grzesznych przodków wyprowadza Zbawiciela, a nam daje zbawienie, za darmo. Teraz to będzie moja ulubiona Ewangelia.
Pewno i u Was zaczął się czas pierniczkowania, jak mówią moje złośliwe nastolatki "pierniczenia" :)
U nas to okazja do spędzania czasu ze znajomymi, naszymi i naszych dzieci. Było już kilka sesji. Będą jeszcze następne. I całe szczęście bo pierniczki w niewytłumaczalny sposób znikają tuż po zrobieniu.
 Tu nie widać ale zlizywana była czekolada. To była kontrola jakości :)


 Tu właśnie widać tę czekoladę :)))
Oczywiście największa frajda to zdobienie wypieków. Każdy ma swój własny styl i koncepcję. I ile by nie było posypek i lukru zawsze jest za mało. Ale to miły czas. i miło nam, że również goście nie chcą wychodzić od nas z domu:))).
Tak jak jestem w tym roku nieprzygotowana do świąt to chyba jeszcze nie byłam. Na usprawiedliwienie mam to, że dopadaja nas różne wirusiki i o zgrozo mnie najbardziej. Dodatkowo mam wprowadzane leki na Hashimoto i czasami nie czuję się sobą. Raz oklapła jak nieudany suflet a następnie popadam w lekkie szaleństwo działania. W tym tygodniu nasz licealista zaczął już egzaminy i jestem nerwowa, udało nam się zaspać na angielski. Okazało się , że jak podejrzewaliśmy poziom naszej Mary z niemieckiego jest więcej niż żenujący i korepetytor zrezygnował z lekcji, bo nie chce uczestniczyć w tym haniebnym procederze. Innymi słowy przed nami nie zdany egzamin z niemieckiego i intensywny kurs w przyszłym semestrze.
I żeby było prawdziwie to wrócę do dwujęzycznego dziecka. Nasz Piotruś mówi sporo, ale sporo również po swojemu i o ile my go rozumiemy doskonale o tyle nie jest to język powszechnie używany. Ale nie o to mi chodzi. Dziecko, które o picie prosi :
-Łody, łody!
staje przy starszym bracie, który udaremnił jakieś jego niecne zamiary i rzecze:
-Głupoj!
A w momencie zdenerwowania woła:
-O fuck!
I dostaje brawa od starszych braci.
Nie jest to ta dwujęzyczność, o którą mi chodziło. Przy okazji wyszło na jaw, ze ja naiwna byłam, bo myślałam, że jednak moi chłopcy nie przeklinają. A oni nie przeklinają, ale przy nas.

I jeszcze chciałam Wam opowiedzieć o pewnej rodzinie, która niedawno straciła ojca. Jest tam 11 dzieci, dwunaste w drodze. Nowotwór zaatakował trzustkę, od maja do lipca była błędna diagnoza a potem było za późno. Dzidziuś ma się urodzić na dniach. Ojciec miał firmę budowlaną, przez pół roku choroby nie było dochodu, składek i sytuacja jest w tej chwili ciężka. Rodzina jest bardzo kochająca i normalna. Mama ma wiele pokoju na tę sytuację. Tata umierał wierząc, że Bóg prowadzi ich historię, że jest najlepszym Ojcem. Gdyby ktoś chciał  jest specjalne konto na wpłaty, albo w jakikolwiek inny sposób. Mamy niezwykły czas a jałmużna gładzi wiele grzechów.



wtorek, 8 grudnia 2015

Po 21:)

Ciągle jest po 21 wczoraj więc mogę podać zwycięzców.
Wniosek mam tylko jeden, chyba więcej nie ogłoszę żadnego konkursu bo szkoda mi było, że pozostali nie otrzymają nagród. To bardzo trudne, zwłaszcza, że podzieliliście się częścią swojego życia i było mi bardzo miło czytać o Waszych pomysłach. Dziękuję za ten trud.
Jednocześnie donoszę, że spóźniona jestem ze wszystkim tak mniej więcej o dwa dni. Telefony, maile wiszą nade mną już od piątku i nie mogę się zabrać. No paraliż pracowniczy.
W związku z tym nie mogę spokojnie usiąść i popisać na blogu, bo przecież muszę pozałatwiać najpierw to co muszę. Błędne koło. Ale się pozbieram. :))))
A oto laureaci:
Matka Kaszubka i autorka Pod rodzinnym dachem.
Gratulacje i poproszę namiary do wysyłki.
P.s. losował mój Ukochany. Jakby co....

poniedziałek, 7 grudnia 2015

W biegu

Dziękuje wszystkim za podzielenie się swoimi sposobami na uratowanie Świętego Mikołaja:)
Z przyjemnością czytałam i mądrze kiwałam głową znajdując potwierdzenie tego co mi w sercu gra.
No i okazało się, że niemożliwe jest wybranie najlepszego wpisu:))) dziś wieczorem odbędzie się więc losowanie. Całe szczęście zresztą, bo kosmetyki jak i gwiazdki jeszcze się robią.
Po 21 wymienię na blogu, wraz z dłuższym wpisem mam nadzieję, wylosowanych.
A teraz biegnę, bo jak dziś przy śniadaniu powiedział Józio:
-Mam dzisiaj ciężki dzień, najpierw zabawa z kolegami a potem matematyka, uh!
No i muszę biec na tę zabawę:))))

wtorek, 1 grudnia 2015

Obcy

A jednak! Niszczenie moich i mężowskich szarych komórek trwa w najlepsze. Ci kosmici nie mają litości. A działają na wielu płaszczyznach.

Niedziela szósta(!) rano:
-Mamo, a ja się zrzygałem do łóżka!- ups, nie ma przecież nic bardziej romantycznego w niedzielny poranek:)
I jest dalszy ciąg. Dwa dni później mamusia też leży. 1:0 dla kosmitów.

Mamusia na łożu boleści, tatuś właśnie opuścił domowe pielesze. Dwójka obcych w kuchni. Nagle wrzask czteroletniej kosmitki:
-Mamo, a Józio chce mnie przedziurawić nożem!
Boleści na bok, interwencja! Wpadam do kuchni a tam mój sześciolatek z plastikowym, lalkowym nożem. No cóż 2:0 dla nich.

Joasia pojawia się w butach na obcasach zabranych dorosłej siostrze. Mąż ryzykownie:
-Nie chodź w tym, bo ci kręgosłup nie wyrośnie.
Gwiazda momentalnie maca się po plecach i :
-Ależ rośnie, rośnie...
3:0!

Ta sama gwiazda w kuchni z dwuletnim bratem.
-To jest kiełbaska. Baaardzo zdrowe pożywienie.
4:0!

Tyrad ze starszymi nie wspomnę, bo mi wypomną. Ale kosmici atakują!

Na koniec przypominam o konkursie z poprzedniego posta! 

sobota, 28 listopada 2015

Uwaga marzenia się spełniają:) i mały konkurs...

O wielu rzeczach, które mam w głowie nie mogę chwilowo napisać, bo wymarzyłam sobie odpowiednie zdjęcia. A tych na razie nie mam. Napiszę więc później. To wszystko poczeka sobie u mnie w głowie.
Wstyd mi za brak systematyczności w pisaniu ale znowu dzieje się więcej i więcej.
Odzyskałam samochód więc rozpoczęłam zwykłą matczyną pielgrzymkę po dentystach, lekarzach, urzędach i zakupach. I po tych kilku dniach mam dość. Cudownie jest nigdzie się nie spieszyć, oglądać z dziećmi foki, grać w Dixit i prowadzić rozmowy, nawet te trudne. Rozmyślać o pierniczkach i śnieżynkach, laudesach i radości jaką niosą nadchodzące  święta. Bo wszystko się znowu zaczyna. Jest nadzieja.
A ja w tym roku zostałam już hojnie obdarowana przez Nowonarodzonego.
Wiecie już przecież, że mam świra, pasję , zwichrowanie w związku z porodami naturalnymi, domowymi, relacją przed narodzeniem. I......zaproponowano mi poprowadzenie szkoły rodzenia. Na moich warunkach, tak jak ja chcę, uważam za słuszne. A wczoraj okazało się, że mogę to robić także w najbliższej przychodni. Praca marzenie. Uwielbiam to, nie zostawiam dzieci i jeszcze mi płacą!
Dla mnie to właśnie taki prezent od Ojca, samo przyszło, bez mojego starania, bez wymyślania.
Teraz jestem na etapie planowania zakupu sprzętów, douczania, i planowania zajęć. Jeszcze nie raz o tym napiszę. Powiem więcej będę chwilami monotematyczna:)
Najlepsze jest, że moje dzieci nie zwróciły na to właściwie uwagi. Ci starsi są pochłonięci swoimi sprawami co  wieku nastoletnim jest charakterystyczne a ci młodsi chyba nie wiedzą co to znaczy. W końcu teraz też wychodzimy z Ukochanym a to do kina a to na randkę czy prozaiczne zakupy. Dwie godziny przełkną. Tylko Zosia zapytała:
-Dużo Cie nie będzie w domu?
Na szczęście mogłam jej odpowiedzieć, że niedużo.
I w tym szampańskim nastroju proponuję mały adwentowy konkursik. Prezentem są szydełkowe śnieżynki w zestawie. Trochę się kryguję, bo wiele z Was jest super i nad zdolnych ale może się przydadzą. Jako odrobina luksusu do każdego zestawu dołączona będzie kula do kąpieli ( supernaturalna) lub peeling czekoladowy lub kawowy. Kosmetyki produkowane przez moją córkę. Zestawy są dwa:)
Co trzeba zrobić? Zostawić komentarz, najlepiej z krótkim tekstem na temat: jak sobie radzicie z postacią Św. Mikołaja w naszych skomercjalizowanych czasach? Jeden komentarz wybiorę ja a drugi Ślubny. Wszak mężczyźni maja inne podejście, żeby nie było, że są dyskryminowani:))))
Czasu mamy dużo, losowanie i ogłoszenie wyników do północy 6.12.2015! Powodzenia!

