czwartek, 18 lutego 2016

Jak oszukać system?

Jako kobieta wysoce emocjonalna mogę zakrzyknąć tylko szlag, szlag, szlag! Zapomniałam tylko dodać, że  również dama,w innym wypadku krzyknęłabym sobie inaczej. Znowu nie działa samochód. Mamy dwa wyjścia ( oprócz zaprzestania jedzenia) albo zmienić samochód, albo mechanika?
Dzisiaj przywołałam się do opamiętania i stwierdziłam, że błędna jest postawa, której usiłuje wyjść naprzeciw, powiem więcej aktywnie jej poszukuję, postawa, że wszystko ma być tak jak ja chcę, mam mieć święty spokój. Gdyby nie utrudnienia ( tak naprawdę niewielkie przecież) nie dojrzewałabym jako człowiek, rozpuściła się. Już starożytni mawiali ( nie pamiętam kto), że to niewolników wychowuje się w dobrobycie.Władców w brakach i ascezie.
Wczoraj, gdy pogrążałam się w użalaniu nad sobą i szemraniu moja przyjaciółka (ta od żelazka) powiedziała mi, że ona nigdy nie ma wątpliwości, że Bóg ją kocha i każda sytuacja jest dla niej dobra. Pomogło :)
Wracam do tematu głównego.

Ponieważ ostatnio szukałam do szkoły rodzenia różnych akcesoriów niemowlęcych i np.detektora tętna, laktatorów (kosztorys) zarówno na fb, jaki i w poczcie czy przy różnych artykułach czytanych nawet na inne tematy pojawiają się reklamy tychże produktów,produktów konkurencyjnych a nawet twórczo produkty z nimi powiązane np. wózki. Tych nie szukałam absolutnie, wręcz przeciwnie zamierzam się pozbyć:) Jesteśmy jednak śledzeni. Co prawda podejrzewam z asortymentu, że zostałam zakwalifikowana do grupy kobiet oczekujących na poród, to może trochę system oszukałam ;-)
W codziennym zmaganiu miłym przerywnikiem jest myśl o wakacjach. Wywołana przez naszego ubiegłorocznego gospodarza pytaniem czy przyjedziemy. Trochę pomarudziliśmy o imigrantach,otrzymaliśmy odpowiedź, że Chorwacja jest krajem bezpiecznym ( mam nadzieję) i podaliśmy termin przyjazdu wraz z przyjaciółmi. W tym roku wyjątkowo późno bo przełom sierpnia i września ze względu na Światowe Dni Młodzieży. Jedziemy ekipą w 14 osób. Miała dojechać jeszcze moja mama,ale jakoś dziwnie przestała nęcić ją ta wyprawa :))) Może ze względu na wysoki, zapowiadany poziom chaosu.
Takie tam z poranka:
Zosia:
-Mamo, wymalowałaś się?
-Nie?
-A tak ładnie wyglądasz...
Tu opada kurtyna.
Od pewnego czasu trwała swego rodzaju licytacja wśród naszych dzieci. Czyje imię Piotruś powie najwcześniej. Oczywiście są sami wygrani. Nawet Jacek, którego długi czas nazywał Adam. Teraz natomiast odbywają się takie konwersacje. Doceńcie wielowątkowość i inteligencję naszego beniaminka;-):
-Powiedz Ma-rta.
-Ma- rta - nie wiem czy świadomie ale powtarza nasz powolny sposób wymawiania.
-Powiedz Staś.
-Sta-as.
-Powiedz Jaś
-Jaas synek.
-Powiedz Mary
-Mely
-Powiedz Zo-sia - za każdym razem musimy mówić "powiedz", bo inaczej nie traktuje tego poważnie:)
-Zo-ssia
-powiedz Hania
-Hania synek (?)
-Powiedz Józio
-Juzzio synek - na pewno mówi  przez u otwarte, to słychać:)
-Powiedz Asia
-Assia
-Powiedz Piotruś
-Ja! Synek!- tu odpowiedź jest niezmienna, czasem dodawane jest mamy/taty synek. Wszelkie próby nauczenia mówienia Piotruś spełzają na niczym. Dla niego jest jasne: Piotruś to ja!
Ostatnio pisałam trochę na temat swoich lektur a nie za wiele na temat tego co czytamy z dziećmi. Dziś mam zdjęcia i wiele do powiedzenia. Najpierw jednak lektura numer 10 na mojej liście, przeczytana z matczynego obowiązku, ale przeczytana. "Seria niefortunnych zdarzeń". Trochę zdziwiło mnie, że chwyciła za nią nasza gimnazjalistka, bo jak dla mnie dawno wyrosła z tego typu książek. Według mnie jest dla młodszych czyli 4, 5 klasa. O dziwo Marta potwierdziła , że i u niej właśnie na poziomie gimnazjum było szaleństwo w związku z tą serią ( 13 tomów). Może ze względu na  formę książki, sposób pisania nieco przewrotny, mający sprawiać wrażenie, że autorowi jest obojętne czy ktoś przeczyta jego twórczość czy nie, a właściwie to odradza. Zapewnia co drugi akapit, że książka jest ponura, niesprawiedliwa i nie ma szczęśliwego zakończenia. Co nie jest prawdą, bo każdy tom opisujący jedną nieszczęsną przygodę bohaterów kończy się tym, że uniknęli nieszczęścia. Co prawda pojawia się już sugestia kolejnego, ale po przeczytaniu trzech tomów wiem jak to kolejne się skończy:) Jest trochę okrucieństwa, bo śmierć rodziców ( nic nowego patrz chociażby Kopciuszek), mordowanie kolejnych opiekunów dzieci ( np. rzucenie głupiej ciotki na pożarcie Łzawym Pijawkom), ale w sumie takiego nierealnego. Dla mnie prawdziwie smutną sprawą jest nieodpowiedzialny opiekun prawny dzieci, wśród których znajduje się niemowlę. Tenże opiekun prawny beztrosko zostawia dzieci u dalekich krewnych, którzy np. przymuszają je do pracy w tartaku(!) Niemowlę! To nawet Ania Shirley była lepiej traktowana. Gorsze jest głodzenie niemowlęcia, na które zgody nie dam:) Ale to brzemię moich lat i doświadczeń, i się czepiam.
A teraz najpierw jako, że było niedawno pewne święto, absolutnie przereklamowane wstawiam zdjęcie kwiatów, które nie mają z nim nic wspólnego i stoją sobie na stole ot tak ;-)

