Nie ma przypadków. Nie ukrywam, że samochód mnie nieco przygnębił. Dodać różne takie co to zwykle:))) I po raz kolejny pojawiła się pokusa, żeby może wyjechać gdzieś, gdzie(takie mam złudzenia) byłoby łatwiej, samochód nie byłby problemem, ani opłaty ani ciuchy ani....Taki delikatny głos podpowiada mi co prawda, że są jeszcze inne, poważniejsze problemy, ale pokusa pozostaje. Tak na rok, dwa...
Pokusa jest o tyle silna, że zarówno moja mama jaki i rodzeństwo żyją poza granicami naszego kochanego kraju.
No i tak zaczęłam snuć różne rozważania. A głos cały czas swoje.
Wczoraj, w trakcie zaznajamiania Ukochanego z moimi pomysłami, podjechaliśmy na chwilę do naszych znajomych, którzy nie chwaląc się mają studio nagrań. A tam nagrywa Luxtorpeda. No i wyszedł, przez przypadek, taki jeden co go zwą Lica.
Rozmowa nie trwała długo, jakieś pół godziny, nawet nie dotykała za bardzo osobistych spraw a jednak spowodowała, że wszystko znalazło się na swoim miejscu. Dobrze, że możemy spotykać takich ludzi. Mam wielką nadzieję, że kiedyś i ja będę mogła komuś przynieść pokój.
Tak więc porzucam, aż do następnego razu, temat emigracji zarobkowej:)))
Zosia dzisiaj robiła ciasteczka. Wpada Jasiu i pyta :
-Co to za ciastka? Tylko nie dyniowe proszę!
- Nie, to kruszone.
Jak się zapewne domyślacie chodzi o kruche.
Z Marysią omawiamy różne aspekty demografii, imigracji, ostatnie wydarzenia, powody, niedawne wojny na naszym kontynencie. Jako, że chyba przed Ukrainą poprzednia była Jugosławia Marysia ma przypomnieć jakie państwa powstały po jej rozpadzie:
-Chorwacja ( to było łatwe, wszak wakacje!), BOLEŚNIA i Hercegowina...
Tu spuśćmy miłosiernie zasłonę na kolejne wydarzenia i rodzeństwo, które dostało głupawki:)))
W międzyczasie słuchałam sobie katechezy biskupa Rysia( polecam). Po cichutku przyszła Asia. Czytany był właśnie fragment z Ewangelii o śmierci na krzyżu. A Asia:
-Jak to Pan Bóg umarł, przecież nas stworzył?!
- No właśnie, Jego Syn umarł za Ciebie, za mnie. Pokonał śmierć i teraz możemy iść do nieba.
Asia pobiegła do rodzeństwa:
-Wiecie, że Pan Bóg umarł? Ale nie martwcie się już jest w niebie. Mama mi powiedziała.
Hm?
czwartek, 15 października 2015
środa, 14 października 2015
Codzienność
Nie interesuję się motoryzacją, ale ona brutalnie wkracza w moje codzienne obowiązki.
Padł nam nasz ulubiony samochód. Zdaje się, że 19 latek nie będzie obchodził dwudziestolecia. Jego bunt jest taki bardziej ostateczny.
To ten samochód, który ostatnio powiózł nas na Chorwację. Ewidentnie na Anioła Stróża.
Najgorsze w tym jest to, że nasza słabo skomunikowana miejscowość wymaga samochodu. Niby mamy połączenie z jednym miastem- dojście męskim krokiem 45 minut do autobusu, zimą niebezpieczne, bo brak pobocza absolutny, z drugim miastem- przystanek 2 kilometry, w poniedziałek wypadły cztery autobusy, a że jeżdżą co godzinę...Jest jeszcze nowo otwarta kolej metropolitarna, przystanek w polu jakieś 5 kilometrów od naszej miejscowości, kiedyś ma być autobus podwożący doń.
Tak więc siedzę i usiłuje się nie smucić. Józio się natomiast smuci:
-Jak my pojedziemy na wakacje?
Jak my zrobimy zakupy, albo pojedziemy do lekarza. No nie jest tak najgorzej, jest drugi samochód. Ale Rodziciel utrzymujący nas musi jakoś dojechać do pracy. I wszystko zostaje na wieczór, który nie chce się bardziej rozciągnąć:) A niektóre rzeczy nie chcą się zrobić wieczorne.
