czwartek, 28 kwietnia 2016

Pytaki albo na co mi to było;-)

Zacznę od Pytaków, gry o której już na pewno słyszeliście. Jeśli jej nie macie to namawiam.
Ja do niedawna nie posiadałam. Słyszałam same superlatywy na jej temat, ale zakup odkładałam, coś innego wydało mi się bardziej atrakcyjne, a może później itd.
Niedawno z wizytą zajechała do nas Mama z Dużego Brązowego Domu wraz z niewielkim orszakiem i wręczyła nam w prezencie wyżej wymienioną grę. Zaraz po zakończeniu wizyty siedliśmy do gry. I od tej pory dzieci ciągle domagają się powtórek. Również te starsze, pomimo, że podczas "rozgrywki" jakby nic się nie dzieje, nie ma wartkiej akcji. Ale jest mnóstwo emocji. Uchylę rąbka tajemnicy. Gra jest z wyraźnym wskazaniem na rodzinę. W woreczku są żetony, które np. po kolei wyciągamy. Każdy żeton to jakieś zadanie. Wyobraźcie sobie nastolatka, który tak publicznie ma przytulić wszystkich przy stole, albo opowiedzieć o swoim największym strachu...I nikt nie wiedział, że ze słodyczy najbardziej lubię czekoladę ( a przecież ciągle mnie przyłapują na smakowaniu jej:)). Polecam, to świetny czas razem, a maluchom można odczytać polecenia i okazuje się, że mają całkiem dużo do powiedzenia.
Teraz druga część tytułu.
Starsza część oglądała "W 80 dni dookoła świata" ( w ramach poznawania kontynentów, hmmm). A młodsi plątali się koło mnie. Ponieważ postanowiłam zrobić dzisiaj paszteciki zatrudniłam Asię do zmielenia ugotowanego mięsa. Ja w tym czasie miałam smażyć naleśniki. Wszystko miało pójść sprawnie i sympatycznie. Największym problemem ( według mnie) było wytłumaczyć dziecku, że mięsko trzeba popychać specjalną popychaczką, absolutnie nie paluszkami. Ha, ha. Do pomocy przyłączył się Piotruś. Bardzo sprawnie wyjadał mięsko a Asia sprawnie je rozrzucała. Niechcący oczywiście, przy okazji badania co się z nim dzieje w trzewiach maszyny.

Na robienie naleśników właściwie nie było miejsca. W ogóle chyba pozostałe 180 metrów domu nam ukradli...

Z zakupów do szkoły rodzenia są bardzo zadowolone moje dzieci. 
10 worków sako i 12 puf zniknęło po pokojach. Ciekawe czy je odzyskam? A dziś doszła część piłek treningowych:)

 Każda dostawa powoduje przyjemny rozgardiasz w domu a następnie jest wnikliwie i dogłębnie sprawdzana.



Na razie nie zainteresowały ich tylko laktatory:)

Za oknami pojawiają się żurawie i bociany, więc chyba jest naprawdę wiosna:)


 Niestety nie wiem kto nas zaszczycił swą obecnością..
 A to zielone listki. Dzisiejsze, niestety u nas na północy tak wyglądają. Zauważyłam, że w mieście są znacznie bardziej zielone.
 Niektórym jest już bardzo ciepło:)
I jeszcze moje ostatnio ulubione zdjęcie Piotrusia:



Czy te oczy mogą kłamać?



I nasza gaduła w jakże rzadkiej chwili zamyślenia ( i zamknięcia buzi:))










Wcale nie widać, że mam nowy aparat fotograficzny, prawda? Poprzedni uległ tajemniczej ( o jakże u nas częstej) dezintegracji po zaledwie roku używania. W związku z tym, obecny sprzęt mogą dotykać osoby mające skończone 40 lat, ważne prawo jazdy i czyste ręce. Z tym ostatnim najtrudniej.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Kobieta pracująca

"Ja jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję"

Ja też myślałam, ze jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję.  Ale tylko tak myślałam.
W końcu pomimo zdania niektórych, że kobieta w domu nic nie robi, nie pracuje od ponad dwudziestu lat pracowałam " światek, piątek, bez wolnych sobót i niedziel" ( to cytat z " Pieniądze to nie wszystko"). I bez chorobowego:)
Teraz przyszedł czas zmiany, nowych wyzwań, wyjścia poza mury mojego zamku. Ile razy już, już chciałam zrezygnować, odwrócić się na pięcie. I to nie z powodu jakiś trudności. Wszystko układa się bardzo dobrze, jakby było już wcześniej przygotowane. Problem jest we mnie:) Wyjechać na szkolenie... Rozmawiać z obcymi...Prezentować się...To wszystko każe mi wyjść z mojego przytulnego gniazdka, oswojonego. Codziennie muszę wstać i walczyć. Oh, jakie atrakcyjne wydaje mi się przyuczanie Piotrusia do nocnika, wsadzanie naczyń do zmywarki, segregowanie prania. Dopiero teraz doceniam to jak miałam dobrze mogąc być w domu.
Ale gdzieś tam głęboko siedzi coś co mnie pcha do działania, do tego spotykania się z ludźmi, do pracy z nimi. To przeświadczenie, że skoro już wychodzę ze znanego mi światka to po to by robić to co najbardziej lubię. Traktuję to jako mój mały, kolejny cud, niespodziankę daną mi za darmo, wtedy kiedy na nic nie liczyłam. To popycha mnie do działania, do mierzenia się z trudnościami, które przyjdą. W przerwach siedzę i rozmyślam, że na pewno się nie uda!
Na szczęście tych przerw nie ma zbyt wiele. Moje potomstwo dba o to:)))
Na fb pojawił się fanpage mojej szkoły rodzenia, świeżutki, założony ( z błędami) wczoraj przed północą. Porodowo.pl. Ale jestem dumna, chcę się pochwalić. Może Wam też się spodoba. Dla tych, który nie mają fb chwalę się logo przygotowanym rodzinnie.