wtorek, 24 listopada 2015

Mężczyźni

Od ostatniego poniedziałku w naszym życiu pojawił się tajfun. I byłby to najlepszy obraz tego co się dzieje, gdyby nie to, że tajfun ma jednak wymowę pejoratywną. A z drugiej strony to co się dzieje na miano zefirka nie zasługuje. Wydarzenia tłoczą się i przepychają, przerzucają nas między sobą i nie zostawiają ani chwili wolnego. Można po raz kolejny powiedzieć : żyjemy pełnią życia:). Mój Ukochany twierdzi nawet, że jest syty swych dni, jak Abraham:)))) Wieczorem lekko padamy na twarze, ale jest pięknie.
Edukacja domowa powoduje moje mieszane uczucia. Wciąż jestem bardzo zadowolona i czuję się na swoim miejscu. Skończyliśmy etap Indian, zaczęliśmy studia nad Eskimosami:) dziewczynki uczestniczyły w wykładach swego brata na temat komórki eukariotycznej, swobodnie lub prawie przerzucają się bogami greckimi i ich zakresem obowiązków.
 Z drugiej strony drżę w związku z gimnazjalistką i licealistą. Posuwamy się baaardzo wolno, wykrywamy dużo dziur, natknęliśmy się na pokłady zniechęcenia a zajęcia dodatkowe, te ukochane są znacznie ważniejsze niż to co trzeba zrobić. A egzaminy już w styczniu. Jaś pracuje nad rzutami, czasem w sensie dosłownym rzucając zeszytem a Marysia wpadła w szpony dramatu i nie chce czytać innych lektur:) Natomiast charakterystyka Papkina ją odrzuca. W wykonaniu naszej córki:
"Klara spławia odmownie Papkina".
I tak to od Papkina przejdziemy płynnie do tematu głównego.
To powyżej to szczera prawda, ale mają też inne uczucia. U nas w domu pojawia się ich coraz więcej:))) No ale mamy sporo lokatorów w wieku nastoletnim. Nic więcej nie mogę napisać;-)
Na jesiennej fali zebrało mi się jakoś na wspominki i patrząc na moich synków spieszących na spotkania ( z angielskiego date) przypomniałam sobie jak to u nas bywało. To było już jednak dawno temu. Pamiętam naszego wspólnego przyjaciela, który przed naszym ślubem raczył nas niejednokrotnie pocieszeniem:
-Ślub to koniec miłości , na szczęście istnieje życie pozagrobowe.
Z moich lektur, łzawych i głupich często ( np. Twój styl- tak, tak kiedyś czytywałam) mogłam wysnuć wniosek, że może mieć rację:)
Na szczęście Pan Bóg chciał inaczej. Ślub to nie koniec miłości. Nawet rzekłabym kolejny początek. I dobiegając do ćwierćwiecza mogę się zachwycać, że jest coraz lepiej, bliżej i romantyczniej. Co oczywiście nie oznacza, że czasami tego mojego ukochanego męża nie mam ochoty uszkodzić, albo, że ja go nie wkurzam, albo się nie kłócimy. Nic bardziej mylnego. Więcej, po tylu latach widzę, że kłócić się trzeba tylko konieczne jest godzenie się. I to jest piękne doświadczenie. Teraz co prawda wyraźnie mamy już mniej siły na włoskie kłótnie, ale wcześniej jak prawdziwa kobieta umiałam zrobić awanturę z niczego. I to jaką! A teraz i sił brak, i widzimy, że szkoda czasu na wywlekanie wszystkiego od początku świata:) Kiedyś były u nas zjawiska nadprzyrodzone ( jak u Mirmiła) czyli latające talerze i misy a obecnie już tylko szermierki słowne. Tak dla rozgrzania umysłu. Ale przepraszanie się jest cudowne i można wszystko zacząć od nowa. Czego Wam życzę:)))))
No i oczywiście trzeba chwalić męża, nawet jak nie ma za co- to mądrość pewnego księdza. Bardzo życiowa. Wszak my też chcemy być doceniane i chwalone.
Najpierw myślałam, że podam jakieś prawdziwe przykłady, ale potem się zawstydziłam. Co tam będę ekshibicjonizm uprawiać. I przyznawać się do tego, że kłótliwa baba jestem. Bo mój mąż jeszcze tego nie zauważył. Na szczęście....
W związku z powyższymi rozmyślaniami trafiliśmy z lubym na wykład ojca Szustaka
TUTAJ

i ...PORYCZELIŚMY SIĘ ZE ŚMIECHU.  Polecam!!!
Jako doświadczona mężatka zapewniam, że to wszystko prawda.
P.s O zgrozo! Po przeczytaniu posta mój Małżonek stwierdził:
-Co prawda ja nie twierdzę, że nie jesteś kłótliwą babą tylko jesteś kłótliwa w normie.
No i kolejne rozczarowanie. A o tej babie to chyba jeszcze porozmawiamy......No!

poniedziałek, 16 listopada 2015

To co ważne

Przez cały weekend byliśmy z Ukochanym poza miastem i wydarzenia z wielkiego świata dotarły do nas z opóźnieniem. Myślę, że niedługo normalną koleją rzeczy, oswoimy to co stało się w Paryżu. Nasz świat zmienił się. Teraz na świeżo to widzimy. Zapamiętajmy te zmiany.
Chyba największe przerażenie budzi to, że nie wiadomo kto i dlaczego będzie zaatakowany. Która firma, teatr, sklep. To wszystko dzieje się daleko, nie u nas ale pokazuje, że nie znamy dnia ani godziny.
Potrzeba było przelanej niewinnie krwi, by politycy zaczęli mówić z rozsądkiem. I nie chodzi o atakowanie kogoś, zemstę tylko o rezygnację z tej jakże głupiej poprawności politycznej. Przecież w tej samej Francji przez palce patrzono na bezczeszczenie kościołów, ze szkolnych menu usuwano wieprzowinę by nikogo nie urazić a Święta Bożego Narodzenia to święta zimowe. Poprawność polityczna powoduje powolne  oddawanie pola, jest jak wychowanie bezstresowe kiedy to dziecko ustala zasady.
Nie wiemy kiedy i nas dotkną podobne wydarzenia, czy w ogóle, co Pan Bóg dopuści. Jedno jest pewne, zaczynamy zastanawiać się nad naszymi priorytetami, cieszyć się z tego co mamy albo nawracać dopiero wtedy, kiedy dotknie nas cierpienie. Taka, niestety,  jest prawda o nas ludziach.
Mam wielką nadzieję, że i mi, i Francuzom wystarczy taka miara cierpienia.
Dlatego boje się tego momentu, kiedy to cierpienie, ten szok już oswoimy, czy nie zrezygnujemy z tego co przez te wydarzenia powiedział nam Bóg. Każdemu z osobna.

Dzisiaj rano zaczarowałam moje dzieci, w różnym wieku poniższym filmem:
https://www.youtube.com/watch?v=GZk4hT7ncv0

Stałam z boku i przysłuchiwałam się jak zareagują,  nie chciałam komentować.  I słyszałam :
-To dzidziuś! To ja!
-Łaał, jakie super!
-Jaki śliczny!
-To chłopak czy dziewczynka?
-To jest u mamy w brzuchu!
Słusznie ten film nosi tytuł: " Cud Życia". To bardzo dobry wstęp do dalszych rozmów z dziećmi na TE tematy. Z każdym z osobna i odpowiednio do wieku.
Drugi raz już oglądaliśmy z moim dopowiadaniem, ale fabuła jest tak fascynująca, że wiele mówić nie trzeba:). Zaczęły się natomiast pewne sugestie co do Marty. Rodzeństwo stwierdziło, że wiek już odpowiedni i mogłaby mieć swoje dziecko. Nic to, że najstarsza siostra ma swoje plany na życie, oni mają lepszy:)))
Nasza złotousta Asia. Jesteśmy na spacerze. Przed nami ogromna kałuża z malutkim skrawkiem trawki z boku. My przejdziemy ale wózek musi pojechać przez wodę. Asia zgrabnie tuptając po trawce oznajmia:
-No i przeziębicie mu kółka!
Czyż życie nie jest piękne, nawet wtedy gdy poległ nasz kolejny samochód:) Ale co tam, jakie to ma znaczenie?

wtorek, 10 listopada 2015

Życie

Ostatnio wraz z Ukochanym podśmiewamy się ( tak trochę rozpaczliwie), że czas dla siebie mamy między pierwszą a trzecią w nocy. Dlaczego?
Nasze młodsze dzieci idą pięknie spać koło 19. Średnie trochę później udają się do swoich pokoi i mają czas na czytanie, rysowanie i jakieś jeszcze ciche działalności z naciskiem na czytanie. Czasem wszystko się trochę opóźnia , bo goście, granie w gry planszowe czy wspólne czytanie. Ale problemów raczej nie ma.
Istnieją jednak nastolatki.
O poranku nie do obudzenia, zwlekające się z łóżka pod groźbą utraty posiłków, zawsze z pretensjami i poczuciem krzywdy. Bo jakże wyrodna to matka, która nie rozumie, że trzeba się wyspać i naprawdę 8 rano to środek nocy. A szczególnie gdy za oknem dżdży i wieje a chmury zasłaniają słońce i nie wiadomo czy to poranek czy już zmierzch.
 Natomiast wieczorem mają mnóstwo spraw do omówienia, mnóstwo do powiedzenia, są w pełni sił i gotowi podważać wszelkie prawa fizyczne, naturalne i moralne.
Reasumując wieczorem do północy prowadzimy długie rozmowy z dużymi ( oczywiście cieszymy się, że chcą rozmawiać, chyba), w nocy trwają wędrówki ludów obecnie w wykonaniu Asi a o świcie wstaje żywiutki Piotruś i zaczyna nawoływać swych rodzicieli i rodzeństwo. Przy czym inteligentnie zauważył, że nacisk należy położyć na steranych życiem rodziców, bo rodzeństwo słabo reaguje:)))
A przed chwilą w kuchni i salonie pełno było:
dewaluacji, dyskredytacji, argumentów, stawiania tez....
I wyciągnęli rodzica na dyskusję o ubóstwie języka polskiego.  Konkretnie chodziło o to, czy współżycie oznacza miłość i dlaczego mówi się, że oni się kochali jeśli nie.
Ojciec pomimo zasypiania między zdaniami sprawę naświetlił,  najstarsza siostra podrzuciła odpowiednią katechezę ojca Szustaka i chłopcy poszli jej posłuchać. Może dziś wolne będziemy mieli przed północą.

piątek, 6 listopada 2015

Zsiłopad :))

Mój ulubiony bohater ulubionego angielskiego serialu czyli Powolniak mówi pewnego poranka do swojej żony:
-Mamy z szympansami wspólne 98% genów a mi rano chce się papierosa a nie banana!
U nas rodzinnie chyba tych genów wspólnych z szympansami jest jeszcze więcej, bo wszyscy uwielbiają banany ( oprócz mnie, ale ja jestem przyszywany Walczak) a do tego mój mąż twierdzi, że jest koniem , bo uwielbia płatki owsiane. Jako, że według swych córek ( i nie tylko) jest najwspanialszym facetem na świecie dziś rano dostał takie śniadanko



To są ciasteczka bananowo-owsiane z serkiem i bananami:)
Przepis na bardzo łatwe ciasteczka Tutaj. Dla mnie zrobiły się tylko zbyt mokre, następnym razem dodam mniej bananów ( albo mniejsze).
Nauka kwitnie, tak jak różne spory i pretensje typu:
-To za dużo
-A ja mam więcej do zrobienia niż ona
-Sam ustalę co mam robić, nie martwcie się
- No nie, muuuszę?
-Dajcie mi spokój!
Oczywiście wszystko w kontekście naukowy, inne pomijam:)
Ale jakie później jest zadowolenie, kiedy dział matematyki kończy się z wynikiem 80% i to rozszerzony.
Przy okazji powstają takie dzieła:

Jakby ktoś nie zrozumiał:), to jest Ziemia, która krąży wokół Słońca a z Plutona atakują ją złe robaki ( bakterie, które możliwe, że tam żyją). Jak się domyślacie to wizja Józia po wykładzie na temat Układu Słonecznego :))))
Chciałam poinformować, że samochód działa. Tak cudem, nie będę wnikać w szczegóły ale cudem.