Ponieważ ludzkich możliwości brak, siedzę i czekam na interwencję z góry.
Padł nam nasz ulubiony samochód. Zdaje się, że 19 latek nie będzie obchodził dwudziestolecia. Jego bunt jest taki bardziej ostateczny.
To ten samochód, który ostatnio powiózł nas na Chorwację. Ewidentnie na Anioła Stróża.
Najgorsze w tym jest to, że nasza słabo skomunikowana miejscowość wymaga samochodu. Niby mamy połączenie z jednym miastem- dojście męskim krokiem 45 minut do autobusu, zimą niebezpieczne, bo brak pobocza absolutny, z drugim miastem- przystanek 2 kilometry, w poniedziałek wypadły cztery autobusy, a że jeżdżą co godzinę...Jest jeszcze nowo otwarta kolej metropolitarna, przystanek w polu jakieś 5 kilometrów od naszej miejscowości, kiedyś ma być autobus podwożący doń.
Tak więc siedzę i usiłuje się nie smucić. Józio się natomiast smuci:
-Jak my pojedziemy na wakacje?
Jak my zrobimy zakupy, albo pojedziemy do lekarza. No nie jest tak najgorzej, jest drugi samochód. Ale Rodziciel utrzymujący nas musi jakoś dojechać do pracy. I wszystko zostaje na wieczór, który nie chce się bardziej rozciągnąć:) A niektóre rzeczy nie chcą się zrobić wieczorne.
Ponieważ ludzkich możliwości brak, siedzę i czekam na interwencję z góry.
poniedziałek, 12 października 2015
Noc
Ciemna, bardzo ciemna noc. Dookoła cisza. Słychać tylko miarowe oddechy domowników.
Nagle w tej ciszy pojawiają się odgłosy:
-Bum, bum, stuk, bum, bum, stuk..
Towarzyszy im szuranie, jakby coś miękkiego i mocno włochatego było ciągnięte po schodach i zimnej podłodze. Odgłosy zbliżają się do sypialni.
Mała, na szczęście ciepła rączka ląduje na Twoim ramieniu co powoduje otwarcie Twoich oczu. W tej ciemności ledwie dostrzegasz zarys niewielkiej postaci, która słodkim głosikiem oznajmia:
-Straciłam wzrok, w tej ciemności zupełnie nie widzę kolorów....
A Ty już wiesz jak czuje się człowiek po dużej dawce elektrowstrząsów i wiesz, że jeszcze niejedno może Cie spotkać tej nocy.
Dobranoc!!!
Nagle w tej ciszy pojawiają się odgłosy:
-Bum, bum, stuk, bum, bum, stuk..
Towarzyszy im szuranie, jakby coś miękkiego i mocno włochatego było ciągnięte po schodach i zimnej podłodze. Odgłosy zbliżają się do sypialni.
Mała, na szczęście ciepła rączka ląduje na Twoim ramieniu co powoduje otwarcie Twoich oczu. W tej ciemności ledwie dostrzegasz zarys niewielkiej postaci, która słodkim głosikiem oznajmia:
-Straciłam wzrok, w tej ciemności zupełnie nie widzę kolorów....
A Ty już wiesz jak czuje się człowiek po dużej dawce elektrowstrząsów i wiesz, że jeszcze niejedno może Cie spotkać tej nocy.
Dobranoc!!!
czwartek, 8 października 2015
Dynie i śledzie
Dziś Was zasypię zdjęciami:) Ale nie mogłam się powstrzymać.
Na razie chwila na poważnie.
Wczoraj miałam okazję odbyć różne rozmowy. Wytrąciły mnie nieco z samozadowolenia. Z jednej strony dobrze, bo od razu popatrzyłam inaczej na niektóre moje zachowania wobec najbliższych. Zobaczyłam, że cały czas mam tendencję do szukania spokoju, co więcej ma być tak jak ja chcę! Często niedostatecznie wchodzę w problemy jakie zaprzątają małe główki, lekceważąc ich wagę. Tylko z tego powodu, że mi wydają się błahe. Trochę mną to potrząsnęło. W związku z tym mogę do wczorajszego wpisu dodać, że ED także dla mnie jest ratunkiem, dla moich relacji z dziećmi. Ja widocznie na wszystko potrzebuje dużo więcej czasu.