Z zajęciami ruszam po 15.05. Na razie dwa popołudnia. Potem marzy mi się klub dla mam, z warsztatami masażu, pierwszej pomocy czy wsparcia. Takie mam dalekosiężne plany:)))
Przy okazji tworzenia tej stronki szukałam zdjęć naszych dzieci do umieszczenia w tle. I przy okazji znalazłam takie oto zdjęcie:


A to ten sam kawaler dwa i pół roku później:

 Trzeba przyznać, że nadal jest bardzo przytulaśny ( a jak ma nie być, obcałowywany przez starsze rodzeństwo trwające w zachwycie) i bardzo słodki. Trzeba go jakoś wychować, nie bacząc na wrodzoną i nabytą słodycz oraz to, że jest najmłodszy:)

A teraz lektury. Numer 17 to niezawodny Andrzej Pilipiuk i nowy tom opowiadań niejakubowych: "Litr płynnego ołowiu". Nie zauważyłam kiedy pochłonęłam, z krótką ( naprawdę krótką ) przerwą na spanie. Jak zawsze polecam.
No i typowe romansidło. Treść nasuwa trochę skojarzenia z " Poszukiwaną, poszukiwanym" z Wojciechem Pokorą, ale nie do końca. jakieś dalekie echa. Dobra rozrywka na wieczór, na plażę lub do poczekalni u lekarza:)Czyli numer 18 to Sophie Kinsella " Pani mecenas ucieka"
W tle majaczą przewodniki po Chorwacji i "Lesio" Joanny Chmielewskiej, ale on sam był czytany przeze mnie chyba z 50 razy i wystarczyłby na wyzwanie pojedynczo więc się nie liczy:)))

piątek, 22 kwietnia 2016

Babskie gadanie

Do nadrobienia mam dwa prawie miesiące i to jest problem. Za dużo bym chciała na raz.
Spróbujemy powolutku.
Jestem w przededniu startu szkoły rodzenia. Etap dopieszczania profesjonalnego logo, załatwiania ulotek i tworzenia strony. Na fb będzie też funpage. Co trochę zalewa mnie fala wątpliwości, myślenia, że i tak się nie uda... Potem się zbieram i odkrywam dodatkowy wymiar tego wyzwania: kształcenie mojego charakteru, nauka pokonywania trudności, uczenie się by zaufać Bogu. Jeśli to jest dla mnie dobre i potrzebne to będzie się działo, tak jak do tej pory. Jeśli nie, to po co tracić nerwy. W ostatnim czasie mam trochę tego typu wydarzeń ( ale o tym przy innej okazji). Trudne to dla mnie, bo albo mam ochotę rezygnować, tchórzyć z powodu trudności, albo działać, działać, działać. Nie czekać, nie zostawić. Dzisiaj czeka mnie rozmowa z dyrekcją przychodni, bo muszę lekko zmienić ustalenia, datę startu i od wczoraj towarzyszy mi myśl: może zrezygnować? I tak chwila po chwili walczę ze słabością mojego charakteru a wolałabym tkwić w ciepłym gniazdku, odgrodzona od świata i trudności:)))
Co prawda trudności i wyzwania do ciepłego i ogrodzonego gniazdka same przypełzają, wcześniej wpuszczone jako "swojacy". Pomijam uczenie Piotrusia korzystania z nocnika, edukację domową czy zmagania z nastolatkami. Pomijam, choć miałabym wiele do powiedzenia. I jeszcze powiem.
Nie pominę natomiast ostatnich występów Joanny, naszej pięcioletniej kruszynki, która na pewno została nam podesłana w celu badań nad wytrzymałością naszego układu nerwowego i stanu naszych władz umysłowych.
Pora wieczorna, dzieci optymistycznie załadowane do łóżek, z nadzieją, że nadchodzi ta chwila kiedy można posiedzieć wspólnie, i już może nawet nie porozmawiać, ale posiedzieć w ciszy. Tup, tup, tup:
-Tato, ja mam taką kreatywną sprawę do Ciebie - to Asieńka. Tu następuje słowotok. Po czym:
-Bo ja tak nie mogę przestać gadać!
Oj co prawda to prawda.
Sobota, ganianie po podwórku, zjazdy rowerowe i co chwilę sprawdzanie czy jest coś do zjedzenia, picia, siusiu itd. Wchodzi Asia:
-Muszę się napić, bo mi tak sucho w środku człowieka.
Jedziemy samochodem, na tylnych siedzeniach ożywione rozmowy, trafiają do mnie tylko odpryski. Nie martwię się tym wcale a wcale. Korzystam z chwili oddechu od maniakalnej serii pytań. A uciec przecież nie mam gdzie. No i się zaczyna:
-Ja też byłam w brzuchu u mamy. Prawda?
-Prawda.
-I jak ja byłam, to nie było nikogo. Pamiętam, widziałam.
I zanim zdążę odpowiedzieć:
-I jak ja będę duża to z mamy będzie taka zasuszona, malutka staruszka. Prawda mamo?
-...Tak, kochanie ( głównie mam problem z tą maleńkością, ale co tam).
-I będę ją odwiedzać na grobie. Ty tam będziesz mieszkać? Razem z tatą?
-Yyyyyyy....

