Za nami weekend. Pod koniec tygodnia miałam lęk w oczach jak to wszystko zorganizować. Jak zwykle zresztą. Dobrze, że łóżko stoi. Dalej trwam w zachwycie. I jak patrzę na Ukochanego i Jasia jak rozpiera ich duma pod wpływem naszych zachwytów to myślę, że wiem co powodowało, że powstawały katedry, wynalazki i dzieła sztuki. Mężczyźni potrzebują uznania ze strony swych kobiet i wtedy są gotowi tworzyć, przekraczać granice, dawać z siebie wszystko...To taki wniosek ad hoc.
Co prawda jak znam życie to nasze łóżko pozostanie na dłuższy czas w stanie niezabejcowanym. Nie ma kiedy. A mąż kupił piękną bejcę, kolor palisander. To taki nasz wewnętrzny kod i żart.
Pewno znacie Basila Fawltego z Hotelu Zacisze. To jedna z bardziej przez nas lubianych postaci, jednocześnie cholernie denerwująca. Osobnym studiom można by poddać relacje panujące w jego małżeństwie:) Może kiedyś to zrobię:)))) Jest taki odcinek pt."Trup i śledzie". Jeden z gości hotelowych zamawia śniadanie do pokoju. Ma wybór: kawa czy herbata, śniadanie angielskie czy kontynentalne. Basil wkurzony, bo oznacza to jego wcześniejszą pobudkę sarka i pod nosem dodaje:
-Dąb czy palisander?
Na pytanie gościa, który nie dosłyszał odpowiada, że chodzi o tacę do śniadania. No więc u nas jest palisander. I za chiny nie wiem jaki to kolor. Będę miała niespodziankę:)
Ten tydzień jest pod znakiem pergoli, a nawet pergoli wersja 2. Dookoła naszego tarasu wymarzyłam sobie ścianę zieleni, dającą nieco prywatności i w gorące lato( tak mają być gorące i słoneczne) miły cień. U kuzynki Ukochanego taras jest pięknie obrośnięty winoroślą. Zawsze bałam się, że to nie na nasz północny, nadmorski klimat. Kuzynka męża mieszka jednak w Łebie a to jeszcze bardziej na północ i nad otwartym morzem. Pergola więc jesienią stanęła. Przy naszej rodzinnej megalomanii, nie byłą jak początkowo zaplanowano 2 metrowa, tylko trzy i to zrobiło, jak się okazało istotną różnicę.Obsadzona wątłymi kijkami, które mają stać się pięknymi latoroślami nie przetrzymała zimowych huraganów. Pięknie się przekrzywiła a następnie złożyła. Jak na jej wysokość i nasze wiatry miała za małe, betonowe stopy. Teraz już Jaś z Jackiem wykopali 1,5 metrowe doły, beton zakupiony i można stawiać. A większość patyczków ma pąki:) Tylko dwa nie przeżyły zimy. Dzieci pouczone, że nie mają młodych listków wykorzystywać do sałatek oczekują winogron. To jest właśnie w dzieciach cudowne.Mama powiedziała, że to krzewy winorośli to oczywiste jest, że będą winogrona:)
Coś wygląda, że to będzie długi post, bo nie mogę przejść do meritum:)
W sobotę mieliśmy rocznicę Komunii Hani. Z żalem muszę stwierdzić, że większość czasu i sił zajęło mi uciszanie Piotrusia. Mały cwaniak momentalnie wyczuł, że w kaplicy katedralnej jest świetna akustyka i może ją wykorzystać do własnych celów. Bo mamusi i tatusiowi zależy na tym, by nie hałasował. Naprawdę czasami dzieciobójstwo nie wydaje mi się aż tak odrażającą zbrodnią, albo może nie dzieciobójstwo tylko zaklejenie otworu gębowego srebrną taśmą. Wiele naczytałam się , ba przetestowałam w praktyce o nie uleganiu małemu przestępcy. Np. właśnie jak chce coś wymusić płaczem to nie reagować, przeczekać, spróbować zainteresować czymś innym, w zależności od wieku. Tylko jak to zrobić podczas mszy w bardzo akustycznej katedrze???
Była świetna zabawa, mama jak wytresowana na dźwięk przeraźliwego pisku wynosiła synka na zewnątrz, potem można było wracać, co mama czyniła chętnie, bo chciała uczestniczyć we mszy i od nowa. Super zabawa!