Dodatkowym wnioskiem jest to, że jestem beznadziejna:)
Na szczęście mój Ukochany stoi czujnie na straży i wybija mi z głowy tego typu pomysły. Po cichu jednak chwilami się nad sobą roztkliwiam. Dzięki Bogu jednak mamy nowy dzień i możemy zacząć wszystko od nowa i powalczyć by było lepiej.
Dziś w nocy były już u nas przymrozki, ale wczoraj dzieci spokojnie hasały po okolicach, w porywach niektórzy nawet w krótkich rękawkach.
Przypomniało mi to, że niektóre zabawy są naprawdę ponadczasowe.
Korzystając z okolicznych nieużytków młodsi urządzili sobie "bazę" i lepili kulki z piasku jako broń. Jako żywo nie podpowiadałam im, ale dokładnie takie zabawy pamiętam z dzieciństwa.
Pażdziernik jest piękny, odkrywam go na nowo. Ostatnio kojarzy mi się z dyniami. Bo u nas dynie są wszędzie:) W domu
i w zagrodzie to jest ogrodzie.

Gdziekolwiek się udamy to leżą stosy dyń. Małych, dużych, pomarańczowych, szarych, zielonych. A u nas sernik dyniowy, racuchy dyniowe, ciasteczka a jakże z dyni...
Mamy też kabaczki:)
Mnóstwo świetnych przepisów znalazłam dzięki Mamie z Dużego Domu, która poleciła mi stronę
www.mojewypieki.com.
Muszę jej złożyć osobne podziękowania, bo bardzo źle wpłynęła na moja silną wolę, to chyba powinno być karane:-P
Jesień rozgościła się też w naszym ogródku.
A teraz pora na śledzie. Mi się one kojarzą głównie z Bożym Narodzeniem, ale kiedy szukałam przepisu przypomniałam sobie, że przecież można je zrobić również normalnie:)
Świeże śledzie, albo tuszki pozbawiamy kręgosłupów i czego tam trzeba. Zanurzamy w mące z obu stron i na gorący olej, wysmażyć na chrupko. Kiedy śledzie stygną robimy zalewę.
5łyżek cukru, 3łyżki soli, pół szklanki octu 10% i 4 szklanki wody. Kiedy zalewa się zagotuje na kilka minut dorzucamy do niej pokrojona w plasterki cebulę, niech sie pogotuje. Potem studzimy i zimną zalewamy śledzie ułożone w jakiejś misce. Nie radzę zalewać ciepłą ani tym bardziej gorącą ponieważ moje doświadczenie mówi, że ze śledzików robi się breja. Ale no cóż musiałam spróbować , bo byłoby szybciej :))). Zalewa starcza na zalanie ok.3 kg śledzi.
Zdjęć śledzi nie mam ale jak tylko zrobię to uwiecznię:))
A i jeszcze Kuba mi napisał, że po oglądnięciu Aut wpisał w Google "spyry i wądoły" A tam na drugiej pozycji mój blog. Nieźle, nieźle, co to można w internetach znaleźć:)))
Na razie chwila na poważnie.
Wczoraj miałam okazję odbyć różne rozmowy. Wytrąciły mnie nieco z samozadowolenia. Z jednej strony dobrze, bo od razu popatrzyłam inaczej na niektóre moje zachowania wobec najbliższych. Zobaczyłam, że cały czas mam tendencję do szukania spokoju, co więcej ma być tak jak ja chcę! Często niedostatecznie wchodzę w problemy jakie zaprzątają małe główki, lekceważąc ich wagę. Tylko z tego powodu, że mi wydają się błahe. Trochę mną to potrząsnęło. W związku z tym mogę do wczorajszego wpisu dodać, że ED także dla mnie jest ratunkiem, dla moich relacji z dziećmi. Ja widocznie na wszystko potrzebuje dużo więcej czasu.