Pierwsza z książek to wielki leksykon pszczół. W tym roku przechodziliśmy już etap tych owadów, teraz powróciły a wraz z nimi silne pragnienie zaprowadzenia pasieki w naszym "ogrodzie". Książka jest świetna. Dla młodszych wielkie obrazki, dla starszych tekst. wszyscy siedzą i oglądają, rysują, pytają i dyskutują. No i wybierają rodzaje uli do naszej własnej pasieki.

 Czy wiedzieliście, że na malowidłach jaskiniowych również są pszczoły i zwyczaje podbierania im miodu?
 Albo, że ciało Aleksandra Macedońskiego do ojczyzny wróciło w beczce , zalane miodem, by uchronić je przed zepsuciem  do czasu pogrzebu? 
A to rewelacyjna wyklejka okładki. Człowiek zaczyna mieć przywidzenia:)
Następne pozycje to książeczki " do szukania". Bardzo je lubimy.
Najpierw książka-wyzwanie. Dla starszych dzieci i rodziców. Przepraszam za zdjęcia, robione słabym parapetem. Rewelacyjne dwustronne ilustracje, trochę bazujące na iluzyjnych obrazach takich wiecie, że cały czas idzie się po schodach do góry a jest się coraz niżej. Jest też historia przewodnia, należy złapać słynnego złodzieja, zebrać na wielu stronach poszlaki i dopaść go na ostatniej, najtrudniejszej. Zabawa na wiele godzin i to dla niejednej osoby.



 Druga pozycja jest dla młodszych dzieci. Rodzina pingwinów uciekła z zoo i ukrywa się w różnych miejscach. 5 latka i 7 latek zachwyceni. Dla nich to wyzwanie i świetna zabawa, do której mogą w dowolnej chwili wrócić.


I jako trzecia w "tym temacie" książka kupiona na próbę. A jest ich więcej i w odróżnieniu od wielu pozycji jest tania ( poniżej 10 złotych). Tu jednak pewnym ograniczeniem jest wiek. Poszukiwania są trudne, wymagają skupienia i niekonwencjonalnego podejścia. U nas od 4 klasy. Ja również próbowałam i pomimo, że mam się za doświadczonego poszukiwacza nie wszystkie elementy znalazłam.Mogłabym zajrzeć do podpowiedzi, ale po co psuć sobie zabawę.


Dodatkowa frajda to kolorowanka :) Starsze dzieci tez czasami lubią.

No i ostatnia pozycja. Dużo ciszy w domu, zapewniam.
 No i tutaj mamy do dyspozycji różne stopnie trudności. Dla każdego.
Chyba na dzisiaj wystarczy, to co miałam napisać będę musiała umieścić w osobnym poście :) Ale wyrobię się :)
Na koniec tylko coś dla oka.( Głupi aparat ).
Jacuś był u dentysty. Asia uczciła brata rysunkiem.
Jak wyjaśniła ( I CO WIDAĆ), ten z zębami to Jacek.
-Ale jesteś w sukience, bo nie umiem rysować spodni. Wszyscy są w sukience. Ja też!

A tu z kolei NIEUDANE dzieło Maryni. Nieudane dała mi zatrzymać, wyszarpałam w drodze do śmieci i wybłagałam. Udane chowa i tylko pokazuje, na krótka chwilkę. Ech, ci artyści!