Jako, że nasz listopad jest szary i nieco ponury w domownikach wzrasta potrzeba zawijania się w kocyki, popijania herbatek z rozgrzewającymi dodatkami i nic nierobienia czytaj czytania.  I tu rewelacyjne odkrycie. Swego czasu zrobiłam ( bez przekonania) tak zwany dżem wileński. Z jabłek, śliwek z dodatkiem cynamonu i imbiru. Robiłam go w słoneczne, jeszcze ciepłe dni i tak jakoś mnie nie przekonywał. Teraz otworzony jest świetny, lekko rozgrzewający i pachnący.
Mamy takich przyjaciół, którzy nas zawstydzają dbaniem o nas. Dostarczają a to kaczuszkę, a to gąskę albo słoje z żurawiną. Taką utarta z cukrem, do trzymania w lodówce. Wyjmuje się taki słój , napawa kolorem a potem łycha żurawinki do wrzątku lub do herbatki.
 Niektórzy co prawda wyżerają łyżkami prosto do buzi.
A tak wygląda zmierzch na naszej wsi, bardzo często występują u nas zamglenia co daje poczucie wyciszenia, ale i smutku. Tylko czytać!
I tu miał nastąpić wywód na temat książek.
Wspomnę tylko o jednej. Przypomniałam sobie o niej na zasadzie dziwnych skojarzeń. Zostało troszkę z wczorajszej zupy. Jak to zwykle bywa, tyle, że pożywi się co najwyżej jedna osoba lub dwie niewielkie. I tu błysk: jacy ci Cyganie byli mądrzy. Podobno w ich kociołkach zawsze musiało coś zostać. W razie głodu można było dolać wody i zawsze jakaś zupa mniej lub bardziej wodnista powstała. A tego dowiedziałam się z nowego tomu opowiadań Pilipiuka pt. Reputacja. Polecam. Zwłaszcza na akie listopadowe szarugi.
A skoro przy jedzeniu jesteśmy to już za chwilę będzie można nabyć "Wielokuchnię" Agaty Puścikowskiej. Autorki znanej z "Gościa Niedzielnego" i mamy piątki dzieci. Ostrzę już sobie pazurki zwłaszcza, że podtytuł w skrócie brzmi : jak zrobić coś z niczego. A tego nic jest u nas dużo:))) Zwłaszcza jak się chłopcy dorwą do lodówki. Rozmyślam nad kłódką i alarmem na wejściu do kuchni!
C.D.N

wtorek, 3 listopada 2015

Nie dzieweczka nie do laseczka

Obecnie mamy w domu jedną straszliwie zbuntowaną czterolatkę. Chociaż nie wiem czy bardziej nie pasowałoby określenie rozpuszczoną. Urok i czar z niej promieniują a ona w pełni tego świadoma usiłuje przeprowadzić swoje plany. Ostatnio jest bardzo niezadowolona bo rodzice jakoś znacznie częściej orientują się w jej podstępnie snutych intrygach i prześladują biedną, niewinną królewnę.
Jak chociażby przed chwilą.
Po spacerze pozwoliłam im oglądnąć niedawną ekranizację Kopciuszka. Po pewnym czasie przylatuje wyżej wspomniane dziewczę i zaczyna monolog. Obejmuje mnie przy tym swoimi małymi łapkami i zagląda czule w oczy:
-Jak ja bym chciała mieć myszki, takie małe, kochane. Ona miała takie myszki i się nimi opiekowała i mieszkała z nimi. Bo jak się mieszka z nimi to można je przytulać i są takie małe i kochane.
Cały monolog wygłoszony prawie na jednym małym oddechu  a tuż po nim nastąpiło oczekiwanie na odpowiedź.
-No właśnie-  potwierdziłam, że są małe i kochane. O nieszczęsna, niewyuczalna matko!
Po kolejnej chwili dziewczątko wraca i utwardza stanowisko:
-To kiedy po nie pojedziemy, bo serek mamy, ja je będę karmiła serkiem i będę z nimi spała, bo jak się nimi opiekuję to z nimi śpi.
-Nie jedziemy po żadne myszki!
- Ale przecież się zgodziłaś!
-Kiedy?!
-Ja je będę karmiła serkiem, dobrze?-jakby nie słyszała moich protestów
-Nic z tego! Ja dzieci karmię serkiem!
- To ja nie będę jadła- no matko ty mnożysz problemy, dziecko zna wszystkie rozwiązania.
-Idź ogladaj dalej, nie ma mowy o myszach, kot łapie myszy i je zjada!
-NIGDY MI NIE POZWALACIE, kota trzeba wyrzucić!
-Nie ma mowy, myszy to szkodniki.
-To ja nie będę z Wami przebywać!- i w ramach protestu pobiegła oglądać dalej bajkę. Ale zapewniam, że niebawem wróci:)
Joaśka ma cztery latka i 3 miesiące, co będzie gdy osiągnie wiek nastoletni????

Przy okazji Święta Zmarłych dużym zaskoczeniem było dla mnie to czym zajęły się moje dzieci. To, że traktują dziadka i swoje zmarłe rodzeństwo jako realne istoty żyjące obok nas już przyjęłam do wiadomości, tak jak maniakalne poszukiwanie opuszczonych grobów i zapalanie tam świeczek ( tu akurat mam wrażenie, że bardziej chodzi o zapędy piromańskie). Jednak w tym roku na topie były ścianki z urnami. To pewna nowość od niedawna goszcząca na oliwskim cmentarzu, ale wcześniej nie zwróciła ich uwagi. Teraz posypały się pytania. Wyjaśniłam dzieciom uczciwie zwyczaje pogrzebowe, chrześcijańskie podejście do " ciała zmartwychwstania" i poszliśmy dalej. W domu zaczęli opowiadać o tym co widzieli starszemu rodzeństwu. I okazało się, że wszystkie moje ( tak jasne i skrócone) wywody poszły na marne. W dziecięcej wyobraźni nie mieści się palenie zmarłych. Uznali, że to są miejsca pochówku ludzi zmarłych w pożarach. Na dziecięcą logikę nie ma mocnych.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Mówię STOP

Jako, że ten blog jest w założeniu MÓJ, pisany dla pamięci i pokrzepienia potrzebujących, czasem dla rozweselenia oznajmiam, że tych którzy szukają swej racji oraz zbyt rozpolitykowanych będę banować. Jeśli ktoś ma potrzebę politykowania proponuję znaleźć odpowiednie do tego miejsca. Ja tam również zaglądam, gdy szukam informacji politycznych tudzież aktualnych, albo proponuję założyć własnego bloga o odpowiedniej tematyce. Tu polityka pojawiać się będzie jako tło do mych subiektywnych odczuć, co zresztą zaznaczyłam w poście " na bogato" albo jako subiektywna opinia mych szanownych czytelników. Nie zgadzam się na polityczne wywody, dyskusje i hejterstwo, również w odniesieniu do siebie nawzajem. Powtarzam to nie jest blog polityczny, a i w samym poście, który rozpalił do żywego co niektórych czytelników chodziło o MOJE podejście do mamony i moje spostrzeżenia na temat tego co może uratować demografię naszego kraju. Może niesłuszne i zaściankowe, ale taki jest ten blog. Niesłuszny i zaściankowy jak to lubią niektórzy nie-czytelnicy określać.
Dla uspokojenia i tych, którzy nie zaglądają na fb artykuł z "Wprost", które trudno powiązać  z PISem oraz wypowiedź prof. Czapińskiego, która o dziwo pokrywa się z moimi spostrzeżeniami:)
O dziwo, ponieważ jest to naukowiec od którego trzymam się najdalej jak mogę ze względu na jego  wypowiedzi. Pominę polityczne, wspomnę tylko o "konieczności wyrywania dzieci rodzicom", by nie hodować ksenofobów i ciemnogrodu ( sami chyba nie wiedzą, że to określenie jest passe bo pochodzi z czasów oświecenia czyli ma jakieś 450 lat.
http://m.wprost.pl/tylko-u-nas/id,524105/Marczuk-Jak-placic-z-glowa-na-dzieci.html

A z drugiej strony ksiądz Kaczkowski. Jego historia bardzo mnie porusza. To bioetyk, twórca hospicjum, nauczyciel lekarzy, który sam zachorował na nowotwór mózgu-glejaka. Jest we mnie taki dziecinny lęk przed sprawami ostatecznymi, śmiercią, tym co pozostaje z człowieka.
Nie wiem na ile to wina moich rodziców, którzy nie rozmawiali ze mną na te tematy, nie zabierali na pogrzeby. Chcieli mnie ochronić. Pierwszego martwego człowieka zobaczyłam na studiach, w prosektorium. I za każdym razem musiałam walczyć z tym zabobonnym lękiem, z chęcią ucieczki. Tak mam do dzisiaj. Dlatego jego rozważania, artykuły są dla mnie tak trudne. Ale warto.
http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/z-bliska/cialo-jakich-malo/art,6,jak-umiera-cialo.html

Wobec tej tajemnicy czym jest wszystko oprócz miłości? Codziennie wieczorem robię chcąc, niechcąc matczyny rachunek sumienia i ciągle widzę jak nie w  pełni kocham. Widzę moje niecierpliwości, fochy, szukanie świętego spokoju. Widzę też, że moje dzieci wystawiają mi z miłością  najwyższe noty. One umieją kochać bardziej:))))) Na szczęście!

niedziela, 1 listopada 2015

Jak nie dojechaliśmy na cmentarz

Mieszkamy sobie od pewnego czasu na obrzeżach naszego rodzinnego miasta. Nasi bliscy są pochowani na różnych cmentarzach. Peregrynację do ich grobów rozpoczęliśmy już w piątek. Od cmentarza w Oliwie. To cmentarz odwiedzany przeze mnie od wczesnego dzieciństwa czyli od śmierci mojego pradziadka. Tam leży również moja ukochana babcia i tata.
Dzisiaj natomiast mieliśmy zamiar trafić na Srebrzysko, piękny cmentarz w centrum metropolii, do grobu brata mojego męża. Jak wiadomo dojazdy samochodowe utrudnione, korki a i przez nasze problemy z mechanicznym rumakiem nie dysponowaliśmy odpowiednią ilością miejsc. Postanowiliśmy wykorzystać zatem niedzielę i podjechać do naszego ulubionego kościoła na Matarni, na mszę a stamtąd ruszyć koleją metropolitalną w pobliże cmentarza. Dla maluchów dodatkowa atrakcja, jazda pociągiem:)
Problemy zaczęły się przed błogosławieństwem. Staliśmy na schodach, przed wejściem, bo do wnętrza kościoła nie dało się wejść. Nie jest to dobre miejsce. Młodsze dzieci są rozdarte między naszym: jesteśmy na Mszy a towarzystwem hasającym przed kościołem, schodami po których da się wędrować, drzwiami do ruszania czy mnóstwem liści do zbierania. Ta lokalizacja wymaga od nas czujności:) Już po Komunii tę czujność straciliśmy. Józio pobiegł do grupki chłopców okupujących metalowe stelaże do parkowania rowerów. Ja nawet kątem oka to widziałam, ale postanowiłam już nie reagować. Niestety! Za moment Józio podbiega do nas z wystraszoną miną i trzymając się za głowę. Spomiędzy palców leci mu krew. Zdążyłam tylko zapytać ( bardzo inteligentnie zresztą):
-Coś się stało?
a Józio pokazał możliwości swoich płuc. Ryk z głębi jego niewielkiej, skrzywdzonej osoby był ogłuszający i paraliżujący, pospadały resztki liści z drzew. Oczywiście znaleźliśmy się  w centrum zainteresowania. Ja chciałam od razu zobaczyć co się dzieje, czy jechać na chirurgię, ale mój małżonek całkiem rozsądnie zwinął nas do samochodu. Uwolniliśmy parafię od broni akustycznej. Inna sprawa, że nasz samochód zmierzający w kierunku domu wypełniony był szlochami, histerią i pretensjami. Histeria i pretensje były Józia a szlochy niektórych sióstr, z żałości nad nim:) Józio ogólnie ma tendencję do teatralnego wręcz przeżywania i choć  dzielny z niego wojownik, z męstwem znoszący urazy to jednak zawsze pojawia się pytanie:
-A leci mi krew?
Jeśli nie leci to wszystko w porządku, nawet mocne urazy są przyjmowane ze stoickim spokojem. jeśli natomiast pojawi się chociażby kropelka, co tam kropelka, jej zapowiedź,  Józio wykorzystuje swoje możliwości wokalne. A ma nie byle jakie.
Tym razem sprawa była więc poważna, bo między palcami ściekała krew.
W domu nastąpiło bezlitosne obmycie rany, by sprawdzić czy wystarczy plaster, czy trzeba szyć. Niestety rana była głęboka i jak to głowa krwawiła obficie. Zamiast na cmentarz koleją metropolitalną, w gronie rodziny Józio pojechał z tatą na chirurgię dziecięcą. A my zostaliśmy w domu.
Marta co prawda podśmiewała się, że w takim ujęciu sprawy powinniśmy się cieszyć, że nie na cmentarz.Rodzeństwo było jednak trochę osowiałe, jak zwykle zresztą gdy jednemu z nich coś się dzieje.
Józio wrócił do domu ze szwami na potylicy, dumny, że tylko raz krzyknął i od razu zaczął hasać po domu, by wybiegać stres. Po tym widać, bez żadnych kontroli, ze dziecko czuje się świetnie. Największy jego problem to zakaz treningów dżudo przez dwa tygodnie.
A miał być taki refleksyjny, nastrojowy post, niemalże poetycki:)))
Tylko się pochwalę jeszcze czapeczką Asi, modelka niestety bardzo ruchliwa.