Dodatkowym wnioskiem jest to, że jestem beznadziejna:)
Na szczęście mój Ukochany stoi czujnie na straży i wybija mi z głowy tego typu pomysły. Po cichu jednak chwilami się nad sobą roztkliwiam. Dzięki Bogu jednak mamy nowy dzień i możemy zacząć wszystko od nowa i powalczyć by było lepiej.
Dziś w nocy były już u nas przymrozki, ale wczoraj dzieci spokojnie hasały po okolicach, w porywach niektórzy nawet w krótkich rękawkach.
Przypomniało mi to, że niektóre zabawy są naprawdę ponadczasowe.
Korzystając z okolicznych nieużytków młodsi urządzili sobie "bazę" i lepili kulki z piasku jako broń. Jako żywo nie podpowiadałam im, ale dokładnie takie zabawy pamiętam z dzieciństwa.
Pażdziernik jest piękny, odkrywam go na nowo. Ostatnio kojarzy mi się z dyniami. Bo u nas dynie są wszędzie:) W domu
i w zagrodzie to jest ogrodzie.
Gdziekolwiek się udamy to leżą stosy dyń. Małych, dużych, pomarańczowych, szarych, zielonych. A u nas sernik dyniowy, racuchy dyniowe, ciasteczka a jakże z dyni...
Mamy też kabaczki:)
Mnóstwo świetnych przepisów znalazłam dzięki Mamie z Dużego Domu, która poleciła mi stronę
www.mojewypieki.com.
Muszę jej złożyć osobne podziękowania, bo bardzo źle wpłynęła na moja silną wolę, to chyba powinno być karane:-P
Jesień rozgościła się też w naszym ogródku.
A teraz pora na śledzie. Mi się one kojarzą głównie z Bożym Narodzeniem, ale kiedy szukałam przepisu przypomniałam sobie, że przecież można je zrobić również normalnie:)
Świeże śledzie, albo tuszki pozbawiamy kręgosłupów i czego tam trzeba. Zanurzamy w mące z obu stron i na gorący olej, wysmażyć na chrupko. Kiedy śledzie stygną robimy zalewę.
5łyżek cukru, 3łyżki soli, pół szklanki octu 10% i 4 szklanki wody. Kiedy zalewa się zagotuje na kilka minut dorzucamy do niej pokrojona w plasterki cebulę, niech sie pogotuje. Potem studzimy i zimną zalewamy śledzie ułożone w jakiejś misce. Nie radzę zalewać ciepłą ani tym bardziej gorącą ponieważ moje doświadczenie mówi, że ze śledzików robi się breja. Ale no cóż musiałam spróbować , bo byłoby szybciej :))). Zalewa starcza na zalanie ok.3 kg śledzi.
Zdjęć śledzi nie mam ale jak tylko zrobię to uwiecznię:))
A i jeszcze Kuba mi napisał, że po oglądnięciu Aut wpisał w Google "spyry i wądoły" A tam na drugiej pozycji mój blog. Nieźle, nieźle, co to można w internetach znaleźć:)))
środa, 7 października 2015
To co zwykle
Trudno mi dorwać komputer:) Pomimo, że internet już działa. Dzieje się wiele a w przerwach zapadam na jesienną chorobę zwaną : może coś poczytam:) nie jest to nic absolutnie ambitnego. Właściwie raczej coś co pozwala wyłączyć mózg. Lekkie angielskie kryminały, nawet nieco nudne przy którymś kolejnym bo przewidywalne. Jako wygaszacz podenerwowania doskonałe. Lub szydełko.
Prekursorzy nie maja łatwo:) Nachodzą mnie wątpliwości czy dobrze zrobiliśmy zostając pod opieką szkoły, która nie ma doświadczenia w edukacji domowej i w sumie też narzędzi wsparcia. Są zestresowani tym, że mają przeegzaminować nasze dzieci, a z drugiej strony materiał musimy z nich wyciskać. Wobec braków w wiadomościach i nieumiejętności robienia np. notatek chwilowo niektórzy są mocno sfrustrowani. Dotykamy jakiegoś zagadnienia i musimy się cofnąć. Jaś jest w klasie politechnicznej i np. nie może ruszyć kinematyki bo leżą funkcje trygonometryczne. Trygonometria chwilowo przystopowała, bo trzeba powtórzyć funkcje kwadratowe. Marysia ma etap: po co mi to wiedzieć. Nauczona przez wiele lat szkolnych, że oceniana jest odtąd dotąd ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że wąż Eskulapa, o którym uczy się na biologii ma powiązania z Asklepiosem i mitami greckimi, całym ziołolecznictwem. Chyba o nią boję się najbardziej, bo chwilowo ma postawę : dajcie mi spokój. A spokoju dać nie możemy. A przez podejście szkoły boimy się działać inaczej, projektowo, indywidualnie. Moje bardziej doświadczone koleżanki uspokajają, że ten pierwszy semestr jest zawsze najgorszy, kryzysowy.