wtorek, 16 lutego 2016

Makulatura

Bardzo dawno nie pisałam, ale byłam pochłonięta walką z papierologią stosowaną urzędniczą. I nawet muszę stwierdzić, że miałam do czynienia z urzędnikami reprezentującymi gatunek ludzki czyli wykazującymi, że cierpliwość, życzliwość i empatia nie są im obce.
Co z tego? Dziś oddałam wszystkie wytworzone i zgromadzone papiery, które będą się procedować przez miesiąc i poczułam się osłabła. Wyssana przez biurokratycznego wampira. To wszystko oczywiście w związku ze szkołą rodzenia, która ma ruszyć, mam nadzieję w kwietniu. Wraz z dodatkami, ale nimi się pochwalę, kiedy będą dopracowane. Zakwalifikowałam się na szkolenia w fundacji "Rodzić po ludzku" i od połowy maja do połowy czerwca będę częstym gosciem w Warszawie. Wyrobię średnią odwiedzin stolicy z kilku lat:))) Już teraz się martwię:
-Jak ja ich tu zostawię?
-Jak sobie mężczyzna mego życia da radę z życiem?
-Jak ja SAMA dam sobie radę?
-Jak zniosę tęsknotę za dziećmi?
Wniosek: martwić można się zawsze i wszystkim!
Wracając do załatwiania. Miałam kilka zderzeń z rzeczywistością alternatywną, o jednym pisałam na fb, ale powtórzę:
W urzędzie pracy bywam ostatnio, bo załatwiam...
I dziś podsłuchałam takie coś:
-Za to szkolenie musi pan zapłacić.
-Nie, to jest bezpłatne.
-Musi pan zapłacić 500 złotych.
-Jak to?
-Na to szkolenie wysłaliśmy pana przez POMYŁKĘ.
-????

Nie wiem czym to się skończyło, mam nadzieję, że do rękoczynów nie doszło, bo opuściłam to niesamowite miejsce.
Jedno mnie dotknęło osobiście:
-Przed świętami zapraszam na szkolenie z przedsiębiorczości?
-???
-Będzie DODATKOWE szkolenie z przedsiębiorczości, przez tydzień od 8 do 15.
-Ale nie muszę na nim być?-tu szybkie kombinacje, że Wielki Tydzień wolę spędzić inaczej, że edukacja domowa, przecież szukam takiej pracy, która nie koliduje z moim byciem w domu, z dziećmi. No i mogę to zrobic on-line, nawet zdać egzamin, w końcu mamy wiek 21!
-Jest obowiązkowe.
-Ale w regulaminie (dofinansowania rozpoczęcia działalności gospodarczej) nic na ten temat nie ma?!-ten regulamin ostatnio był wertowany przeze mnie i Ślubnego intensywnie,właśnie na wyłapanie tego, czy nie stanę się niewolnikiem.
-Bo jest dodatkowe.
-Czyli nie muszę na nim być?
-Jest obowiązkowe!
-Ale nigdzie nie ma nic na ten temat!
-Bo jest dodatkowe!
I tak ciągnęłyśmy tę rozmowę. Pani chyba zwątpiła w moje możliwości umysłowe. To zwątpienie pogłębiło się w momencie, gdy okazało się ile dzieci mamy na utrzymaniu:
-Przecież pani teraz dostanie pieniądze od rządu?!
I raczej nie przekonałam pań  tam rezydujących, że idę do pracy, bo kocham to robić, znalazłam możliwość pogodzenia bycia w domu i pracowania , no i dzieci mi podrosły. Moje szanse na otrzymanie wniosku mam wrażenie zmalały i może być ciężko. Mąż szykuje plan awaryjny, ale lekko nie będzie.
U nas w domu powstają zręby obrony terytorialnej. Najmłodszy domownik opracował sposób opuszczania łóżeczka i ma to daleko idące konsekwencje. Od wieków,czyli od naszego drugiego dziecka mamy szwedzkie łóżeczko przywiezione przez znajomych. Nieco większe, wyższe i jak się okazało niezniszczalne. Tym cechom zawdzięczamy to, że jak do tej pory nikt nie zdołał z niego samodzielnie wyjść. A szczególnie nasi chłopcy zawsze byli dobrze wygimnastykowani. No i w końcu Piotrusiowi się udało. Na początku pomagał jeszcze śpiworek do spania,ale przestał w końcu być ograniczeniem i ze względu na bezpieczeństwo małolata obniżyliśmy barierkę. Świat jest jego. Szczególnie poranki, gdy odwiedza nas z bronią w ręku i wiaderkiem na głowie. Broni nas przed budzikiem. Wieczorem odwiedza pokoje starszego rodzeństwa, szczególnie wtedy, gdy starsze rodzeństwo jest zajęte np.rozmowami na dole. Charakterystyczne jest, że chwilę później zazwyczaj słychać:
-Maaaamo, Piotrek mi tu wszystko ruszał!- zupełnie jak za dawnych lat, gdy mieli lat kilka a nie kilkanaście.
Zaraz będzie elaborat więc już kończę na dzisiaj.
Numer 9 na mojej liście to "Kochanice króla" Phillippy Gregory. Czytałam głównie w kolejkach urzędowych lub czekając na jakiś papierek. Najpierw wzięłam " Oczami Jezusa", ale gdy zaczęłam płakać w poczekalni przychodni przerzuciłam się na bezpieczniejszą lekturę. To krwiste romansidło, z prawdziwym tłem historycznym. Można, ale nie trzeba.
W międzyczasie, wieczorami oglądałam. Ale co to już jutro.
Jutro też wariacja na temat : do czego nie używać kuchenki mikrofalowej. Może ktoś z Was miał już jakieś doświadczenia w tej dziedzinie? Też o pewnej niezwykłej rodzinie i Fernandelu :))))
A tu szczypta Joanny:)

- Ja do niej mówię , a ona nic. Ale wytrzymam, ja wytrzymam- to o starszej siostrze.