Modelka czapkę chwyciła i zaczęła używać, zwłaszcza, że podczas spaceru z siostrą zgubiła poprzednią. Zawsze mnie zastanawia jak można gubić odzież, którą się ma na sobie, ale jakoś można. Nie wiem czy już wspominałam ale Jacuś zgubił kiedyś buty. I to w dodatku takie, które były kupione zaledwie dwa dni wcześniej. No więc doświadczenie pokazuje, że można. Tu jest tylko subtelny problem, że jej jeszcze nie podszyłam polarkiem a bez tego jest mocno przewiewna.
Trochę gubi kolor bo już zmierzch panował:)


Natomiast na stole pojawił się wrzos. Jestem maniaczką wrzosu i koloru fioletowego. I koszyk z wrzosem, który przygotowała Marysia nosiłabym ze sobą wszędzie...
 Zachwyca mnie dokładność wykonania tych kwiatków i ich kolor.

 A tu jeszcze praca manualna. Kredki służą nie tylko do kolorowania czy rysowania. Precz z ograniczeniami!


piątek, 30 października 2015

Na bogato

Na fb jest taka strona, na której można spotkać Bukę ( Buka społeczność) i zaczerpnąć ze studni  jej mądrości:)
I ten poniższy tekst skojarzył mi się z tym co zamierzam napisać. Ale co wystukam na klawiaturze to zobaczymy:)


Wiele dyskusji wywołał pewien punkt programu wygranej partii. Zarówno w trakcie kampanii jak i tuż po zwycięstwie. Mam swoje zdanie, ale ponieważ jest bardzo zależne od sytuacji w jakiej jestem, bardzo egoistyczne, nie zamierzałam go upubliczniać. Dzisiaj jednak pan Korwin zaszalał i poczułam się sprowokowana. Mam ten komfort, że to ja decyduję co tu się pisze i zamierzam to wykorzystać.
Chodzi oczywiście o słynne 500 złotych na dziecko i wypowiedź o zaśmiecaniu społeczeństwa dziećmi meneli, dziećmi-śmieciami.
Najpierw to 500 złotych na dziecko.
Podobno są plany by pojawiły się na naszym koncie już w marcu. No poczułam się bogata i już zaczynam się witać z gąską:). A poważnie. Jako osoba bez prawa do świadczeń, dokładnie utrzymanka męża, całe 10 razy bez macierzyńskiego, wychowawczego, bez prawa do emerytury ucieszyłam się. Wraz z Ukochanym wybraliśmy taką drogę, zaryzykowaliśmy. Pan Bóg dotrzymał słowa, dał dzieci i na dzieci (również poprzez wielu ludzi, zwłaszcza przy jakichś zawirowaniach dziejowych, nosimy ich głęboko w sercu). Jeśli teraz mielibyśmy otrzymać pomoc od państwa to chętnie. Nie ukrywam, że wiele to ułatwia: zajęcia dla dzieci, maniakalne zakupy książek, wyjazdy. A czasem i buty. Zwłaszcza te o numerze 46 i 47:))))
Teraz trochę szerzej. Znam sporo młodych małżeństw. Pomimo obracania się w gronie rodzin wielodzietnych, duża część tych młodych to małżeństwa bezdzietne lub  z jednym dzieckiem. Spory ich procent myśli o kolejnym dziecku lub pierwszym, ale...
Forsa, forsa, forsa. Jedna pensja zamiast dwóch, trudny powrót do pracy lub odwrotnie konieczność powrotu do pracy, gdy chciałoby się zostać w domu z dzieckiem, atakujące zewsząd reklamy co to trzeba dziecku zapewnić.
Na to przychodzą informacje jak to Polki w Wielkiej Brytanii są "dzietne". Nikt nie skojarzył dlaczego?
Dodatki na dziecko, praca do której można wrócić lub znaleźć nową bez problemu, mieszkanie, dom na wyciągnięcie ręki.
Oglądnęłam sobie statystykę. Zapytano 308 kobiet w wieku 25-35 lat o dzieci. Chciałyby ale nie mają. Na pierwszym miejscu przeszkód są warunki materialne, a na 6 osobno jeszcze mieszkaniowe co jak wiemy zależy również od pieniędzy:) Wiadomo, że każdy indywidualnie ocenia swoje możliwości i potrzeby. Dla jednego brak będzie oznaczał problemy z opłatami, dla drugiego niemożność wyjechania dwa razy w roku na wakacje za granicę. Dlatego idźmy dalej.
44% jest gotowych przeznaczyć na dziecko miesięcznie 500-1000 złotych a 25%  500złotych. Czyli  jednak dla tych 69% to 500 złotych może mieć znaczenie.
Ale powtarzam jest to moje subiektywne, nieekonomiczne spojrzenie na sprawę. Tak sobie dywaguję i męczę nowocześnie nie papier a ekran:)))
Ta sprawa z rodzeniem dzieci i tak jest znacznie bardziej skomplikowana, głębsza, podlega mocnemu atakowi.
I tu przechodzimy do dzisiejszej wypowiedzi, która ( po uspokojeniu się) co stwierdzam jest psychiczna.
Wpisuje się dokładnie w atak na człowieczeństwo, wartości chrześcijańskie. Które dzieci będą zaśmiecać? Z jakimś ubytkiem, chorobą już są wykluczane albo zabijane.
Teraz pora na te ze średnią w szkole poniżej 6,0 czy tylko 4,5? Te które nie mają czerwonego paska są za mało inteligentne?
Czy może te, które nie pobiegną na sto metrów w odpowiednim czasie?
A może te, które nie mają iphonów?
Albo mają łysych ojców?
Albo któreś z rodziców jest chore ( również na chorobę alkoholową)?
Czy my jesteśmy menelami jako rodzina wielodzietna?
A może ci, którzy nie głosowali na KORWINa? No to mają większość społeczeństwa z głowy!
I tylko pytam: Gdzie jest Rzecznik Praw Dziecka?

P.s Komentarz mojego Ukochanego:
-Niepotrzebnie się w tak angażujesz. Szkoda nerwów.
-To mój blog!
-Masz rację.
I nawet nie ma się jak pokłócić zastępczo z przedstawicielem męskiego rodu:))))

czwartek, 29 października 2015

Rozmowy bardzo niekontrolowane

Rozmowa przy obiedzie.
Ja do Zochny:
-Pojedziemy do Warszawy.
-Łe, do Warszawy...
-A byłaś np. w Łazienkach?
Tu włącza się Jacuś:
-Ja, ja byłem. A nawet w łazience w Zamku Królewskim!
i jak tu zachować zdrowy mózg????


Czasami są takie dni, że wstaję rano i zaczynam w myślach układać teksty. A raczej same się układają. Potrzeba mi tylko chwili, by je spisać. Pozbyć się ich, bo inaczej żyć nie dają.
Ostatnio dużo się dzieje, mam nad czym myśleć. Nie wiem czy dzisiaj nie będzie kilku postów:))))
Tylko muszę napisać ze dwa artykuły. Najpierw trochę pooddycham, żeby  nie były zbyt polemiczne...

Idzie człowiek spokojnie do lekarza, siada w poczekalni a tam leżą literki. Jako, że granie na telefonie jest takie pospolite sięga tenże człowiek po literaturę. Sięga łapczywie zwłaszcza po tę, która normalnie w domu się nie pojawia. No i  ma własna ręka trafiła na "Wysokie obcasy". Muszę przyznać, że od czasu, kiedy ostatnio z własnej woli miałam je przed oczami bardzo się zmieniły. I estetycznie, pamiętam zwykły gazetowy papier, i merytorycznie. Chyba stały się bardziej jadowite.
Z tego jednego, aktualnego numeru dowiedziałam się ( upraszczając):
-nie ma czegoś takiego jak tradycyjna rodzina
-czytam złe książki, Terakowska jest passe, czyta się Tokarczuk 
-Elbanowscy nie walczą o sześciolatki tylko o tradycyjną rodzinę, której przecież nie ma
-przyrzekanie, że cię nie opuszczę aż do śmierci jest bez sensu, bo w historii ludzie nigdy nie obchodzili złotych czy diamentowych godów. Małżeństwa trwały krótko, bo....ludzie szybko umierali (!) DLATEGO bezsensem jest tradycyjna rodzina i bycie z jedną osobą...aż do śmierci.
I tak dalej w tym stylu. Głupota jest godna współczucia, ale jest też niestety zaraźliwa. Niektórzy to czytają.
Ma to głębokie konsekwencje. Dobrze jest usłyszeć, że to co mnie uwiera jest dobre, że inni tak mają a skoro tak to jest to dobre. I tak sobie brniemy w kłamstwo, usprawiedliwianie naszego egoizmu. I nie chodzi o ocenianie ale o nazywanie. Ja też jestem egoistką, ale przynajmniej wiem, że to złe. Mam coś co mnie uwiera, przynagla do zmiany, rozwoju. A tu? Największe świństwo jakie może usłyszeć kobieta to to, że jest tego warta. Tego, że rezygnuje z bycia Kobietą ( bycia matką, żoną, pocieszycielką, ostoją)....Właśnie dlatego muszę pooddychać, uwiązać trochę emocje i podejść do sprawy racjonalnie czyli popełnić tekst:)
Jedno mi się we wspomnianej publikacji podobało. W tradycyjnym modelu rodziny, który jako żywo nie istnieje, matka nie pracuje. Na przestrzeni wieków tak było tylko u ARYSTOKRACJI. Niniejszym dołączam. Tu drobnym druczkiem powinnam wskazać, że to kolejne kłamstwo wymierzone w kobiety. Bo która kobieta nie pracuje w domu??? To wymyślili faceci od produktu krajowego brutto. A feministki jak zwykle łyknęły. I po raz kolejny popsuły nam opinie. Że niby baby takie głupie i na wszystko dadzą się nabrać.
Dobra, koniec, koniec!