Zosia musiała cofnąć się do swojej siostry do klasy niżej , bo również miała braki z matmy. Wiecie jakie to obraźliwe, że musiała robić TE same zadania co Hania.
Po Hani natomiast widzę skutki pójścia rok wcześniej. Ta słynna czwarta klasa jest dla niej bardzo trudna.
I choć jest teraz ciężko, przypomina to przedzieranie się przez kolczasty żywopłot dodatkowo urozmaicony minami to widzę , że ratuje to moje dzieci. Nie wiem jak wyglądałaby matura Jasia, może dołączyłby do grona tych, którzy zaniżają wyniki z matematyki i nad którymi płacze system: polskie dzieci nie umieją matematyki! Bo trója czy dwója z jakiegoś działu, przemknięcie w cieniu nie dają możliwości dalszej pracy tylko powodują nawarstwianie braków. Marysia ma ciężki czas, kiedy musi odkryć to co ją interesuje, kim jest i czego w życiu chce. Hania mam nadzieję łagodniej przejdzie przez swoje trudności.
Jedyny który jest w pełni zadowolony to Józio, ale on jest szczęściarzem. Nie miał do czynienia ze szkolną nauką, jest nieskażony:) I już wiemy : lubi czytać i bardzo chce, świetnie zapamiętuje słówka np. w angielskim, natomiast nie lubi szlaczków, pisania, rysowania.
Ale kwitną relacje między nimi:) I wbrew czarnej scenerii opisanej powyżej przez większą część czasu są uśmiechnięci i zadowoleni. Starsi zwłaszcza od momentu kiedy powrócił internet. A i jeszcze Jasiu uczy się angielskiego oglądając odcinki House'a po angielsku. Po czym chwali się:
-Ja mam bogate słownictwo, zwłaszcza medyczne.
Na co Marysia:
-A ja nie mogę grać w gry i dlatego nie miałam okazji podszkolić się w angielskim...
Pozostawię bez komentarza.
W niedzielę rano w kuchni. Jaś pyta Zośkę:
-Od której strony obiera się ogórka?
-Od zielonej!
Muszę utrzymać pion. I dlatego szybko popełniłam czapeczkę dla Piotrka. Wszak idzie ochłodzenie. Poprzednią gdzieś posiał:) Minus tego jest taki, że ustawiła się kolejka, bo oni też chcą. Każdy inną. Józio oczywiście jaką , no jaką? Indiańską!
Bardzo ruchliwy ten model:)
A właśnie skojarzyło mi się. W nocy wyłazi z łóżeczka, żeby się pobawić a potem płacze. Taki mały dodatek, żebyśmy nie koncentrowali się tylko na ED:)
Prekursorzy nie maja łatwo:) Nachodzą mnie wątpliwości czy dobrze zrobiliśmy zostając pod opieką szkoły, która nie ma doświadczenia w edukacji domowej i w sumie też narzędzi wsparcia. Są zestresowani tym, że mają przeegzaminować nasze dzieci, a z drugiej strony materiał musimy z nich wyciskać. Wobec braków w wiadomościach i nieumiejętności robienia np. notatek chwilowo niektórzy są mocno sfrustrowani. Dotykamy jakiegoś zagadnienia i musimy się cofnąć. Jaś jest w klasie politechnicznej i np. nie może ruszyć kinematyki bo leżą funkcje trygonometryczne. Trygonometria chwilowo przystopowała, bo trzeba powtórzyć funkcje kwadratowe. Marysia ma etap: po co mi to wiedzieć. Nauczona przez wiele lat szkolnych, że oceniana jest odtąd dotąd ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że wąż Eskulapa, o którym uczy się na biologii ma powiązania z Asklepiosem i mitami greckimi, całym ziołolecznictwem. Chyba o nią boję się najbardziej, bo chwilowo ma postawę : dajcie mi spokój. A spokoju dać nie możemy. A przez podejście szkoły boimy się działać inaczej, projektowo, indywidualnie. Moje bardziej doświadczone koleżanki uspokajają, że ten pierwszy semestr jest zawsze najgorszy, kryzysowy.