-Mamo mam mały problem, posikałam się

-Źle, że  tu siedzisz..
-Ale jestem zapięta!
-Dzieci mają być zapięte, ale w fotelikach dla bezpieczeństwa. I policjant może mi wlepić mandat.
-Nie martw się, władza o tej porze pewnie śpi...

czwartek, 4 lutego 2016

Węże faraona

Wirus pod wieczór postanowił mnie opuścić i całe szczęście, bo pomału popadałam w depresję. Dzisiaj, na koniec chorowania byłam głównie osłabiona i częściowo znieczulona na rzeczywistość poza łóżkową. Co nie oznacza, że mogłam do woli korzystać z wymienionego wyżej mebla. Nie, nie. Dyspozycje śniadaniowe wydane,letarg, kilka ruchów w stronę obiadu, letarg, przejście do samochodu, by przejechać 400 metrów do przychodni po skierowanie na badania ( skierowanie leżało tam już od kilku dni), długi letarg. Omamiła mnie cisza panująca w domu. Co się okazało? Marta na egzaminie, panowie na zajęciach, Marysia na egzaminie, Zosia na logopedii i angielskim a młodsi przy komputerach starszaków i ...grają, oglądają. Znaczy to ci starsi robią rejwach w domu. Pomimo, że miałam wolne czułam się psychicznie fatalnie. Biedne, zaniedbane dzieci, siedzą przed komputerem. No depresja gotowa.
A jeszcze nasz beniaminek poczuł, że niezwykła swoboda panuje w domu, w związku z czym broił równo. Co jakiś czas przylatywał tylko do mnie i dawał mi soczystego buziaka. Rozpływałam się wewnętrznie, że chociaż on, bo cała reszta jak zaczarowana tkwiła przed monitorami. Ciepełko w środku trwało dopóki nie zobaczyłam skutku jego działań. Eh!
Ale już powróciłam. Najlepszy dowód to wieczorne czytanie, długie ponad miarę, żeby zlikwidować wyrzuty sumienia, no i zajęcie się papierologią w związku ze szkołą rodzenia. Terminy gonią a ja ciągle odsuwałam to na jutro. I tak co dzień. Ale teraz już nawet wpisałam się na szkolenia. W fundacji Rodzić po ludzku. Warszawo, nadchodzę!
Dzisiaj nie obyło się niestety bez pączków.

Dlatego właśnie niestety :(  A lubię i mam słabą wolę...
Może zmieńmy temat.
Dzisiaj Marysia zdawała egzamin z historii, z pierwszego semestru czyli średniowiecza. Nie pała miłością do tej nauczycielki życia, uczyła się niedługo, bo ciągle miała coś ważniejszego do zrobienia ( jak ja to znam). Egzamin miała na 12.45  i rano zdążyła jeszcze roztoczyć wizje swojej klęski i bezmiaru niewiedzy. Trochę się denerwowałam, z drugiej strony wczoraj mimochodem słyszałam jak Zośka magluje starszą siostrę z dat, dynastii, osadnictwa i co najgorsze rozbicia dzielnicowego. Według mnie nie było najgorzej. Dzisiaj rano dopiero wpadłam na pomysł poszukania jakiejs pomocy naukowej w internetach. No i znalazłam kanał na youtube Historia na szybko. Rewelacja! Marynia jeszcze przed wyjściem oglądnęła kilka animacji. Filmiki ukazują się w pewnych odstępach czasu, ostatni o wojsku za wczesnych Piastów ma wczorajszą datę, więc liczymy na dalszy ciąg. Marysia historię zdała, po powrocie siadła i ogląda dalej zainteresowana nagle tak nielubianym przedmiotem. W międzyczasie również Józio ( a to zupełnie inny przedział wiekowy) dosiadł się i też zainteresowany.
Z tą edukacja domową w ogóle jest śmiesznie. Naszym dzieciom bardzo pomaga wykrystalizować zainteresowania i plany na przyszłość. Jasiu niespodziewanie trafił do technikum samochodowego i jak mówi w końcu uczy się czegoś sensownego. Marysia, która swym poziomem zaawansowania języka angielskiego a szczególnie niemieckiego załamuje wykładowców raptem odkryła, że lubi uczyć się języków. A Zosia w każdej wolnej chwili przegląda magazyny wnętrzarskie i takież programy. A kiedyś ( nie tak dawno) chciała być księżniczką, modelką, aktorką:)
Młodsi na razie chłoną świat. I aż się nie chce wracać do szlaczków i pięknego pisania literek. Jakie zresztą mają szanse z tytułowymi wężami faraona?

Horror nie?
Tak wygląda efekt reakcji spalania rodanku rtęci.
Ponieważ reakcja jest niebezpieczna , a uzyskane produkty trujące NIE można jej przeprowadzić w domu.
Na szczęście, na szczęście jest tylko trochę mniej efektowna, bezpieczna, z domowych produktów reakcja, w której powstaje czarny wąż faraona. Marta ma w najbliższym czasie zrobić prezentację a na razie znalazłam na yt wersję słowacką/czeską z podanym przepisem:)

 Jak nam wyjdzie pochwalimy się.
Dodatkowo legenda głosi, że nazwa zwyczajowa tej reakcji pochodzi od zdarzeń przed ucieczką Izraelitów z Egiptu. Kiedy Mojżesz przychodził do faraona i prosił, by ten wypuścił naród wybrany, pokazywał mu też znaki według rozkazu Boga. Jednym z tych znaków była przemiana laski Mojżesza w węża. Faraon zawsze zwracał się do swoich kapłanów, by mu wyjaśnili co widzi, jak to możliwe. Oni właśnie w odpowiedzi na ten cud stworzyli takiego chemicznego węża. Skoro również im się udało, faraon uznał, że to nic nadzwyczajnego i nie będzie się słuchał nieznanego Boga. Całą tę historię pięknie pokazuje film " Książe Egiptu", jeśli jeszcze ktoś nie zna. Dzieci siedzą jak zaczarowane, bo i muzyka piękna:)))
Ale jakie szanse wobec tego mają szlaczki?????