W ramach odzyskiwania pewnej równowagi jestem już 16 dzień na poście Daniela ( diecie Dąbrowskiej). Ciężko idzie.

Z książek numer 14 to Natalia Rudnicka " Były sobie świnki trzy". Przeczytane i obśmiane jednym tchem, ale ostrzegam to książka rozrywkowa. Na smuteczek, ale taki nie za duży:)
Natomiast numer 15 "Bóg nigdy nie mruga" to ho, ho. Jakiś czas temu widziałam tę pozycję w księgarni i jako, że leżała wśród bestsellerów obeszłam ją szerokim łukiem. Mam uraz do propozycji tzw. "wszystkich". Wszyscy to czytają, wszyscy zachwyceni itd. Potem o tej książce trochę opowiedziała mi koleżanka, no i przy okazji ją nabyłam. Dołączam do wszystkich. Mądra i pomocna. Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, ale warto ją przeczytać. Porusza.

A oglądam ostatnio stare Kobry:) Na YT jest trochę. W czasach kiedy były emitowane byłam albo za mała, albo rodzice nie pozwalali. Delicje! Moimi faworytami są " Alicja prowadzi śledztwo" z genialną Kwiatkowską i Dziewońskim oraz " Morderstwo o północy". W tej ostatniej widok Kobuszewskiego w peruce jako Archanioła oszałamiający, hi, hi. Aż szkoda, że te spektakle są takie krótkie.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Wyjaśnienia

Zamurowało mnie na długo. Ale już wyjaśniam dlaczego i obiecuję poprawę. Przy okazji dziękuję za troskliwe maile, z powodu stuporu nie byłam w stanie odpowiedzieć na nie indywidualnie, ale doceniam i ciepło mi na sercu.
Powody milczenia i rozważań były dwa.
Pierwszy to zastanawianie się czy moje pisanie ma sens. Tu wylazła ze mnie "artystka" w najgorszym znaczeniu. Trafiłam na świetne blogi i żółć zazdrości mnie zalała, jak można tak pisać. No i zaczęłam się zastanawiać czy to ma sens. Może bym zapisywała wydarzenia rodzinne tak cichcem, offline. Bo ani pisać dobrze nie umiem, ani nic mądrego do napisania nie mam...Tu się użaliłam nad sobą i niemocy tfurczej dostałam. Wstyd się przyznać, ale jak widać z dojrzałą osobowością nie macie do czynienia.
A zaraz będzie jeszcze gorzej.
Drugi powód to konkurs mikołajkowy (!). Tak, tak. Mikołajkowy. Pewnego dnia, wiosennego, w Wielkim Poście otrzymałam maila z delikatnym zapytaniem o nagrodę, która nie dotarła. Po przegrzebaniu zwojów mózgowych i odświeżeniu pamięci, która uparcie twierdziła, że nic nie wie na ten temat musiałam stanąć oko w oko z przykrą prawdą. Otóż nagród nie wysłałam. Teraz mogę tylko rozważać jak uhonorować cierpliwość nagrodzonych/nie nagrodzonych. Odkrycie spowodowało zamarcie większości funkcji życiowych i strach przed otwieraniem poczty. Nie wiem w końcu co jeszcze wyjdzie na jaw...
Ufff! Na razie to wszystko. Jeśli ktoś chce jeszcze tu zaglądać ostrzegam, że czyni to na swoją odpowiedzialność, ja ostrzegałam.
Wieczorem powrócę....

czwartek, 25 lutego 2016

O zazdrości słów kilka

Nie mogę się powstrzymać i na początku ( póki pamiętam) Asia Złotousta do swej najstarszej, dorosłej siostry:
-Ty się nie zastanawiaj tylko myśl!