Zosia musiała cofnąć się do swojej siostry do klasy niżej , bo również miała braki z matmy. Wiecie jakie to obraźliwe, że musiała robić TE same zadania co Hania.
Po Hani natomiast widzę skutki pójścia rok wcześniej. Ta słynna czwarta klasa jest dla niej bardzo trudna.
I choć jest teraz ciężko, przypomina to przedzieranie się przez kolczasty żywopłot dodatkowo urozmaicony minami to widzę , że ratuje to moje dzieci. Nie wiem jak wyglądałaby matura Jasia, może dołączyłby do grona tych, którzy zaniżają wyniki z matematyki i nad którymi płacze system: polskie dzieci nie umieją matematyki! Bo trója czy dwója z jakiegoś działu, przemknięcie w cieniu nie dają możliwości dalszej pracy tylko powodują nawarstwianie braków. Marysia ma ciężki czas, kiedy musi odkryć to co ją interesuje, kim jest i czego w życiu chce. Hania mam nadzieję łagodniej przejdzie przez swoje trudności.
Jedyny który jest w pełni zadowolony to Józio, ale on jest szczęściarzem. Nie miał do czynienia ze szkolną nauką, jest nieskażony:) I już wiemy : lubi czytać i bardzo chce, świetnie zapamiętuje słówka np. w angielskim, natomiast nie lubi szlaczków, pisania, rysowania.
Ale kwitną relacje między nimi:) I wbrew czarnej scenerii opisanej powyżej przez większą część czasu są uśmiechnięci i zadowoleni. Starsi zwłaszcza od momentu kiedy powrócił internet. A i jeszcze Jasiu uczy się angielskiego oglądając odcinki House'a po angielsku. Po czym chwali się:
-Ja mam bogate słownictwo, zwłaszcza medyczne.
Na co Marysia:
-A ja nie mogę grać w gry i dlatego nie miałam okazji podszkolić się w angielskim...
Pozostawię bez komentarza.
W niedzielę rano w kuchni. Jaś pyta Zośkę:
-Od której strony obiera się ogórka?
-Od zielonej!
Muszę utrzymać pion. I dlatego szybko popełniłam czapeczkę dla Piotrka. Wszak idzie ochłodzenie. Poprzednią gdzieś posiał:) Minus tego jest taki, że ustawiła się kolejka, bo oni też chcą. Każdy inną. Józio oczywiście jaką , no jaką? Indiańską!
Bardzo ruchliwy ten model:)
A właśnie skojarzyło mi się. W nocy wyłazi z łóżeczka, żeby się pobawić a potem płacze. Taki mały dodatek, żebyśmy nie koncentrowali się tylko na ED:)
piątek, 2 października 2015
Niech żyje Winnetou!
Dzięki za wszystkie podpowiedzi:)Pierwsza zadzwoniła do mnie Ola i podpowiedziała mi najprostszą rzecz na świecie, klasyk klasyki czyli Winnetou. W kolejce czekają już Bonanza i Dr Quinn:) a także Butch Cassidy i Sundance kid, albo odwrotnie:)
Mustang z Dzikiej Doliny po angielsku też otwiera nowe możliwości. Nie zginę z Waszą pomocą:))))Dzięki.
Rano podczas odrabiania szlaczków( to utrapienie Józia, ale tak cóż zrobić jak rączka nie rozćwiczona) chciałam mu puścić Winnetou czytane. Otworzyłam YT a tam pełno odcinków realizowanych przez RFNowską telewizję ( w Chorwacji zresztą). Przypomniało mi się dzieciństwo, wszak serial był realizowany w latach 60-tych. No, no premierowych odsłon nie oglądałam jakby co, tylko powtórki. I to kolejne!