Józio:
-Mamo są niebieskie ośmiornice?
-Są, ciemnoniebieskie. A jak są zdenerwowane to jasnoniebieskie.
-O, a my jak się denerwujemy to jesteśmy czerwoni!
No faktycznie, ludzie też zmieniają  ubarwienie:)

Na spacerze Asia wychowuje Piotrusia:
-Pituś nie chodź tam, bo będzie z Ciebie MIAZGA!

Zosia wychowuje Asię:
-Asiu nie jesteś pępkiem świata!- nieco nerwowo:)
-Nie? A wszyscy tak mówią - z przekonaniem nasza czterolatka:)

I tak dalej, i tak dalej...I co chwilę, co sekundę...
ja chyba wykorzystuję więcej niż 10 % swojego mózgu:)))))))

środa, 28 października 2015

Fb

No to koniec ery bezfejsowej. Koniec z podczytywaniem wiadomości u Ukochanego.
Synek założył mi stronę fb.
Normalnie jak stara panna, i chciałabym i się boję.
No to ZAPRASZAM!

wtorek, 27 października 2015

Facet to facet

Stasiu jako, że mieszka oddzielnie ( z dziadkami) jest obecnie szczególnie atrakcyjnym bratem. Wysoko trzyma gardę mężczyzny, którego byle co nie wzruszy, statecznego i mającego swoje poglądy. Podczas niedzielnych odwiedzin został zagospodarowany przez stęsknione młodsze rodzeństwo, wytulony, wręcz wyciśnięty...Pokazane mu zostały wszystkie rysunki, chwyty z dżudo a najmłodszy czuł się w obowiązku wybuchać śmiechem po każdej wypowiedzi najstarszego brata:)
Stasiowi było chyba z tym dobrze, bo w pewnej chwili oznajmił:
-Głównie z waszego powodu tu siedzę, bo mam mnóstwo roboty.
Mamusia jak to mamusia, dumna z syna chciała jednak usłyszeć coś miłego.
-A za nami się nie stęskniłeś? Za swoimi staruszkami?
Na to mój własny młodzieniec:
-Mamo, Tobie o tym mówiłem kilka lat temu. Jak coś się zmieni to dam znać.
No facet normalnie!

I poranny kwiatek od Asi:
-No ja nie miałam nawet najmniejszego RZYCZKA! ( tu moje mężydło stwierdziło, ze czytelnicy nie będą wiedzieli o co chodzi( człowiek małej wiary:)), oczywiście o wymiotowanie)

Co jako żywo nie jest prawdą!
Ale jest już lepiej.
Na froncie motoryzacyjnym trwa czekanie:)

niedziela, 25 października 2015

Kolejna mądrość ludowych mądrości

Znowu nie wiem od czego zacząć.
Chyba jednak od Mieczysława Fogga i piosenki: "Ta ostatnia niedziela".
Krótko: jak ja się cieszę! Jeszcze w południe niepokojące wieści o zamienionych kartach do głosowania i zastanawianie się co można wymyślić, by wybory były uczciwe.
Około 17 po zajęciach na uniwerku przyjechał Stasiu i wspólnie, jeszcze  z Martą, poszliśmy popełnić akt wyborczy. Jak kolejni podrosną to będzie nas konkretna siła:)
Potem oczywiście dyskusje w męskim gronie o polityce- u nas w domu nie było ciszy wyborczej:)))
No i pierwsze wyniki. Bez lewicy!!! Jeszcze tylko szkoda, że Nowoczesna dostała szansę.
Pamiętam dawno temu, nasz rok maturalny i 4 czerwiec 1989 roku. Wtedy czuliśmy się podobnie. Coś się zmieniło.
I tak, tak, dobrze wiem, że żaden polityk nie załatwi raju na ziemi, nie jest Mesjaszem, ale może coś drgnie. Te ostatnie 8 lat było bardzo ciężkie i takie beznadziejne jednak.
A teraz od płaszczyzn i poziomów patriotycznych i górnolotnych lądujemy w naszej codzienności. Z mocnym hukiem !
Według słów szanty:
Jazz, babariba statek sie kiwa,
załoga rzyga.
Zarzygali cały pokład,
i kajuty też!
No więc jakby to powiedzieć... My mamy taki statek dzisiaj. Nie namawiam do wyobrażania sobie tej sytuacji ani do wczuwania się. Jednak trójka wymiotująca naraz, na odległość i pod dużym ciśnieniem plus trójka ( inna oczywiście) mająca rozwolnienie wylewające się z pieluch i nie pozwalające na dotarcie nawet w pobliże łazienki....Plus my, geriatrycy z bólem brzucha. A ci co ewentualnie czuli się lepiej akurat przebywali poza domem. Co prawda wygląda na to, że już niedługo będą się tak czuli:)
Najbiedniejszy Piotruś, bo z gorączką i osłabiony.
W tym wszystkim wielki prezent od Jasia. Wszedł, zobaczył nas w akcji oczyszczania podłogi i przebierania towarzystwa ( bo wiecie jak to jest z maluchami, zamiast gnać do łazienki, biegną do mamy i taty powiedzieć, że chce im się wymiotować:), a skutki są opłakane ) :
-Ja Was podziwiam, kiedyś Wam to wynagrodzę. To co mam teraz zrobić?
I pomimo, że rację mieli starożytni twierdząc, że kto ma pszczoły ten ma miód a kto ma dzieci ten ma smród, to nie chcę się zamieniać!

piątek, 23 października 2015

Klimat

To co jest najgorsze jesienią to dni, kiedy chmury wiszą nisko, zasłaniają słońce i cały czas trudno się zdecydować czy już jest jasno czy dopiero będzie. A potem raptem za oknem robi się wieczór. Te dni trwają i trwają aż do końca lutego a czasem i w marcu. Przynajmniej u nas na północy. To są te minusy życia nad polskim morzem, zapada coś w rodzaju, może nie polarnej nocy ale zmierzchu na pewno. Dni słonecznych jest bardzo mało.
To ciężki czas również dla dzieci, deszcz z wiatrem i nieprzyjemna wilgoć nie sprzyjają zabawom na dworze, choć dzieciaki nie ustają w próbach. Dookoła nas rozlewają się przyjemne kałuże, które maja ukrytą wadę: gliniane podłoże:) Pełno gliny, takiej solidnej, mlaszczącej i śliskiej przy zetknięciu. Dzieci nieraz po radosnych skokach w co głębszych kałużach wychodziły z nich w skarpetkach. Kalosze należało odzyskać zespołowo i ręcznie jak rzepkę u dziadka. Były jak wmurowane w dno małych wodnych zbiorników.
W tym roku zaliczyliśmy już takie akcje. Powrót moich najmilszych potomków powoduje wtedy zawsze mój stupor. Zamieram bezsilna w obliczu ich nowego image'u. Błoto wszędzie, również we włosach i za uszami. A kalosze...zastanawiam się czy jest sens je ubierać. Chyba po to by dostarczyć w nich do domu duże ilości mętnej, brązowej cieczy. Po co ma się marnować na zewnątrz?
Dawno bym wyklęła podobne eskapady, gdyby nie poczucie, że to najlepsze co mogą zrobić w taką pogodę, że to smak dzieciństwa. Wszak dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe:) A potem jeszcze mamusia może się pobawić usuwając błoto ze wszystkiego:)))) Oby nie za często. Na szczęście kalosze od środka schną bardzo długo i to wyznacza pewien rytm, niespieszny.
W związku z tym i ja, i dzieci czekamy na śnieg. Jakoś łatwiej suszyć rzeczy po prostu mokre a nie mokre i brudne, lepiące, mażące się, których nie ma gdzie złapać. Jeśli słyszycie w moim tonie pewne rozgoryczenie to na pewno pomyłka:)
Dobre strony to ciepły kominek i jakoś tak człowiek bardziej cieszy się domem, czuje wdzięczność za to miejsce gdzie jesteśmy razem, że jest to miejsce.
Rozpoczęliśmy nieśmiało sezon chorobowy, Marta ma za sobą grypę brzuszną, wczoraj już wymiotował Józio i czekam na dalszy ciąg. Jak to mówią pesymista to dobrze poinformowany optymista.
Koniec października to również czas, kiedy dla mnie zaczyna się wspominanie zmarłych. Wcześniej. Ale to z tego powodu, że w niedzielę będzie kolejna rocznica śmierci mojego taty. Zmarł trzy miesiące po urodzeniu Jasia. Nie spotkał tutaj swoich kolejnych wnuków, a ma ich piętnaścioro. Nie wiem co prawda jak by się to skończyło:). Bo już przy Stasiu, swoim drugim wnuku lekko wariował. Staś miał dwa latka, chciał na dach- proszę bardzo, chciał jechać na kolanach dziadka samochodem- proszę bardzo, w nocy chciał kanapek, nie ma problemu. A rano usłyszałam po takiej akcji, że jesteśmy hitlerowcy, bo nie żywimy biednego dziecka, które w nocy budzi się głodne. Dziadkowie tak mają:)
No i znowu miało być o czym innym, ten typ tak ma.

wtorek, 20 października 2015

Znak czasów

Powoli zaczynam jesienna depresję. Niestety z każdym rokiem, w miarę przybywania lat narasta siła bezsensu i smutku związanego z przemijaniem. I nie ma to nic wspólnego z dziećmi, mężem czy codziennością. Tylko tak jakby obok.
Wczoraj byliśmy wieczorem w hospicjum. Leży tam nasz brat ze wspólnoty, który od dwudziestu lat zmaga się z nowotworem. Z nowotworem, który niejednego powaliłby już kilka razy. A to przedwojenny, solidny rocznik ( zresztą Sybirak). Jest bardzo słaby, ale nadal dżentelmen:). Nasz Jaś bardzo go lubi i nosi głęboko w sercu a i on wzajemnie. Ile razy opowiadałam o różnych akcjach naszego synka, wzywaniach do szkoły albo załamywałam ręce w temacie: Co z niego wyrośnie? słyszałam:
-Jaś to dobry człowiek.-tonem wskazującym, że tylko dobre wychowanie powstrzymuje starszego pana przed wypowiedzeniem tego bardziej dosadnie:
-Matka daj ty mu spokój.
Wczoraj kiedy zobaczył Jasia wyraźnie się ucieszył i powiedział:
-O Jasiu, zawsze słodko Cię wspominać.
Jest to jeden z ludzi, który ma wpływ na kształtowanie się światopoglądu naszego syna. Opowieści związane z gehenną na Syberii, pomimo że pełne przebaczenia i mądrości są powodem głębokiej nieufności, ba nawet wrogości do ZSRR u Jasia. Zawsze też istnieje odniesienie w działaniach naszego syna:
-Co by na to powiedział...?
Kiedyś w jakiejś szermierce słownej użyłam tego argumentu, w zamian usłyszałam:
-Wujek na pewno by się ze mną zgodził.
I co najgorsze przeczuwałam, że może mieć rację ten nasz synek:)

Nasz brat ma w sobotę 50 rocznicę ślubu i jesteśmy przekonani, że pomimo wszelkich prognoz lekarzy będziemy razem świętować.