Ja również nie będę się dużo zastanawiać tylko pomyślę i napiszę.
Nie wiem czy macie takie dni, kiedy czujecie się zmasakrowane, wszystko jest bezsensu, pogoda beznadziejna, dzieci niegrzeczne, własne metody wychowawcze do nie powiem czego. I zastanawiacie się jakby to było gdyby.... Staram się szczególnie nie epatować takim myśleniem ( przynajmniej na blogu), nie wchodzić w takie rozważania, które prowadzą na manowce zwane brakiem akceptacji swojego życia. Ale czasami, raz na pewien czas tej woli jakby ubywa a życie staje się nieznośne lub żałosne, bez sensu itd. do wyboru :) I wczoraj był taki dzień. Pogoda do niczego czyli kisimy się w domu, samochodu nie ma czyli nie można podjechać do innej "niewolnicy", zostaje dom wypełniony tonami prania, dziećmi coś znudzonymi albo wrzeszczącymi ( bo oczywiście najlepsza zabawa to skoki na łóżku i zawsze ktoś spadnie albo wpadnie na  towarzysza), starczyło mi inwencji na zasianie nasionek czyli15 minut a już czytanie przekroczyło moje możliwości. Porażka, porażka! Ukochany po powrocie z pracy i rozpoznaniu sytuacji ( ma w tym wprawę, bo nie pierwszy to taki beznadziejny dzionek w naszym życiu) wypchnął mnie z domu. Wraz z dwoma najstarszymi synkami pokonali moją bezwładność i wysłali na spotkanie z prof. Chazanem. No i było świetnie :) Siedziałam w sali, w której pisałam egzamin wstępny na medycynę, więc miło mi się kojarzyła, słuchałam świetnego wykładu i już prawie żałowałam, że nie mam wszystkiego przed sobą tak jak większość audytorium ( bo większość to byli studenci medycyny lub młodzi lekarze), a potem uświadomiłam sobie, że ja już jestem człowiekiem sukcesu a oni dopiero będą :), mam nadzieję. I wróciłam do moich osiągnięć, i pełnego życia.
Jedną rzecz usłyszałam na tym wykładzie powiedzianą inaczej niż do tej pory i bardzo podobało mi się. O antykoncepcji. Pan profesor zapytał retorycznie, dlaczego tak łatwo ingerujemy w mechanizm płodności, skomplikowany i delikatny? Zupełnie jakby to był przełącznik światła.Włączyć,wyłączyć. W zależności od zachcianek. A gdybyśmy tak zrobili z innymi układami w naszym ciele? Np.pół roku albo dłużej nie używali jednej nogi? Byłaby słabsza, chudsza, zaniki mięśni. Albo pół roku żywienia pozajelitowego czyli wyłączamy układ pokarmowy. Po włączeniu może podejmie pracę a może nie. Natomiast z płodnością, która jest bardzo precyzyjnym mechanizmem poczynamy sobie bezceremonialnie a potem płacz, że nie można zajść w ciążę.
A teraz już na temat zazdrości. Ostatnio miałam okazję ujrzeć taki obrazek