środa, 3 lutego 2016

Dlaczego?

Dopadł nas wirusik. Złe samopoczucie, bóle pleców i karku. Na szczęście krótkotrwały.
Niemniej pojawiło się w mej głowie pytanie: dlaczego?
Dlaczego, kiedy czuję się jak mokra ścierka albo sprasowany żelek moje dzieci mają najwięcej energii? Dlaczego akurat wtedy są najgłośniejsze, najbardziej rozmowne i mają najwięcej pytań? Dlaczego wtedy właśnie ich ojciec ma najgorszy młyn w pracy a starsze rodzeństwo egzaminy do pozdawania? Dlaczego wtedy można sie przylepić do podłogi, nie ma nic do picia ani do zabawy? Dlaczego wtedy stają się przeciwnikami gier komputerowych i bajek do oglądnięcia? Przecież normalnie walczą o nie zaciekle i do łez. Dlaczego wtedy główną atrakcją jest bieganie po domu i wrzeszczenie?
I nie znalazłam odpowiedzi. Bo przecież pomiędzy tymi wrzaskami słyszę:
-Pituś chodź, mama jest chora.
albo
-Cicho, no bądźcie CICHO, mama źle się czuje!- mam wrażenie, że zostali poinformowani i uciszeni również sąsiedzi w promieniu przynajmniej 3 kilometrów.

W przerwach od chorowania zrobiliśmy kilka fajnych rzeczy. Przed jedną przestrzegam.
Dałam się skusić na zabawę z mąką. Bardzo prosta i atrakcyjna. Wsypuje się warstwę mąki, bądź  kaszy manny do dużej blaszki i dziecko może rysować literki, obrazki, słowa albo paluszkiem, albo patyczkiem. Moje dzieci poświęciły twórczości jakieś 5 minut. Potem były bardziej zajęte sama mąką. Osobiście uważam, że dysponuję całkiem dużą, wyćwiczoną przez lata w ciężkich bojach odpornością na dziecięcy bajzel. Tu jednak zaczęłam zgrzytać zębami i zaproponowałam dzieciom zejście mi z oczu póki nie sprzątnę. Takim specjalnym tonem, który włącza się przy nielicznych okazjach i potomstwo bardzo szybko nań reaguje. Mąka była wszędzie. Na potomstwie również, więc wprowadziłam poprawki i niektórzy zeszli mi z oczu po drodze zahaczając o brodzik i świeże ubrania. Koniec, nigdy więcej.
 Natomiast kilka kolejnych doświadczeń i zabaw było bardzo fajnych.

Tutaj na przykład wędrująca woda. Potrzebne barwiki, które dobrze rozpuszczaja się w wodzie. W słoikach z samą wodą ma dojść do wymieszania kolorów, czyli ma powstać fioletowy, zielony i pomarańczowy. U nas szło to bardzo powoli, bo fragmenty białego papieru toaletowego kilkakrotnie musiały być wymieniane. Odkrywcy po prostu widząc wędrujące barwy nie mogli powstrzymać się od macania i sprawdzania, zrywali przy tym delikatne połączenia między naczyniami i trzeba było zaczynać od nowa. Do rana w spokoju barwy się wymieszają. Ale jakie niezwykłe napięcie, obstawianie, który kolor wędruje najszybciej i propozycje machlojek, by przyśpieszyć proces:)))
Robiliśmy też własnoręcznie grę logiczną.

W wersji dla młodszych i starszych.
W tym czasie ci najmłodsi mieli posegregować guziki i koraliki. I jak to u nas zabawa nabrała rumieńców dopiero wtedy, gdy do naczynia przeznaczonego na guziki dolałam wody. Miałam ich z głowy na ponad godzinę.
Jak można się domyślić wszystko dookoła było też mokre.
Jutro mam zamiar ZMUSIĆ ich do oglądnięcia " Godziny pąsowej  róży" z 1963 roku. Zobaczymy jak wyjdzie zderzenie z ówczesną kinematografią. Chciałam, żeby kobitki przeczytały książkę, ale po przeryciu całego domu stwierdzam, że zapadła się pod ziemię. Zostaje film.
Józio ma natomiast obiecaną produkcję chmury, a starsi wykład na temat DNA. Dziś prelegent był na zwolnieniu.
Muszę trochę nadrobić zaległości, bo ostatnio czytałam tylko literaturę fachową, układałam program zajęć i nieco zaniedbałam towarzystwo. Nie to, żeby marudzili, ale pojawiły się głosy, że niektórzy by wrócili do szkoły a to wskaźnik zaniedbania;-)
Od razu się przyznam, że pomiędzy podsypiałam, puszczałam dzieciom bajki i pozwalałam na bieganie z bronią. No ale miałam zwolnienie...