A miało być o czym innym ...


czwartek, 15 października 2015

Codzienność cz.II

Nie ma przypadków. Nie ukrywam, że samochód mnie nieco przygnębił. Dodać różne takie co to zwykle:))) I po raz kolejny pojawiła się pokusa, żeby może wyjechać gdzieś, gdzie(takie mam złudzenia) byłoby łatwiej, samochód nie byłby problemem, ani opłaty ani ciuchy ani....Taki delikatny głos podpowiada mi co prawda, że są jeszcze inne, poważniejsze problemy, ale pokusa pozostaje. Tak na rok, dwa...
Pokusa jest o tyle silna, że zarówno moja mama jaki i rodzeństwo żyją poza granicami naszego kochanego kraju.
No i tak zaczęłam snuć różne rozważania. A głos cały czas swoje.
Wczoraj, w trakcie zaznajamiania Ukochanego z moimi pomysłami,  podjechaliśmy na chwilę do naszych znajomych, którzy nie chwaląc się mają studio nagrań. A tam nagrywa Luxtorpeda. No i wyszedł, przez przypadek, taki jeden co go zwą Lica.
Rozmowa nie trwała długo, jakieś pół godziny, nawet nie dotykała za bardzo osobistych spraw a jednak spowodowała, że wszystko znalazło się na swoim miejscu. Dobrze, że możemy spotykać takich ludzi. Mam wielką nadzieję, że kiedyś i ja będę mogła komuś przynieść pokój.
Tak więc porzucam, aż do następnego razu, temat emigracji zarobkowej:)))

Zosia dzisiaj robiła ciasteczka. Wpada Jasiu i pyta :
-Co to za ciastka? Tylko nie dyniowe proszę!
- Nie, to kruszone.
Jak się zapewne domyślacie chodzi o kruche.

Z Marysią omawiamy różne aspekty demografii, imigracji, ostatnie wydarzenia, powody, niedawne wojny na naszym kontynencie. Jako, że chyba przed Ukrainą poprzednia była Jugosławia Marysia ma przypomnieć jakie państwa powstały po jej rozpadzie:
-Chorwacja ( to było łatwe, wszak wakacje!), BOLEŚNIA i Hercegowina...
Tu spuśćmy miłosiernie zasłonę na kolejne wydarzenia i rodzeństwo, które dostało głupawki:)))

W międzyczasie słuchałam sobie katechezy biskupa Rysia( polecam). Po cichutku przyszła Asia. Czytany był właśnie fragment z Ewangelii o śmierci na krzyżu. A Asia:
-Jak to Pan Bóg umarł, przecież nas stworzył?!
- No właśnie, Jego Syn umarł za Ciebie, za mnie. Pokonał śmierć i teraz możemy iść do nieba.
Asia pobiegła do rodzeństwa:
-Wiecie, że Pan Bóg umarł? Ale nie martwcie się już jest w niebie. Mama mi powiedziała.
Hm?

środa, 14 października 2015

Codzienność

Nie interesuję się motoryzacją, ale ona brutalnie wkracza w moje codzienne obowiązki.
Padł nam nasz ulubiony samochód. Zdaje się, że 19 latek nie będzie obchodził dwudziestolecia. Jego bunt jest taki bardziej ostateczny.
To ten samochód, który ostatnio powiózł nas na Chorwację. Ewidentnie na Anioła Stróża.
Najgorsze w tym jest to, że nasza słabo skomunikowana miejscowość wymaga samochodu. Niby mamy połączenie z jednym miastem- dojście męskim krokiem 45 minut do autobusu, zimą niebezpieczne, bo brak pobocza absolutny, z drugim miastem- przystanek 2 kilometry, w poniedziałek wypadły cztery autobusy, a że jeżdżą co godzinę...Jest jeszcze nowo otwarta kolej metropolitarna, przystanek w polu jakieś 5 kilometrów od naszej miejscowości, kiedyś ma być autobus podwożący doń.
Tak więc siedzę i usiłuje się nie smucić. Józio się natomiast smuci:
-Jak my pojedziemy na wakacje?
Jak my zrobimy zakupy, albo pojedziemy do lekarza. No nie jest tak najgorzej, jest drugi samochód. Ale Rodziciel utrzymujący nas musi jakoś dojechać do pracy. I wszystko zostaje na wieczór, który nie chce się bardziej rozciągnąć:) A niektóre rzeczy nie chcą się zrobić wieczorne.
Ponieważ ludzkich możliwości brak, siedzę i czekam na interwencję z góry.

poniedziałek, 12 października 2015

Noc

Ciemna, bardzo ciemna noc. Dookoła cisza. Słychać tylko miarowe oddechy domowników.
Nagle w tej ciszy pojawiają się odgłosy:
-Bum, bum, stuk, bum, bum, stuk..
Towarzyszy im szuranie, jakby coś miękkiego i mocno włochatego było ciągnięte po schodach i zimnej podłodze. Odgłosy zbliżają się do sypialni.
Mała, na szczęście ciepła rączka ląduje na Twoim ramieniu co powoduje otwarcie Twoich oczu. W tej ciemności ledwie dostrzegasz zarys niewielkiej postaci, która słodkim głosikiem oznajmia:
-Straciłam wzrok, w tej ciemności zupełnie nie widzę kolorów....
A Ty już wiesz jak czuje się człowiek po dużej dawce elektrowstrząsów i wiesz, że jeszcze niejedno może Cie spotkać tej nocy.
 Dobranoc!!!

czwartek, 8 października 2015

Dynie i śledzie

Dziś Was zasypię zdjęciami:) Ale nie mogłam się powstrzymać.
Na razie chwila na poważnie.
Wczoraj miałam okazję odbyć różne rozmowy. Wytrąciły mnie nieco z samozadowolenia. Z jednej strony dobrze, bo od razu popatrzyłam inaczej na niektóre moje zachowania wobec najbliższych. Zobaczyłam, że cały czas mam tendencję do szukania spokoju, co więcej ma być tak jak ja chcę! Często niedostatecznie wchodzę w problemy jakie zaprzątają małe główki, lekceważąc ich wagę. Tylko z tego powodu, że mi wydają się błahe. Trochę mną to potrząsnęło. W związku z tym mogę do wczorajszego wpisu dodać, że ED także dla mnie jest ratunkiem, dla moich relacji z dziećmi. Ja widocznie na wszystko potrzebuje dużo więcej czasu.
Dodatkowym wnioskiem jest to, że jestem beznadziejna:)
Na szczęście mój Ukochany stoi czujnie na straży i wybija mi z głowy tego typu pomysły. Po cichu jednak chwilami się nad sobą roztkliwiam. Dzięki Bogu jednak mamy nowy dzień i możemy zacząć wszystko od nowa i powalczyć by było lepiej.
Dziś w nocy były już u nas przymrozki, ale wczoraj dzieci spokojnie hasały po okolicach, w porywach niektórzy nawet w krótkich rękawkach.
Przypomniało mi to, że niektóre zabawy są naprawdę ponadczasowe.

Korzystając z okolicznych nieużytków młodsi urządzili sobie "bazę" i lepili kulki z piasku jako broń. Jako żywo nie podpowiadałam im, ale dokładnie takie zabawy pamiętam z dzieciństwa.
Pażdziernik jest piękny, odkrywam go na nowo. Ostatnio kojarzy mi się z dyniami. Bo u nas dynie są wszędzie:) W domu
i w zagrodzie to jest ogrodzie.

Gdziekolwiek się udamy to leżą stosy dyń. Małych, dużych, pomarańczowych, szarych, zielonych. A u nas sernik dyniowy, racuchy dyniowe, ciasteczka a jakże z dyni...
 Mamy też kabaczki:)
Mnóstwo świetnych przepisów znalazłam dzięki Mamie z Dużego Domu, która poleciła mi stronę
www.mojewypieki.com.
Muszę jej złożyć osobne podziękowania, bo bardzo źle wpłynęła na moja silną wolę, to chyba powinno być karane:-P
Jesień rozgościła się też w naszym ogródku.


A teraz pora na śledzie. Mi się one kojarzą głównie z Bożym Narodzeniem, ale kiedy szukałam przepisu przypomniałam sobie, że przecież można je zrobić również normalnie:)

Świeże śledzie, albo tuszki pozbawiamy kręgosłupów i czego tam trzeba. Zanurzamy w mące z obu stron i na gorący olej, wysmażyć na chrupko. Kiedy śledzie stygną robimy zalewę.
5łyżek cukru, 3łyżki soli, pół szklanki octu 10% i 4 szklanki wody. Kiedy zalewa się zagotuje na kilka minut dorzucamy do niej pokrojona w plasterki cebulę, niech sie pogotuje. Potem studzimy i zimną zalewamy śledzie ułożone w jakiejś misce. Nie radzę zalewać ciepłą ani tym bardziej gorącą ponieważ moje doświadczenie mówi, że ze śledzików robi się breja. Ale no cóż musiałam spróbować , bo byłoby szybciej :))). Zalewa starcza na zalanie ok.3 kg śledzi.

Zdjęć śledzi nie mam ale jak tylko zrobię to uwiecznię:))
A i jeszcze Kuba mi napisał, że po oglądnięciu Aut wpisał w Google "spyry i wądoły" A tam na drugiej pozycji mój blog. Nieźle, nieźle, co to można w internetach znaleźć:)))

środa, 7 października 2015

To co zwykle

Trudno mi dorwać komputer:) Pomimo, że internet już działa. Dzieje się wiele a w przerwach zapadam na jesienną chorobę zwaną : może coś poczytam:) nie jest to nic absolutnie ambitnego. Właściwie raczej coś co pozwala wyłączyć mózg. Lekkie angielskie kryminały, nawet nieco nudne przy którymś kolejnym bo przewidywalne. Jako wygaszacz podenerwowania doskonałe. Lub szydełko.
Prekursorzy nie maja łatwo:) Nachodzą mnie wątpliwości czy dobrze zrobiliśmy zostając pod opieką szkoły, która nie ma doświadczenia w edukacji domowej i w sumie też narzędzi wsparcia. Są zestresowani tym, że mają przeegzaminować nasze dzieci, a  z drugiej strony materiał musimy z nich wyciskać. Wobec braków w wiadomościach i nieumiejętności robienia np. notatek chwilowo niektórzy są mocno sfrustrowani. Dotykamy jakiegoś zagadnienia i musimy się cofnąć. Jaś jest w klasie politechnicznej i np. nie może ruszyć kinematyki bo leżą funkcje trygonometryczne. Trygonometria chwilowo przystopowała, bo trzeba powtórzyć funkcje kwadratowe. Marysia ma etap: po co mi to wiedzieć. Nauczona przez wiele lat szkolnych, że oceniana jest odtąd dotąd ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że wąż Eskulapa, o którym uczy się na biologii ma powiązania z Asklepiosem i mitami greckimi, całym ziołolecznictwem. Chyba o nią boję się najbardziej, bo chwilowo ma postawę : dajcie mi spokój. A spokoju dać nie możemy. A przez podejście szkoły boimy się działać inaczej, projektowo, indywidualnie. Moje bardziej doświadczone koleżanki uspokajają, że ten pierwszy semestr jest zawsze najgorszy, kryzysowy.
Zosia musiała cofnąć się do swojej siostry do klasy niżej , bo również miała braki z matmy. Wiecie jakie to obraźliwe, że musiała robić  TE same zadania co Hania.
Po Hani natomiast widzę skutki pójścia rok wcześniej. Ta słynna czwarta klasa jest dla niej bardzo trudna.
I choć jest teraz ciężko, przypomina to przedzieranie się przez kolczasty żywopłot dodatkowo urozmaicony  minami to widzę , że ratuje to moje dzieci. Nie wiem jak wyglądałaby matura Jasia, może dołączyłby do grona tych, którzy zaniżają wyniki z matematyki i nad którymi płacze system: polskie dzieci nie umieją matematyki! Bo trója czy dwója z jakiegoś działu, przemknięcie w cieniu nie dają możliwości dalszej pracy tylko powodują nawarstwianie braków. Marysia ma ciężki czas, kiedy musi odkryć to co ją interesuje, kim jest i czego w życiu chce. Hania mam nadzieję łagodniej przejdzie przez swoje trudności.
Jedyny który jest w pełni zadowolony to Józio, ale on jest szczęściarzem. Nie miał do czynienia ze szkolną nauką, jest nieskażony:) I już wiemy : lubi czytać i bardzo chce, świetnie zapamiętuje słówka np. w angielskim, natomiast nie lubi szlaczków, pisania, rysowania.