I przypomniałam sobie różne, nie tak dalekie chwile, gdy drżałam jak to będzie.
Po urodzeniu Marty, w ciąży ze Stasiem czułam niepokój związany z pytaniem, które pojawiało  się w moim sercu: jak będzie możliwe kochać dwoje dzieci, jeśli miłość do tego pierwszego wypełnia serce absolutnie? Po urodzeniu Stasia moje serce okazało się o wiele pojemniejsze niż myślałam i jego też pokochałam absolutnie :) Przez całą ciążę Martusia miała świadomość, że będzie miała rodzeństwo, głaszcząc mój brzuch mówiła : Agata-Siaś ( bo nie wiedzieliśmy na kogo czekamy), później włączałam ją do opieki nad maluchem. Tak nawet wbrew sobie, bo sama zrobiłabym to szybciej, sprawniej, ale nie chciałam by czuła się odsunięta. Podkreślałam jej ważność, że jest starsza, unikając jak ognia stwierdzeń: ustąp mu, bo jest młodszy ( to przekleństwo mojego dzieciństwa). I już zacierałam rączki, jak mi dobrze idzie :))) Gdybym tu postawiła kropkę wyszłoby, że jestem prze-mądra. No, ale będę zamiast tego uczciwa:) Martusia i tak była zazdrosna, tylko po cichu i inteligentnie (wrednie). A to zabrała bratu smoczek, butelkę z kaszką. Oczywiście bez krzyków i ryków, myśmy nawet nie wiedzieli, tylko dziwiliśmy się co ten Stachu tak dużo kaszki żłopie, podwójne porcje? Martusia miała lat 4, Staś trochę ponad dwa, gdy przekonała dziadków, że on absolutnie lodów i słodyczy nie może...Przykładów może starczy, klimat zarysowany. Mogę jednak powiedzieć, że Staś w szkole nieraz bronił siostry, do końca gimnazjum przyjaźnili się bardzo, dopiero w liceum nieco oddalili. Teraz jako dorośli stosunki mają poprawne, choć nie gorące. Ale dogadują się spokojnie. Staś tylko czasami nam wypomina:
-Tak, bo Marta najstarsza, taka wspaniała.- i tu widzę, że z tym wzmacnianiem najstarszego dziecka nieco przesadziłam. Albo podkreśla:
-Jedyne co Wam wyszło to JA!
Tu pojawiają się kolejne osoby dramatu czyli pozostałe nasze dzieci rzucające czym popadnie w najstarszego brata za to stwierdzenie.
Z kolejnymi dziećmi nie miałam już wątpliwości, czy będę je kochać równie mocno. Już wiedziałam, że każde inne, ale każde nasze, wpisane w serce. Natomiast zniknął problem zazdrości. Może nie do końca, bo przecież każdy jest zazdrosny. Widzę, że dla młodszych trudnym dniem są urodziny kogokolwiek i przepracowanie, że to nie ja dostaję prezenty i to nie ja jestem w centrum. Pomagają rozmowy, przygotowanie, bo dzieci nie radzą sobie z nieoswojona sytuacją. Oswojona, nawet trudna jest do przejścia ( przynajmniej u moich). Niektórzy wymagają niewiele pomocy, inni dużo. To dużo odnosi się do naszej królewny Asi. Ma to związek z jej historią, naszą paniką i chuchaniem na nią. Takim skupieniem wszystkich na tej drobinie. A miał się już kto skupiać:))) Skutek jest taki, że teraz Asia uważa, że wszystko ujdzie jej płazem, że Piotruś w gorszych chwilach jest zagrożeniem. I tak było od początku. Karmię Pietrka, a ona ładuje się na kolana, albo wtedy koniecznie czegoś chce. Tylko nie u nas takie numery, bo w razie czego poda jej to ktoś z rodzeństwa. A zauważyłam, że wystarczyło oddać Piotrka w dobre ręce ( chętnych też było wielu) i na chwilę ją poprzytulać, wykochać a nastawał na trochę spokój. I tak jest do teraz. Poziom indywidualnego wykochania  musi być utrzymany.
Miałam i tak dobrze. U naszych znajomych ( wiele lat temu, bo bohaterowie są już dorośli) po długim oczekiwaniu pojawił się upragniony syn. Radość była wielka, stał się centrum jak to bywa. Niespodziewanie po niecałych dwóch latach pojawił się kolejny synek. Szczęście ogromne, bo nie było przecież szans. Tylko pierworodny uważał inaczej. Co mama karmiła młodszego on urządzał sceny, nawet usiłował bić małego brata. Sceny musiały być naprawdę niezłe, bo młodszy zrobił sobie na pewien czas z nocy dzień a dzień przesypiał. I tak przetrwali. A teraz dorosłe chłopaki bardzo się trzymają razem, wspierają i rodzice naprawdę mogą być z nich dumni. Ale co mieli to mieli:)))
Muszę tu wspomnieć jeszcze o urodzeniu Piotrusia. Starsi chłopcy byli wtedy nastolatkami w różnym stopniu zaawansowania  i bałam się ich reakcji. To czas ogólnie buntu, mniej lub bardziej wyraźnego,wobec rodziców, ich decyzji.  Bałam się jak to się przełoży na relację z najmłodszym bratem, dla którego oni szybko staną się bardzo ważni. Wróciliśmy do domu, dziewczynki rzuciły się tulić maleństwo a panowie? Panowie spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. Ja niemądra:
-Nie przywitacie się z bratem?- i już łzy mam w oczach.
-Co tam taki maluch może wiedzieć- i poszli sobie. Jak to po porodzie bywa, dużo nie potrzebowałam, by wpaść w rozpacz. Na szczęście na straży trwał mąż:
-Czym ty się w ogóle przejmujesz? Wiadomo, że zaraz będą koło niego latać.- jak ja nie znoszę tego jego "mam rację", zwłaszcza wtedy, kiedy dzieją się takie straszne rzeczy.
Oczywiście miał jednak rację. Piotruś przytulany, noszony i całowany ponad miarę szybko odkrył, gdzie są najbardziej interesujące pokoje, do kogo należy wyciągać ręce, kto go będzie woził w taczce ( a nie w nudnym wózku jak mama kazała), bujał pod samo niebo. Kogo należy naśladować i z kim trzymać sztamę. Teraz często widzę taki obrazek: dwaj panowie J. robiący wieczorem ileś tam pompek ( bez koszulek), Józio, który ich naśladuje, choć pompek robi mniej i Piotruś obowiązkowo bez koszulki ( jak bracia) leży na brzuchu obok nich i liczy:
-Aś, dwa, eszcze eden!
Albo jak na powyższych zdjęciach, jeśli braciszkowie tylko gdzieś się położą, młodsi zaraz robią z nich kanapki. Stasiu, który wyprowadził się już z domu może liczyć na gorący aplauz, gdy tylko się pojawi. Ba, braciszkowie wiedzą znacznie więcej i szczegółowiej co się u niego dzieje niż my, starzy rodzice :)))
W naszym przypadku najgorzej było z dwójką dzieci. Chyba prawdą jest powiedzenie, że przy dwójce jest ciągła rywalizacja. Ale za każdym razem jest to wyzwanie.



poniedziałek, 22 lutego 2016

Ale się dzieje!

Znowu kilka dni przerwy w pisaniu i znowu wyjdzie spod mych palców elaborat a nie post:). Podobno najlepiej pisać posty od 1000 do 2000 znaków. Ja ostatnio albo notuję 0 znaków, albo jakieś straszliwe ilości. I wtedy podobno czytelnicy nie czytają. Cóż...
U nas trwają ferie, trwa brak samochodu i nader intensywne życie. Aż się dziwię. Dzisiaj na zimowy biwak harcerski wyjechały dziewczyny czyli Zosia i Marysia. Jacek jest na zajęciach na farmakologii w ramach rozeznawania swojej ścieżki życiowej, a Jasiu skończył swoje własne, dodatkowe praktyki w warsztacie samochodowym.
W sobotnie popołudnie udaliśmy się ( wraz z Ukochanym) z Jasiem i Marysią na spotkanie z wielokrotnie wspominanym Andrzejem Pilipiukiem, twórcą Jakuba Wędrowycza i nie tylko.