niedziela, 31 stycznia 2016

Zdradzam męża

Niestety, oj niestety. I to już kolejny raz w ciągu naszego małżeństwa.
Nie mogę powiedzieć,że się do tego przyzwyczaił, albo że nie robi to na nim wrażenia. Na szczęście nadal marudzi, że mam się zajmować tylko nim, że mam tamtego porzucić i czyni próby usunięcia z naszego małżeńskiego łoża uzurpatora:).
Mowa o Samuelu Vimesie, komendancie Straży Nocnej w Anth-Morpork czyli postaci stworzonej przez Pratchetta. Nie wiem co Sam Vimes ma w sobie, ale nie ja jedna ulegam jego czarowi. Teraz jest mój. Przeczytałam pozycję numer 8 z wyzwania ( czyli na razie jestem do przodu) "Na glinianych nogach" i zapragnęłam przypomnieć sobie wszystkie części Świata Dysku o straży nocnej. No i wsiąkłam. Rozważam nawet wyprowadzenia się z sypialni, bo światło w nocy i książka pod plecami przeszkadzają mojemu ślubnemu zazdrośnikowi. Co prawda miło wiedzieć, że Mu zależy...Tamten niestety też zajęty ;-)
Asia patrząc na starsze rodzeństwo rozpoczęła naukę pisania literek dokładając komentarze typu:
-Tak, tak wiem e powinno być takie bardziej kólkaste- w tłumaczeniu okrągłe :)
Dziewczyny szaleją z fryzurami, a ja nadal nie umiem zrobić nawet zwykłego dobieranego. Tu się przyznam, że w życiu nie bawiłam się lalkami. I takie są skutki:)
 To ruchliwa Apsiula:)
Z zabaw znanych w moim dzieciństwie pojawiła się u nas w domu "baza" czyli robienie domków,namiotów, kryjówek z koców i mebli. Sobotę dzieci spędziły bardzo pracowicie na przemeblowywaniu wnętrz.

To wnętrze bazy:)))
I jeszcze uchwycone w locie. Na pamiątkę i ku przypomnieniu gdzie podziewają się wszystkie pieniądze, które pracowicie zarabia mój Ukochany. To przegryzka Jasia. Przekąseczka...


Moje zdumienie budzi tylko fakt, że bułki posmarował masłem i pokroił wędlinę oraz ser. Panowie zazwyczaj nie robią sobie tyle kłopotu i chwytają chleb w całości, tak samo kiełbasę czy gomułkę sera:))) Warzywka są zbędne albo zjadane w drodze między blatem kuchennym a stołem.
Tu od razu wstręt czytelniczy. U nas przy stole niestety się czyta, zazwyczaj. Wyjątkiem jest niedzielne śniadanie i inne uroczyste posiłki. Ostatnio dzieci uwielbiają przy posiłkach oglądać zdjęcia z albumów o Gdańsku.Tu właśnie widać fragment takiego albumu przygotowanego do smakowania wraz z posiłkiem. To zdjęcia bardzo stare, a w większości robione przez ojca i syna Kosycarzów, którzy skrupulatnie uwieczniają gdańską historię od końca II wojny światowej. Mnóstwo frajdy sprawia odnajdywanie znanych miejsc, porównywanie jak wyglądały kiedyś. A scenki rodzajowe przy saturatorze czy trzepaku to gotowy wstęp do różnych opowieści. Józek dzisiaj poszedł spać z jednym z takich albumów, na dobranoc zdążył zadać podchwytliwe pytanie:
-Czemu te zdjęcia są tylko czarne i białe? Nie było wtedy kolorów?
-Kiedyś nie umiano robić kolorowych zdjęć i inne były aparaty.
-Ale nie było kolorów?
-?
I dopiero starsza siostra wyjaśniła:
-Kolory były, tylko nie ma na zdjęciach.
Józinek po prostu myślał, ze dawniej wszystko było czarne i białe tylko:) Widzę, ze jutro możemy się zająć historią fotografii.
Nie zostało to udokumentowane, choć Marta bardzo chciała.  Taka mała sesja zdjęciowa na temat rozrywek matek wielodzietnych:)))
Wczoraj wieczorem , po 21 przyjechała do mnie przyjaciółka. Przywiozła moje dzieci i swoje żelazko. W eleganckim stroju, bo była na Euchrystii w swojej wspólnocie. Moje dzieciaki z niedowierzaniem patrzyły jak wyjmuje sprzęt domowy, rozkłada kocyk na stole obok mojej deski do prasowania i rusza mi na ratunek. Umówiłyśmy się na pogaduchy, zapytałam czy nie będzie jej przeszkadzać, że powalczę z górą "do prasowania" a ona wzięła i ruszyła z pomocą. Do 23.30 wszystko było poprasowane, a omówiłyśmy aspekty życia od robaków po egzorcyzmy, dużo czasu poświęcając wychowywaniu dzieci. To był cudny wieczór.