Ale kwitną relacje między nimi:) I wbrew czarnej scenerii opisanej powyżej przez większą część czasu są uśmiechnięci i zadowoleni. Starsi zwłaszcza od momentu kiedy powrócił internet.  A i jeszcze Jasiu uczy się angielskiego oglądając odcinki House'a po angielsku. Po czym chwali się:
-Ja mam bogate słownictwo, zwłaszcza medyczne.
Na co Marysia:
-A ja nie mogę grać w gry i dlatego nie miałam okazji podszkolić się w angielskim...
Pozostawię bez komentarza.

W niedzielę rano w kuchni. Jaś pyta Zośkę:
-Od której strony obiera się ogórka?
-Od zielonej!

Muszę utrzymać pion. I dlatego szybko popełniłam czapeczkę dla Piotrka. Wszak idzie ochłodzenie. Poprzednią gdzieś posiał:) Minus tego jest taki, że ustawiła się kolejka, bo oni też chcą. Każdy inną. Józio oczywiście jaką , no jaką? Indiańską!

Bardzo ruchliwy ten model:)
A właśnie skojarzyło mi się. W nocy wyłazi z łóżeczka, żeby się pobawić a potem płacze. Taki mały dodatek, żebyśmy nie koncentrowali się tylko na ED:)








piątek, 2 października 2015

Niech żyje Winnetou!

Dzięki za wszystkie podpowiedzi:)Pierwsza zadzwoniła do mnie Ola i podpowiedziała mi najprostszą rzecz na świecie, klasyk klasyki czyli Winnetou. W kolejce czekają już Bonanza i Dr Quinn:) a także Butch Cassidy i Sundance kid, albo odwrotnie:)
Mustang z Dzikiej Doliny po angielsku też otwiera nowe możliwości. Nie zginę z Waszą pomocą:))))Dzięki.
Rano podczas odrabiania szlaczków( to utrapienie Józia, ale tak cóż zrobić jak rączka nie rozćwiczona) chciałam mu puścić Winnetou czytane. Otworzyłam YT a tam pełno odcinków realizowanych przez RFNowską telewizję ( w Chorwacji zresztą). Przypomniało mi się dzieciństwo, wszak serial był realizowany w latach 60-tych. No, no premierowych odsłon nie oglądałam jakby co, tylko powtórki. I to kolejne!
Niemniej mój oporny synek szlaczki zrobił błyskawicznie, o spacerze mowy nie było i zasiadł do ogladania "Złota Apaczów". Jednym okiem oglądałam wraz z nim co by w razie czego interweniować... Józinek poprosił :
-Mogę jeszcze raz?
Po jakimś czasie z głębin jego sześcioletniej duszy wypłynęło wyznanie:
-To naj, najlepszy film na świecie!!!
Zawsze chciałam być Indianką:))))))

A pociąg dzisiaj był atakowany przez wózek z lalkami.....Takie z nich zakapiory.

czwartek, 1 października 2015

Ostatni puzzel

Już pisałam, że lubimy puzzle:) Najwspanialej jest, gdy należy włożyć ostatni puzzel na swoje miejsce. Mały kawałeczek a powoduje, że obrazek jest pełny i ma sens.
U nas jest tak w tej chwili. Minął pierwszy miesiąc edukacji domowej, jestem zmęczona, cały czas na nogach, bez mego ukochanego świętego spokoju a jednocześnie mam wrażenie, że wszystko w końcu jest na swoim miejscu. Jestem z moimi dziećmi, spędzamy razem czas, odkrywamy świat...Nie jestem już firmą logistyczno-transportową. Wieczorem padam na twarz bez wyrzutów sumienia, że unikałam moich dzieci, szukałam chwili spokoju. Wieczorem wychodzę  z moim mężem z miłym poczuciem, że dobrze i mi i dzieciom zrobi chwila odosobnienia.
A ile atrakcji po drodze!
Don Pedro dostał swój pierwszy w  życiu pociąg. Oczywiście dla wszystkich stał się najatrakcyjniejszą zabawką na świecie. Zaczęły się budowania torów, tras, przeszkód, kozy i krowy goniące za pociągiem. Płynnie przeszliśmy do budowy kolei amerykańskiej i napadów indiańskich na pociągi. Stąd już tylko krok do świata Indian, historii Dzikiego Zachodu ( patrz Domek na prerii), gorączki złota. I tak powoli otwierają się przed nami kolejne interesujące furtki:))) Nie wiem co prawda czy się zmieścimy w programie MENu ale dzieciaki na pewno mają szanse na bycie erudytami:)
I tu mam pytanie: czy ktoś zna jakiś mało krwawy, lekki western? Najlepiej z pociągiem. Liczę na Was:)))

Po drodze są też trudności. Ten kryzysuje, bo musi przekopać się przez swoje zaniedbania zanim ruszy do przodu. Tamten ma problemy z koncentracją, 6 lat kończy dopiero w listopadzie i to widać. Ta lektura jest nudna i wcale Jej nie interesuje jak się skończy. A Ta jeszcze leje łzy jak jej coś nie wychodzi. A co najważniejsze wszyscy znają lekarstwo na bolączki pozostałych i szczerze mówiąc mądrzą się straszliwie. Tylko nie wtedy kiedy trzeba:)))
Jak Asia:
-To jest proste jak...żołędź!!!
Po drodze są  również ogórki do zrobienia, powidła i kapusta kiszona:)
No i brak internetu. Według przysłowia: szewc bez butów chodzi. Padł router, który jakoś rozsyłał internet po całym domu. W związku z tym mój komputer, który ma internet własny jest okupowany od rana do wieczora. A to nauka języków, praca o strojach w starożytnym Rzymie, Zemsta Aleksandra Fredry do obejrzenia, zadania z fizyki, sprawdzian z oświecenia....Ot prosty powód niepisania. Ale jest szansa, bo niebawem ma się pojawić nowy router i będę mogła pisać ( za czym się stęskniłam). Będę mogła również na Was przetestować taki mały pomysł:) Nie uciekać proszę!!!

Asia ma bluzę z napisem: Bardzo kocham mojego tatę. Podchodzi do własnego ojca i żąda:
-Przeczytaj mi!- tu wypina dumnie pierś
-Bardzo kocham mojego tatę- czyta posłusznie rodziciel, zadowolony z przesłania:))
-Ja też, ja też!-woła dziewczę.


niedziela, 20 września 2015

Stereotypy

Dookoła nas trwa walka ze stereotypami, prześladowaniami i za małym znaczeniem mniejszości.
Postanowiłam i ja trochę dołożyć do tego tematu zwłaszcza, że mam wrażenie iż nie wszystkie stereotypy są równie tępione.
Mamą wielodzietną jestem od wielu lat. Wszak trójka moich najstarszych dzieci jest już dorosła w majestacie prawa a jedno całkiem samodzielne, prowadzi osobne życie. Jesteśmy wykształceni (lekarz i informatyk) i z dużego miasta, a jednak od początku naszej wielodzietnej drogi towarzyszyło nam hasło: wielodzietność = patologia.
W odpowiedzi na zdziwienie, i nie ukrywam ,czasami chamskie pytania, mogliśmy powiewać sztandarem naszego wykształcenia. Zostawiano nas w spokoju, niekiedy dając wyraz jedynie lekkiej dezaprobacie lub współczuciu. Co mają zrobić jednak rodzice, którzy są z mniejszych miejscowości, mniej wykształceni? Czy w jakikolwiek sposób świadczy to o tym, że gorzej wychowują dzieci, mniej je kochają? Mniej o nie dbają? Co ma zrobić matka wielodzietna, nie-lekarz w przypadku bezczelnych pytań przy kolejnym porodzie? Albo uwłaczających godności komentarzy?
Dzisiaj odwiedziła mnie koleżanka, mama pięciu chłopaków i dwóch córek. Dzieci mądre, elokwentne, utalentowane, do tego ciekawe świata i towarzyskie. Jednemu z nich przydarzyła się taka przygoda. Odprowadzał na autobus kolegę i jak to nastolatki śmiali się głośno i wygłupiali. Jeden z powodów do śmiechu to wskazywanie w mijanych ogródkach sprzętów do zabawy dla maluchów (typu rowerek, hulajnoga, wiaderko) i stwierdzanie:
-O, to zabawka dla Ciebie!
Następnego dnia podczas zabawy we własnym ogródku zaczepiła go pewna pani, która zapytała czy to jego dom. Następnie stwierdziła, że jeżeli z jej ogródka zginie cokolwiek, to go poszczuje psem. Zszokowany młodzian opowiedział o wszystkim mamie, która obecnie dąży do spotkania z nieznajomą. Ciężar na sercu jednak czuje ogromny, wtłoczona w złodziejskie ramy. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że cała rodzina to zapaleni cykliści, zaopatrzeni w świetny sprzęt. Jak dodała moja koleżanka z rozgoryczeniem:
-Pewno kradziony!
No i proszę, mamy uciskaną mniejszość potrzebująca wsparcia. Prawdziwą mniejszość, ważną dla społeczeństwa. Jak wskazują dane rodziny wielodzietne (takie 3 +) stanowią 6% wszystkich rodzin, a wychowuje się w nich (według różnych szacunków) ok. 80% wszystkich dzieci.
Kolejny stereotyp to „kura domowa”.
Niedawno triumfy popularności pobijał filmik o rekrutowaniu do pracy. Rekrutacja prowadzona bardzo profesjonalnie, nie budziła podejrzeń aż do chwili przedstawienia warunków pracy. 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez urlopów i wynagrodzenia. Praca matki w domu. Jeśli komuś zależałoby na silnym państwie to wspierane byłyby silne rodziny, promowany model wychowywania dzieci przez rodziców, a nie przez instytucje. Nie hodowla. Przez 20 lat od rezygnacji z pracy i decyzji, że będę wychowywać swoje dzieci nie otrzymałam nigdy od państwa żadnego wynagrodzenia, nie potrzebuję dyplomów i medali. Swoją nagrodę odbieram codziennie. Ale protestuję przeciwko byciu kura domową. Piszę, czytam, myślę, organizuję, tworzę. A znam mnóstwo mam, które robią jeszcze tysiące innych rzeczy. Wolę włoskie określenie „ Regina casa”- królowa domu.
I tak to niechcący znalazłam się wśród uciskanych mniejszości.
Ten post znalazł się na wrodzinie.pl jako artykuł:)

sobota, 19 września 2015

Poranne potyczki

Jak zwykle zapomniałam wyjąć wcześniej mięso z zamrażalnika. Wkładam je więc do mikrofali, by choć trochę odtajało. Asia obserwuje mnie w skupieniu:
-Jakie to jest mięsko?
Nie odpowiadam od razu, bo prawdę powiedziawszy mam w buzi jabłko.
-No na co zapolowałaś???!