Bycie Walczakiem to bycie zadymiarzem, więc nasze dzieci zabrały ze sobą prawie wszystkie egzemplarze książek Szanownego Autora. Wszyscy inni w kolejce stali z jedną, ewentualnie dwiema pozycjami, my z kilogramami. W związku z tym ustawiliśmy się na końcu. Miało to swoje dobre strony, bo zaczęliśmy dodatkowo gadać. Po spotkaniu wybieraliśmy się z latoroślami na frytki i wpadłam na pomysł co by zaprosić gościa. Trochę głupio, Mary załamana, że ma nienormalnych rodziców. Nasz ulubiony autor był jednak tak miły, że się ośmieliłam stwierdzając, że najwyżej powie nie. Ale powiedział tak. Usiedliśmy razem co prawda nie nad frytkami tylko nad kawą i rozmawialiśmy jeszcze ponad dwie godziny, w większości zaśmiewając się. To był bardzo udany wieczór.
A wczoraj popołudniu zjawili  się znajomi, ze swoimi dużymi dziećmi i graliśmy w KONCEPT. Gra dostępna w Rebel.pl i Gandalfie. Od lat 10 w górę. Przyznam się, że miałam wrażenie, że przynajmniej w moim wypadku powinna mieć ograniczenie od góry. Mój mózg już nie nadążał. Gra polega na odgadywaniu haseł zadanych przez drużynę przeciwną. Podpowiedzi umieszczone są na planszy w postaci zaznaczonych kategorii. I tak np.kawa to może być ciecz, jedzenie, czarny. Ale jak przekazać " podejdź no do płota" z Samych swoich? Czy Modę na sukces? Świetna zabawa, nastolatki chętnie uczestniczą ( i niestety wygrywają), tylko młodsi się nudzą. Polecam!

Przygotowując konspekty warsztatów ( albo raczej rozpoczynając myślenie o przygotowaniu) trafiam na różne zadziwiające rzeczy. Trochę pościągałam, żeby uwiecznić. Zaiste interesujące...
Poniższe koszulki wraz z czujnikiem powinny być dołączane do jakiejś  dziecięcej wyprawki. Jestem za.
A ta koszulka niżej w ogóle mnie nie rozśmieszyła. Raczej przywołała wspomnienia. Byliśmy młodymi rodzicami naszej pierworodnej. Dodam, że ambitnymi ( z pewnej odległości widzę, że pysznymi) i nie chcieliśmy żadnej pomocy. Damy radę sami. Ja jeszcze miałam kilka egzaminów do zdania i z Martusią zostawał dumny tata. Pewnego dnia po powrocie zarejestrowałam, że dziecina jest ubrana jakoś dziwnie. Pajacyk ma za dużo otworów a nasze dziecko za mało kończyn. Tatuś, co wyszło po niełatwym śledztwie, ubrał dziecinę tył na przód, góra do dołu a główkę wcisnął w nogawkę, podziwiając otwór na zmianę pieluchy.
 Nie może zabraknąć koszulek zaangażowanych :)
 A to marzenie chyba wszystkich rodziców. Potencjometr....
I fascynująco-straszne smoczki.

 Czego to ludzie nie wymyślą?

Znalazłam też kilka zdjęć, które sprowokowały moje nowe spojrzenie na temat "radzenia "sobie z Piotrusiem. Tu dołożyłabym tylko taśmę jeszcze na ustach.
 A to jestem gotowa wprowadzić już dzisiaj . Ostatnio nasz beniaminek ewidentnie ma więcej sił niż my i w momencie kiedy my zasypiamy w połowie wypowiadanego zdania on dopiero rozpoczyna zabawę.

 Teraz to już nie, ale na początku naszej rodzicielskiej drogi nie raz i nie dwa miałam ochotę zamordować mojego męża za nieodpowiedzialność. W zamian słyszałam:
-Od dzieci: mamo psujesz zabawę
-od Ukochanego: nie masz do mnie zaufania?
A to tylko kwestia perspektywy.
U nas tak jest przed każdą randką.

 No i w końcu wydało się:
Teraz mam dobre wytłumaczenie, albo raczej dzieci mają.

Przy okazji trafiłam również na blog : " Położna w świecie Sukuma" I przepadłam. Na chwilę zapomniałam czego to ja właściwie szukałam, co miałam robić. Wróciły do mnie pomysły z liceum, żeby pracować na misjach jako lekarz.Wtedy idolem dla mnie był ojciec Beyzym pracujący wśród trędowatych na Madagaskarze. Nawet na pierwszych randkach z moim Ukochanym coś podobnego mu oznajmiłam. Coś o tym, że nie interesują mnie dzieci, małżeństwo tylko wyjazd na misje jako lekarz. Ha, ha- ten śmiech w tle to życie:))) Co ta miłość robi z ludźmi?!