Niemniej mój oporny synek szlaczki zrobił błyskawicznie, o spacerze mowy nie było i zasiadł do ogladania "Złota Apaczów". Jednym okiem oglądałam wraz z nim co by w razie czego interweniować... Józinek poprosił :
-Mogę jeszcze raz?
Po jakimś czasie z głębin jego sześcioletniej duszy wypłynęło wyznanie:
-To naj, najlepszy film na świecie!!!
Zawsze chciałam być Indianką:))))))
A pociąg dzisiaj był atakowany przez wózek z lalkami.....Takie z nich zakapiory.
Mustang z Dzikiej Doliny po angielsku też otwiera nowe możliwości. Nie zginę z Waszą pomocą:))))Dzięki.
Rano podczas odrabiania szlaczków( to utrapienie Józia, ale tak cóż zrobić jak rączka nie rozćwiczona) chciałam mu puścić Winnetou czytane. Otworzyłam YT a tam pełno odcinków realizowanych przez RFNowską telewizję ( w Chorwacji zresztą). Przypomniało mi się dzieciństwo, wszak serial był realizowany w latach 60-tych. No, no premierowych odsłon nie oglądałam jakby co, tylko powtórki. I to kolejne!
Niemniej mój oporny synek szlaczki zrobił błyskawicznie, o spacerze mowy nie było i zasiadł do ogladania "Złota Apaczów". Jednym okiem oglądałam wraz z nim co by w razie czego interweniować... Józinek poprosił :
-Mogę jeszcze raz?
Po jakimś czasie z głębin jego sześcioletniej duszy wypłynęło wyznanie:
-To naj, najlepszy film na świecie!!!
Zawsze chciałam być Indianką:))))))
A pociąg dzisiaj był atakowany przez wózek z lalkami.....Takie z nich zakapiory.
czwartek, 1 października 2015
Ostatni puzzel
Już pisałam, że lubimy puzzle:) Najwspanialej jest, gdy należy włożyć ostatni puzzel na swoje miejsce. Mały kawałeczek a powoduje, że obrazek jest pełny i ma sens.
U nas jest tak w tej chwili. Minął pierwszy miesiąc edukacji domowej, jestem zmęczona, cały czas na nogach, bez mego ukochanego świętego spokoju a jednocześnie mam wrażenie, że wszystko w końcu jest na swoim miejscu. Jestem z moimi dziećmi, spędzamy razem czas, odkrywamy świat...Nie jestem już firmą logistyczno-transportową. Wieczorem padam na twarz bez wyrzutów sumienia, że unikałam moich dzieci, szukałam chwili spokoju. Wieczorem wychodzę z moim mężem z miłym poczuciem, że dobrze i mi i dzieciom zrobi chwila odosobnienia.
A ile atrakcji po drodze!
Don Pedro dostał swój pierwszy w życiu pociąg. Oczywiście dla wszystkich stał się najatrakcyjniejszą zabawką na świecie. Zaczęły się budowania torów, tras, przeszkód, kozy i krowy goniące za pociągiem. Płynnie przeszliśmy do budowy kolei amerykańskiej i napadów indiańskich na pociągi. Stąd już tylko krok do świata Indian, historii Dzikiego Zachodu ( patrz Domek na prerii), gorączki złota. I tak powoli otwierają się przed nami kolejne interesujące furtki:))) Nie wiem co prawda czy się zmieścimy w programie MENu ale dzieciaki na pewno mają szanse na bycie erudytami:)
I tu mam pytanie: czy ktoś zna jakiś mało krwawy, lekki western? Najlepiej z pociągiem. Liczę na Was:)))
Po drodze są też trudności. Ten kryzysuje, bo musi przekopać się przez swoje zaniedbania zanim ruszy do przodu. Tamten ma problemy z koncentracją, 6 lat kończy dopiero w listopadzie i to widać. Ta lektura jest nudna i wcale Jej nie interesuje jak się skończy. A Ta jeszcze leje łzy jak jej coś nie wychodzi. A co najważniejsze wszyscy znają lekarstwo na bolączki pozostałych i szczerze mówiąc mądrzą się straszliwie. Tylko nie wtedy kiedy trzeba:)))
Jak Asia:
-To jest proste jak...żołędź!!!