Pproszę o modlitwę w intencji naszego przyjaciela, ojca 8 dzieci. W nocy w stanie ciężkim przewieziony do szpitala. Ostre zapalenie trzustki. Od kilku tygodni był diagnozowany z powodu bólów brzucha. Jesteśmy wstrząśnięci. W środę widzieliśmy się i wszystko było ok. I o siły dla jego rodziny, głównie żony.

czwartek, 17 września 2015

Mowa nienawiści:)

Niestety polityka wciska się w życie codzienne czy tego chcemy czy nie. Zupełnie jak w Vabanku:
-Nie interesuję się polityką.
-Ale polityka interesuje się panem.:))))
U nas w domu pojawiła się mowa nienawiści, tak przynajmniej twierdzą niektórzy.
Marynia ciężko przechodzi adaptację do nauki w domu. Z powodu... Nie z powodu późniejszego wstawania, nie z powodu posiadania czasu na wymarzone zajęcia, nie z powodu samodzielnego ustalania planu pracy, nie z powodu masy książek nieustannie w zasięgu ręki, czy też filmów do obejrzenia których zachęcają rodzice i starsi wiekiem bracia. Nie z powodu materiału do nauki, tylko z powodu egzekwowania pracy własnej przez najstarszą siostrę tudzież rodzicieli. Przyzwyczajona do przemykania w cieniu, odfajkowywania prac straszliwie się burzy na konsekwentne  sprawdzanie. Test z potęg? Nieważne, że niezaliczony, przecież był. Tak niestety jest w szkole, że nie ważne jest czy coś umiesz. Był sprawdzian ? Był. Nikogo nie obchodzi, że tego materiału nie umiesz. No ewentualnie jeśli jesteś zagrożony. A teraz Marysia stanęła przed zadaniem: masz to umieć a nie zdawać. I wspomniane potęgi należy powtórzyć, więcej zrobić zadania, które się ominęło. I napisać test sprawdzający jeszcze raz. A starsza siostra w swoim żywiole, wszak matematyka to jej konik.
-Marta, Twoje dzieci będą biedne!
-Dlaczego jesteście dla mnie takie wredne?- to do mnie i Marty, gdy okazało się, że dziecko jednak niewiele umie.
-Ona specjalnie tak wrednie rozwiązuje te zadania, żeby wyszły inne wyniki niż mi!
-Mamo, ona to robi specjalnie, żebym nie umiała!
No i jak widać jest, nie tylko znana z polityki mowa nienawiści ale i nienawistny sposób rozwiązywania zadań. A najgorsze ( z punktu widzenia Marysi) to, to że fakty ułożyły się tak, że Martusia jeszcze ten rok zostaje w domu. Ja się akurat cieszę:)

I kolejne zdarzenie ocierające się o politykę. Ostatnio sypano gromy na Biedronkę. O jakże niepotrzebnie! Wczoraj przekonałam się, że Biedronka ratuje życie. Jechaliśmy już o zmroku na spotkanie wspólnotowe. I w pewnym momencie udało nam się ominąć pieszego idącego poboczem. Nieprzepisowo nie miał żadnych odblasków, ubrany na czarno, ale miał.... biało-żółtą siatkę z Biedronki. To pozwoliło nie zrobić mu krzywdy( na szczęście !!!). I co się wrednie czepiają?!!!

środa, 16 września 2015

Dziad i baba

Zgodnie z obietnicą pora na dziada i babę.
Posiadamy licznych kreatywnych znajomych, tu zawsze zazdrość mnie ogarnia. I następuje skrzyżowanie, w które  z chęcią bym skręciła by opisać co też oni potrafią  i czego to zamierzam się od nich nauczyć:))) A na razie zazdraszczam!
Niemniej trzymając się tematu. Jedni z tych znajomych w przeddzień moich urodzin zaprosili nas na swoją 15-tą rocznicę ślubu. Tak, tak mamy młodych znajomych:-P
Motywem przewodnim była wieś, tak rustykalnie. No i postaraliśmy się. Bardzo to było twórcze i relaksujące, bo dawno nie mieliśmy takich napadów śmiechu, zresztą wraz z ekipą krytyków.
 Po drodze rozśmieszyliśmy kolejnych znajomych i jak zostało określone: "obciach na pół osiedla"



A tu się pochwalę prezentem od Marysi. Notesik własnego wyrobu i jakie hasło zaangażowane. Przyznam, ze takie lubię najbardziej:))))




I jeszcze o rysowaniu. Marysia spełnia swoje marzenie. Zaczęła chodzić na lekcje rysunku. I na razie męczy się z prostymi i proporcjami. To taka nauka, że wszystkie wielkie dzieła zaczynają się od ciężkiej pracy. Teraz nasze dziecko nieustannie mierzy wszystko ołówkiem i szkicuje, szkicuje, szkicuje....

wtorek, 15 września 2015

Urodziny

Wrzesień w naszej rodzinie to nie tylko początek roku szkolnego ale i zalew imprez urodzinowych. Jako, że występują masowo usiłuje unikać ich jak ognia ( przynajmniej w lecie). Budzi to oczywiste niezadowolenie i szemranie w narodzie zgromadzonym pod naszym dachem.
Jest nas dwanaścioro i można by obstawić równomiernie cały rok, to nie, wszyscy muszą w dużych grupach, bo inaczej czuja się samotni. Jedyni, którzy wyłamali się od reguły to Marta i Józio obstawiający swoje miesiące w pojedynkę. Wrzesień jest obłożony straszliwie, podobnie jak styczeń i lipiec. Marta obstawia maj a Józio listopad. Reszta miesięcy nas nie interesuje.
We wrześniu swiętowanie zaczynamy z lekkim wyprzedzeniem, bo w przedostatni dzień sierpnia gwiazdą jest Zosia, potem ja (czyli pierwszy weekend ), tydzień po mnie Piterek, a pod koniec miesiąca Hania.
W tym roku mamy za sobą 11 urodziny Zosi, moje dobrze osiemnaste i drugie Piotrusia. Tak Don Pedro skończył 2 lata! Przed nami tylko urodziny Hani. A urodziła się 23 września w święto ojca Pio. A było to tak. Co prawda tę historię opisywałam chyba w książce ale mogę ją powtórzyć.
Całą ciążę modliłam się do ojca Pio, czułam dziwny niepokój. Akurat podczas tych 9 miesięcy często jeździłam do porodów domowych. Jedna z moich rodzących jest specjalistką od wszelakich świąt i patronów. Podczas jej porodu chciała rozmawiać, więc zabawiałam ją rozmowami o różnych imionach. Śmiałam się, że bardzo chcę Pię-po moim ulubionym świętym, ale Ślubny zagroził, że po jego trupie. Nie mogę więc ryzykować.
Hani poród zaczął się w domu, na moją prośbę zakończył się w szpitalu. Cięciem cesarskim. To już niezależnie ode mnie. Hania jak się okazało była straszliwie oplątana pępowiną i źle wstawiała się do kanału rodnego. Było to bardzo niebezpieczne. To był pierwszy sygnał szczególnej opieki. Mój Ukochany pod wpływem chyba traumatycznych przeżyć zapisał dzieciątko jako Hanna Pia. I nie padł trupem. A potem w Adwencie czyli dobre dwa miesiące później spotkałam moją rodzącą, która uświadomiła nam, że Haneczka urodziła się w samo święto swego patrona o czym wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Przypadek? Chyba nie.
Ostatnio mamy znowu dużo przypadków:)
Hania z Marysią marudziły o spodnie. Jedna została zupełnie bez a druga delikatnie pragnęła kolejnych. Osiągnęła już pierwszą fazę w byciu kobietą czyli:
-Nie mam się w co ubrać.
Wrześniowe zawirowania spowodowały moją głęboką niechęć do wszelakich zakupów z prozaicznego i znanego wszystkim rodzicom powodu. Kryzysu na dużą skalę:)
Ponieważ nie chodzą do szkoły i mają jeszcze spódnice nie przejęłam się za bardzo brakami. Poradziłam tylko latoroślom, szczególnie tej nastoletniej, bardziej roszczeniowej by się pomodliła. Po ludzku to na spodnie jeszcze poczeka. Następnego dnia pod wieczór odebrałam telefon od dalekich znajomych. Oni od swoich znajomych dostali rzeczy dla dziewczynek. Odebraliśmy trzy torby. W domu lekko mi opadła szczęka i do tej pory jej poszukuję. Szczególnie rozwaliła mnie pierwsza rzecz, którą wyjęłam z torby. Kombinezon do tańca, o którym marzyła Zośka, a który w ogóle został odłożony na czas świąteczny. Potem był oczywiście zalew spodni dla dziewczyn, buty takie jakich nam brakowało i inne cuda. Wszystko markowe, sprawiało wrażenie nieużywanego. Dosłownie kilka rzeczy nie pasowało. Znowu przypadek? Na pewno nie. W związku z tym czym ja się w ogóle martwię???

Wychodzi na jaw, że dzieci nie umieją się uczyć. Jedno jest niecierpliwe, inne nie znosi porażek i przeraża swą ambicją a jeszcze inne ma zawsze czas.
Dziś Hania pracowała ze słownikiem i miała między innymi znaleźć hasło HIPOKRYTA. Trochę rozmawiałyśmy, bo nie do końca zrozumiała. Po wyjaśnieniach stwierdziła:
-Ja to czasami jestem hipokrytą.
Pospieszyłam z pocieszeniem:
-Wiesz, większość ludzi ma z tym czasami problem.
Na to Józio, który cały czas się przysłuchiwał:
-Ja to nigdy nie muszę być hipokrytą! Zawsze mówię prawdę ( tu narrator nie może się zgodzić).
Po chwili:
-No tylko raz Lence powiedziałem, że ją lubię a jej nie lubiłem.
I jeszcze po chwili:
-I mówiłem, że lubię mięso na obiad a nie lubiłem.
I znowu:
-I nie znoszę leżakowania a udawałem...Ale ja nie jestem hipokrytą. Musiałem tak mówić, żeby się koledzy nie śmiali.
I to jest to co uwielbiam w tym byciu z nimi. Te rozmowy, przedzieranie się przez  różne życiowe doświadczenia. W przypadku gimnazjum i liceum mam wrażenie utraconego czasu. Ale dopiero zaczynamy.
Choć Marysia jest ewidentnie podmieniona i to chwilowo na bardzo nieudolną kopię. Widzę tylko, że czułość i rozmowy w porę i nie w porę nieco rozpuszczają ten obcy pancerzyk.

Już jutro o babie i dziadzie oraz o rysowaniu:)