Co do mikrofali. Nie tak dawno robiliśmy z Józiem bardzo ciekawe doświadczenie. Wsadziliśmy do kuchenki mikrofalowej mydło. Doświadczenie bardzo efektowne. Powtarzaliśmy do wyczerpania mydła w domu. Potem beztrosko zajęliśmy się czymś innym. Niedługo później wrócił bardzo głodny Jasiu i wsadził do tejże mikrofali kotleta do odgrzania. Smaki i zapach wspaniały, odświeżający tylko mocno niejadalny. No co, to kolejna pułapka na złodzieja. Takiego głodnego.
Kuchenka została już kilkakrotnie umyta, ale nieufność wobec niej pozostała. Po każdym włączeniu rozchodzi się przyjemny, mydlany zapach. W związku z tym apeluję: nie róbcie tego w domu;-)

czwartek, 18 lutego 2016

Jak oszukać system?

Jako kobieta wysoce emocjonalna mogę zakrzyknąć tylko szlag, szlag, szlag! Zapomniałam tylko dodać, że  również dama,w innym wypadku krzyknęłabym sobie inaczej. Znowu nie działa samochód. Mamy dwa wyjścia ( oprócz zaprzestania jedzenia) albo zmienić samochód, albo mechanika?
Dzisiaj przywołałam się do opamiętania i stwierdziłam, że błędna jest postawa, której usiłuje wyjść naprzeciw, powiem więcej aktywnie jej poszukuję, postawa, że wszystko ma być tak jak ja chcę, mam mieć święty spokój. Gdyby nie utrudnienia ( tak naprawdę niewielkie przecież) nie dojrzewałabym jako człowiek, rozpuściła się. Już starożytni mawiali ( nie pamiętam kto), że to niewolników wychowuje się w dobrobycie.Władców w brakach i ascezie.
Wczoraj, gdy pogrążałam się w użalaniu nad sobą i szemraniu moja przyjaciółka (ta od żelazka) powiedziała mi, że ona nigdy nie ma wątpliwości, że Bóg ją kocha i każda sytuacja jest dla niej dobra. Pomogło :)
Wracam do tematu głównego.

Ponieważ ostatnio szukałam do szkoły rodzenia różnych akcesoriów niemowlęcych i np.detektora tętna, laktatorów (kosztorys) zarówno na fb, jaki i w poczcie czy przy różnych artykułach czytanych nawet na inne tematy pojawiają się reklamy tychże produktów,produktów konkurencyjnych a nawet twórczo produkty z nimi powiązane np. wózki. Tych nie szukałam absolutnie, wręcz przeciwnie zamierzam się pozbyć:) Jesteśmy jednak śledzeni. Co prawda podejrzewam z asortymentu, że zostałam zakwalifikowana do grupy kobiet oczekujących na poród, to może trochę system oszukałam ;-)
W codziennym zmaganiu miłym przerywnikiem jest myśl o wakacjach. Wywołana przez naszego ubiegłorocznego gospodarza pytaniem czy przyjedziemy. Trochę pomarudziliśmy o imigrantach,otrzymaliśmy odpowiedź, że Chorwacja jest krajem bezpiecznym ( mam nadzieję) i podaliśmy termin przyjazdu wraz z przyjaciółmi. W tym roku wyjątkowo późno bo przełom sierpnia i września ze względu na Światowe Dni Młodzieży. Jedziemy ekipą w 14 osób. Miała dojechać jeszcze moja mama,ale jakoś dziwnie przestała nęcić ją ta wyprawa :))) Może ze względu na wysoki, zapowiadany poziom chaosu.
Takie tam z poranka:
Zosia:
-Mamo, wymalowałaś się?
-Nie?
-A tak ładnie wyglądasz...
Tu opada kurtyna.
Od pewnego czasu trwała swego rodzaju licytacja wśród naszych dzieci. Czyje imię Piotruś powie najwcześniej. Oczywiście są sami wygrani. Nawet Jacek, którego długi czas nazywał Adam. Teraz natomiast odbywają się takie konwersacje. Doceńcie wielowątkowość i inteligencję naszego beniaminka;-):
-Powiedz Ma-rta.
-Ma- rta - nie wiem czy świadomie ale powtarza nasz powolny sposób wymawiania.
-Powiedz Staś.
-Sta-as.
-Powiedz Jaś
-Jaas synek.
-Powiedz Mary
-Mely
-Powiedz Zo-sia - za każdym razem musimy mówić "powiedz", bo inaczej nie traktuje tego poważnie:)
-Zo-ssia
-powiedz Hania
-Hania synek (?)
-Powiedz Józio
-Juzzio synek - na pewno mówi  przez u otwarte, to słychać:)
-Powiedz Asia
-Assia
-Powiedz Piotruś
-Ja! Synek!- tu odpowiedź jest niezmienna, czasem dodawane jest mamy/taty synek. Wszelkie próby nauczenia mówienia Piotruś spełzają na niczym. Dla niego jest jasne: Piotruś to ja!
Ostatnio pisałam trochę na temat swoich lektur a nie za wiele na temat tego co czytamy z dziećmi. Dziś mam zdjęcia i wiele do powiedzenia. Najpierw jednak lektura numer 10 na mojej liście, przeczytana z matczynego obowiązku, ale przeczytana. "Seria niefortunnych zdarzeń". Trochę zdziwiło mnie, że chwyciła za nią nasza gimnazjalistka, bo jak dla mnie dawno wyrosła z tego typu książek. Według mnie jest dla młodszych czyli 4, 5 klasa. O dziwo Marta potwierdziła , że i u niej właśnie na poziomie gimnazjum było szaleństwo w związku z tą serią ( 13 tomów). Może ze względu na  formę książki, sposób pisania nieco przewrotny, mający sprawiać wrażenie, że autorowi jest obojętne czy ktoś przeczyta jego twórczość czy nie, a właściwie to odradza. Zapewnia co drugi akapit, że książka jest ponura, niesprawiedliwa i nie ma szczęśliwego zakończenia. Co nie jest prawdą, bo każdy tom opisujący jedną nieszczęsną przygodę bohaterów kończy się tym, że uniknęli nieszczęścia. Co prawda pojawia się już sugestia kolejnego, ale po przeczytaniu trzech tomów wiem jak to kolejne się skończy:) Jest trochę okrucieństwa, bo śmierć rodziców ( nic nowego patrz chociażby Kopciuszek), mordowanie kolejnych opiekunów dzieci ( np. rzucenie głupiej ciotki na pożarcie Łzawym Pijawkom), ale w sumie takiego nierealnego. Dla mnie prawdziwie smutną sprawą jest nieodpowiedzialny opiekun prawny dzieci, wśród których znajduje się niemowlę. Tenże opiekun prawny beztrosko zostawia dzieci u dalekich krewnych, którzy np. przymuszają je do pracy w tartaku(!) Niemowlę! To nawet Ania Shirley była lepiej traktowana. Gorsze jest głodzenie niemowlęcia, na które zgody nie dam:) Ale to brzemię moich lat i doświadczeń, i się czepiam.
A teraz najpierw jako, że było niedawno pewne święto, absolutnie przereklamowane wstawiam zdjęcie kwiatów, które nie mają z nim nic wspólnego i stoją sobie na stole ot tak ;-)