czwartek, 28 stycznia 2016

Tajne sprawki

Jak się tak gada i gada z dziećmi to wychodzą na jaw różne sekrety:) Najczęściej te dawne, po których przecieramy oczy i zastanawiamy się jak oni wpadli na coś takiego...Na szczęście nasze dzieci zachowują pewne miłosierdzie wobec nas i na razie możemy się śmiać z ich wybryków. Albo faktycznie mają nie najgorzej poukładane w głowach (chciałabym), albo są tak przebiegli, że straszliwe postępki potrafią dobrze ukryć. Czasami się zastanawiam.
A oto co wczoraj ujrzało światło dzienne.
Zaczęło się od rozmowy o panu Noblu, jego fundacji, kategoriach w jakich jest przyznawana nagroda. Oczywiście z lekkim podtekstem politycznym. A Marysia zaczęła wspominać z wyrzutem patrząc na starszych braci:
-Wy mi kiedyś powiedzieliście, że dziadek dostał nagrodę Nobla.-ja tez jako żywo usłyszałam o tym po raz pierwszy, ale najlepsze było jeszcze przede mną.
-Pokojową!!! I mówiliście, że dlatego nie mieszka w willi, bo dostał pokojową!
Tu nastąpił moment, w którym braciszkowie turlali się po podłodze, a my z Ukochanym usiłowaliśmy przyswoić słowa córki. Każde słowo osobno było zrozumiałe, ale razem nie chciały spiąć się w sensowną całość.
Jak oni to wymyślili, zwłaszcza, że Mary Lou nie jest od nich dużo młodsza czyli jak była mała to oni również:). To chyba kwestia zaufania do starszego rodzeństwa. Muszę pilnować co opowiadają Asi i Piotrkowi...
Dzisiaj będzie post z odsyłaczami :)))
Po pierwsze wczoraj była rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz. I na stronie wp.pl znalazł się artykuł o położnej, Słudze Bożej Stanisławie Leszczyńskiej. Mam wrażenie, że już o niej pisałam. Odbierała porody w strasznych warunkach, nie pozwalając na zabicie żadnego dziecka. Ryzykowała życiem. Pomimo braku wszystkiego, brudu, chorób nie zmarła jej żadna kobieta i wszystkie dzieci mogły się urodzić. Wiele z nich niestety zmarło, ale mamy mogły je przytulić, powalczyć o ich życie, dostały szansę.
Kiedy zdarza mi się być przy porodzie domowym zawsze proszę Stanisławę  o pomoc, rozeznanie. Pamiętam jeden poród, błyskawiczny, gdy wbiegłam właściwie w momencie rodzenia się główki. Na szyi pępowina, mama stoi a mi brakuje ręki, by tę pępowinkę zsunąć. Żarliwie prosiłam niebieską położną o pomoc i za chwilę trzymałam w rękach małego facecika, który jako żywo pępowiny na szyi nie miał. Można
 to różnie tłumaczyć, ja mam głębokie przekonanie, że otrzymałam pomoc z góry.
tutaj  artykuł o niej. Polecam!

Skoro jesteśmy w tematach położniczych to jestem w trakcie załatwiania. Papierologii stosowanej itd. Oczywiście w związku ze szkołą rodzenia. Dzisiaj ciąg dalszy i mam ( króciutkie co prawda) chwile, w których pojawia się pytanie:
-Na co Ci to było?- ale tak po cichu pytam siebie.

Nasz 9-cio osobowy Transporter, w wieku lat 20 został skazany na emeryturę. Zaprzyjaźniony mechanik rzucił do mojego męża:
-Kup ty sobie inny samochód!
Ja tak czułam. Co prawda wykonanie polecenia jeszcze potrwa:)))

Wczoraj wieczorem został ogłoszony rodzinny konkurs na logo szkoły rodzenia. Wszyscy ruszyli do poważnej działalności twórczej, a specjaliści od razu postanowili  zrobić to przy pomocy czegoś tam na komputerze. Wynikami się pochwalę.
I na koniec kolejny odsyłacz, szczególnie dla wielbicieli Różowej Pantery. Czyli np. dla mnie.
 TUTAJ