Po drodze są również ogórki do zrobienia, powidła i kapusta kiszona:)
No i brak internetu. Według przysłowia: szewc bez butów chodzi. Padł router, który jakoś rozsyłał internet po całym domu. W związku z tym mój komputer, który ma internet własny jest okupowany od rana do wieczora. A to nauka języków, praca o strojach w starożytnym Rzymie, Zemsta Aleksandra Fredry do obejrzenia, zadania z fizyki, sprawdzian z oświecenia....Ot prosty powód niepisania. Ale jest szansa, bo niebawem ma się pojawić nowy router i będę mogła pisać ( za czym się stęskniłam). Będę mogła również na Was przetestować taki mały pomysł:) Nie uciekać proszę!!!
Asia ma bluzę z napisem: Bardzo kocham mojego tatę. Podchodzi do własnego ojca i żąda:
-Przeczytaj mi!- tu wypina dumnie pierś
-Bardzo kocham mojego tatę- czyta posłusznie rodziciel, zadowolony z przesłania:))
-Ja też, ja też!-woła dziewczę.
U nas jest tak w tej chwili. Minął pierwszy miesiąc edukacji domowej, jestem zmęczona, cały czas na nogach, bez mego ukochanego świętego spokoju a jednocześnie mam wrażenie, że wszystko w końcu jest na swoim miejscu. Jestem z moimi dziećmi, spędzamy razem czas, odkrywamy świat...Nie jestem już firmą logistyczno-transportową. Wieczorem padam na twarz bez wyrzutów sumienia, że unikałam moich dzieci, szukałam chwili spokoju. Wieczorem wychodzę z moim mężem z miłym poczuciem, że dobrze i mi i dzieciom zrobi chwila odosobnienia.
A ile atrakcji po drodze!
Don Pedro dostał swój pierwszy w życiu pociąg. Oczywiście dla wszystkich stał się najatrakcyjniejszą zabawką na świecie. Zaczęły się budowania torów, tras, przeszkód, kozy i krowy goniące za pociągiem. Płynnie przeszliśmy do budowy kolei amerykańskiej i napadów indiańskich na pociągi. Stąd już tylko krok do świata Indian, historii Dzikiego Zachodu ( patrz Domek na prerii), gorączki złota. I tak powoli otwierają się przed nami kolejne interesujące furtki:))) Nie wiem co prawda czy się zmieścimy w programie MENu ale dzieciaki na pewno mają szanse na bycie erudytami:)
I tu mam pytanie: czy ktoś zna jakiś mało krwawy, lekki western? Najlepiej z pociągiem. Liczę na Was:)))
Po drodze są też trudności. Ten kryzysuje, bo musi przekopać się przez swoje zaniedbania zanim ruszy do przodu. Tamten ma problemy z koncentracją, 6 lat kończy dopiero w listopadzie i to widać. Ta lektura jest nudna i wcale Jej nie interesuje jak się skończy. A Ta jeszcze leje łzy jak jej coś nie wychodzi. A co najważniejsze wszyscy znają lekarstwo na bolączki pozostałych i szczerze mówiąc mądrzą się straszliwie. Tylko nie wtedy kiedy trzeba:)))
Jak Asia:
-To jest proste jak...żołędź!!!
Po drodze są również ogórki do zrobienia, powidła i kapusta kiszona:)
No i brak internetu. Według przysłowia: szewc bez butów chodzi. Padł router, który jakoś rozsyłał internet po całym domu. W związku z tym mój komputer, który ma internet własny jest okupowany od rana do wieczora. A to nauka języków, praca o strojach w starożytnym Rzymie, Zemsta Aleksandra Fredry do obejrzenia, zadania z fizyki, sprawdzian z oświecenia....Ot prosty powód niepisania. Ale jest szansa, bo niebawem ma się pojawić nowy router i będę mogła pisać ( za czym się stęskniłam). Będę mogła również na Was przetestować taki mały pomysł:) Nie uciekać proszę!!!
Asia ma bluzę z napisem: Bardzo kocham mojego tatę. Podchodzi do własnego ojca i żąda:
-Przeczytaj mi!- tu wypina dumnie pierś
-Bardzo kocham mojego tatę- czyta posłusznie rodziciel, zadowolony z przesłania:))
-Ja też, ja też!-woła dziewczę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)