Pierwsza z książek to wielki leksykon pszczół. W tym roku przechodziliśmy już etap tych owadów, teraz powróciły a wraz z nimi silne pragnienie zaprowadzenia pasieki w naszym "ogrodzie". Książka jest świetna. Dla młodszych wielkie obrazki, dla starszych tekst. wszyscy siedzą i oglądają, rysują, pytają i dyskutują. No i wybierają rodzaje uli do naszej własnej pasieki.

 Czy wiedzieliście, że na malowidłach jaskiniowych również są pszczoły i zwyczaje podbierania im miodu?
 Albo, że ciało Aleksandra Macedońskiego do ojczyzny wróciło w beczce , zalane miodem, by uchronić je przed zepsuciem  do czasu pogrzebu? 
A to rewelacyjna wyklejka okładki. Człowiek zaczyna mieć przywidzenia:)
Następne pozycje to książeczki " do szukania". Bardzo je lubimy.
Najpierw książka-wyzwanie. Dla starszych dzieci i rodziców. Przepraszam za zdjęcia, robione słabym parapetem. Rewelacyjne dwustronne ilustracje, trochę bazujące na iluzyjnych obrazach takich wiecie, że cały czas idzie się po schodach do góry a jest się coraz niżej. Jest też historia przewodnia, należy złapać słynnego złodzieja, zebrać na wielu stronach poszlaki i dopaść go na ostatniej, najtrudniejszej. Zabawa na wiele godzin i to dla niejednej osoby.



 Druga pozycja jest dla młodszych dzieci. Rodzina pingwinów uciekła z zoo i ukrywa się w różnych miejscach. 5 latka i 7 latek zachwyceni. Dla nich to wyzwanie i świetna zabawa, do której mogą w dowolnej chwili wrócić.


I jako trzecia w "tym temacie" książka kupiona na próbę. A jest ich więcej i w odróżnieniu od wielu pozycji jest tania ( poniżej 10 złotych). Tu jednak pewnym ograniczeniem jest wiek. Poszukiwania są trudne, wymagają skupienia i niekonwencjonalnego podejścia. U nas od 4 klasy. Ja również próbowałam i pomimo, że mam się za doświadczonego poszukiwacza nie wszystkie elementy znalazłam.Mogłabym zajrzeć do podpowiedzi, ale po co psuć sobie zabawę.


Dodatkowa frajda to kolorowanka :) Starsze dzieci tez czasami lubią.

No i ostatnia pozycja. Dużo ciszy w domu, zapewniam.
 No i tutaj mamy do dyspozycji różne stopnie trudności. Dla każdego.
Chyba na dzisiaj wystarczy, to co miałam napisać będę musiała umieścić w osobnym poście :) Ale wyrobię się :)
Na koniec tylko coś dla oka.( Głupi aparat ).
Jacuś był u dentysty. Asia uczciła brata rysunkiem.
Jak wyjaśniła ( I CO WIDAĆ), ten z zębami to Jacek.
-Ale jesteś w sukience, bo nie umiem rysować spodni. Wszyscy są w sukience. Ja też!

A tu z kolei NIEUDANE dzieło Maryni. Nieudane dała mi zatrzymać, wyszarpałam w drodze do śmieci i wybłagałam. Udane chowa i tylko pokazuje, na krótka chwilkę. Ech, ci artyści!