wtorek, 26 stycznia 2016

Stypa w Warszawie

Nie wiem, do którego miejsca uda mi się napisać dzisiejszy post. Za chwilę muszę zbierać towarzystwo do gdyńskiego akwarium  na specjalną lekcję o Bałtyku.
Najpierw o książkach.
Mam za sobą numer 6 czyli "Bajki,które zdarzyły się naprawdę" Anny Moczulskiej. Książka świetna, czyta się jednym tchem mając przy tym miłą świadomość pogłębiania wiedzy historycznej. Czasami zaskakująca i potwierdzająca tezę, że historie prawdziwe są często bardziej nieprawdopodobne niż te wymyślone. Jedyne zastrzeżenie to takie, że po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje niedosyt.
Numer 7 to książka,która na mojej liście nie była, ale skoro trafiła mi do rąk to przeczytam. Intryguje już tytułem:" Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z obierek ziemniaczanych". Jeśli ktoś ma ochotę na niegłupią kobiecą literaturę, która poprawi mu humor to bardzo polecam. Można się pośmiać, popłakać i oczywiście zaraz chce się pojechać w opisywane rejony, ale tego już nie zdradzę :)
Czeka na mnie stosik:
I nie mogąc się zdecydować zaczęłam czytać równocześnie:
Cień wiatru- nie wiem czy to się liczy do wyzwania, bo już kiedyś czytałam
Na glinianych nogach- oczywiście Pratchett jest najbardziej zaawansowany, bo najbardziej mnie wciąga
i Oczami Jezusa, która to rzecz nie nadaje się do szybkiego czytania czyli stanowić będzie tło przez długi czas. To książka z tych, które trzeba przemyśleć i przemodlić.
No i muszę wychodzić.
Przyczołgałam się z powrotem :) Jestem po oglądaniu ryb dużych i małych, sprawdzaniu jak się rozmnaża rekiny, wyjaśnieniach, że tak ten duży wąż (anakonda zielona) patrzy na Ciebie jak na śniadanko, tak połknąłby Cię w całości, a ten żółw na pewno jest starszy od nas razem wziętych i milionie podobnych odpowiedzi, milionie pytań, na które nie odpowiedziałam i ponad godzinnym miotaniu się między akwariami.W przerwach zazdrościłam sowom umiejętności obracania głowy prawie dookoła.
Za chwilę kolejny akt czyli odwiezienie Józia i Hani na dżudo, Zosi na brodway jazz a Asia i Piti mają trafić na zumbę. Potem już tylko położyć ich spać i  możemy z Ukochanym wyjść na spotkanie do wspólnoty. A potem, koło północy, po odbyciu wielu rozmów z tymi dorosłymi będzie można się polenić.
Ale miałam wrócić do weekendu. W sobotę, przed 19 trafiliśmy do stolicy, na stypę po reformie MENu. Tuż przed wyjazdem, a także w trakcie kilka razy wracałam już do domu. Serce rozdzierał mi Piotruś, który wołał:
-Mama nie papa!
Bardzo mądrze jakiś czas po wyruszeniu zadzwoniłam do domu i dowiedziałam się, że moje najmłodsze dziecko stoi przy oknie tarasowym i co przejedzie samochód pyta:
-Mama?
Gdyby nie to, że obiecaliśmy do Warszawy dowieźć również znajomych to stolica nie oglądałaby mojego szlachetnego oblicza. I na nic rozumne tłumaczenia mego Ukochanego, że Piotruś ma dobrą opiekę, nic mu sie nie dzieje ani nie stanie jeśli mama na dobę wyjedzie. A mi podobno się przyda. Ale jakoś mnie nie przekonał. Przynajmniej nie do końca.
Na imprezie od razu właściwie zaczęłam gadać z dziewczyną z telefonu wsparcia dla rodziców zagrożonych odebraniem dzieci. Mam jej telefon, jakby co to mam udostępniać.
Opowiadała, że psychicznie coraz gorzej znosi te telefony, których jest coraz więcej i coraz błahsze powody zagrożenia rodziny. Jakie? Ano np. dwulatek chodzi jeszcze ze smoczkiem.
Tu mogłam dorzucić i swój wstrząs. Na pewno sporo z Was pamięta rodzinę, o której pisałam przed świętami. Tam, gdzie tata zmarł a mama była tuż przed urodzeniem 12 dziecka. Otóż jak się dowiedziałam jakieś trzy tygodnie po pogrzebie pojawiła się u niej opieka społeczna i zaproponowała pomoc. Jaką? Ano zabranie najmłodszych dzieci do Domu Dziecka. Właściwie to płakać się chce. Jak ci urzędnicy się czuli jako ludzie przychodząc do rodziny dotkniętej tragedią i proponując coś takiego? A może przysłali jakieś roboty?
Ale miało być radośnie. Mój Ukochany, po wielu trudach i znojach zatańczył ze mną:) Wiem, że było to bohaterstwo z jego strony, bo nie znosi, nie cierpi itd. Przeżył.
Po różnych pogaduchach udaliśmy się na dalsze gadanie do miejsca noclegowego czyli Dużego Brązowego Domu. Co sobie przypomnę stół w kuchni i atmosferę tego domu to znowu robi mi się ciepło na sercu. Nawet mniej myślałam o Piotrusiu i już byłam gotowa przyznać rację mężowi. Poszliśmy spać po drugiej a wstaliśmy po piątej. Tu wielkie okrzyki podziwu dla pana domu, który wstał dzielnie, by nas odprowadzić i wypuścić z posesji.
Musieliśmy wracać tak wcześnie, bo w domu czekała jubilatka. Marynia kończyła lat 14.
No i wróciłam do codzienności, po wyjeździe w wielki świat. Niestety nie mogę dodać, że pełna nowych sił, bo raczej wykończona intensywnym weekendem i niedospaniem:) Geriatria.
Trzeba przyznać, że mnóstwo nowych pomysłów i chęci do działania mi przybyło.
W najbliższym czasie MUSZĘ skonkretyzować program szkoły rodzenia i ująć to w ramy czasowe. Dogadać się ze specjalistami, którzy mają gościnnie  występować.
Postanowiłam również zorganizować dla dzieci z ED zabawę czytelniczą z głośnym czytaniem i zadaniami do rozwiązywania, tak by mogły współpracować w grupach.
I poszerzyć obszar naszych wycieczek, wszak zbliża się wiosna:)))
Pozostaje również wyzwanie zwane życie codzienne. Wraz z przyległościami.
Józio właśnie obraził się na starszą siostrę, która zaproponowała mu zupę ogórkową w różowej miseczce. To naprawdę przegięcie, jak ona mogła....


Hania powtarzała słówka na angielski. Szczególnie rozwalił mnie tysiąc zapisany fonetycznie:))))