Dołączyła się Asia. Tu trochę sytuację opanowaliśmy, przynajmniej po, zabraniając lodów. Niestety złe zachowanie ma swoje konsekwencje. Asia to mocno przeżyła i pomimo, że na koniec pod pewnymi warunkami dostałą niewielką ilość przysmaku kara mocno w nią zapadła.
Skąd wiemy? Bo już w niedzielę była kolejna próba. Pierwsza Komunia naszej chrześniaczki, córki naszych przyjaciół, którą zresztą własnoręcznie odbierałam przy porodzie. Mieszkamy w tym samym mieście, dzieci mamy w podobnym wieku, z tym, że Ania i Leszek mają 7 córek i jednego syna. I od dwóch lat nie możemy z Anią się spotkać na pogaduchy. Tak od porodu Piotrusia. A to naprzemienne choroby, awarie samochodów albo zwykłe, intensywne życie. Spotykałyśmy się gdzieś w przelocie lub na krótkie telefony. Ponieważ to zawsze Ania dbała o kontakt telefoniczny, ja tylko myślę, by zadzwonić i zapominam, w momencie, gdy miała dość ( o czym mi uczciwie powiedziała) i telefony zrobiły się rzadkie. Gdzie te czasy, gdy mieszkałyśmy obok siebie? Ale z przyjaźnią jest cudownie, bo pomimo długiego nie widzenia się mogliśmy po krótkim serwisie informacyjnym "co się zmieniło" wrócić do głębszych i serdecznych rozmów jakbyśmy się wczoraj rozstali:) A i dzieci przypomniały sobie, że przecież bardzo się lubią. Zabawa była wspaniała i miły czas. To była dobra niedziela. Potem tylko jeszcze odebrać Martę z monastyru w Grabowcu i pomóc Stachowi zebrać rzeczy po kolejnych targach. No i na koniec głosowanie. Nie wiem jaka byłą ogólnie frekwencja, ale w naszej wsi naprawdę duża. Wieczorem przy wiadomościach i wynikach exit poll siedział mąż i oczywiście z satysfakcją mnie poinformował o wydarzeniach. Natomiast rano, już przed 5 (!) wiadomości sprawdzali nasi synkowie. Obudził mnie mąż czytając na głos psalmy, ale za chwilę zniknął. No ratunku! O 6 rano w kuchni toczyły się gorące rozmowy o możliwościach, marzeniach a wszystko oczywiście w kontekście polityki.
Piotruś pięknie siada na nocnik. Co prawda na razie bez sukcesów, ale kierunek słuszny. Jak my po 21 latach będziemy żyli bez pieluch? To jednak wciąga.
Pierwsze zdanie Pitiego to nie było "mama daj", "cie mamy" albo coś podobnego tylko:
-Eście laz!- co oznacza jeszcze raz! Oczywiście do braci i sióstr, którzy podrzucają, podnoszą, wsadzają, gdzie nie powinni, noszą na barana, kopią piłkę. Mały facecik zalewa się śliną z radości, łzy szczęścia ciekną mu po policzkach i woła:
-Eście laz!
Mi zamiera w gardle serce, ale nauczona doświadczeniem nic już nie mówię. W takich chwilach jestem intruzem, przeszkadzaczem:).
Tu chwilowo litościwie skończę.
poniedziałek, 11 maja 2015
sobota, 9 maja 2015
Dajenu
Moje nastroje są jak pogoda w kwietniu co to przeplata:)
Tytułowe dajenu to "już by wystarczyło nam" z modlitwy. Kilka dni z pięknym słońcem, mąż który nadal cierpi na ślepotę i jest we mnie zakochany, dzieci, z którymi trzeba nieustannie prowadzić rozmowy ale takie cudowne i piękne łóżko. To już wystarczy, by dziękować Bogu Ojcu. By widzieć Jego wielką miłość do mnie. Tych kilka faktów powoduje, że mogę śpiewać dajenu i dziękować Panu Bogu. To są te chwile, które usiłuje zachować w pamięci, gdy przychodzi czas próby i wydaje mi się, że wszystko jest straszne. Niby mam nadal dzieci, kochającego męża ale nie umiem spojrzeć na życie i jego wydarzenia z wiarą i wtedy tylko marudzę, szemram/szemrzę jak ten strumyk. Tak nieustannie.
Ale teraz mam czas wielkiej wdzięczności w sercu pomimo wielu niezałatwionych spraw, różnych trudnych decyzji do podjęcia, zasypującej roboty i nie najlepszej kondycji finansowej. Dajenu!
Łóżko jest piękne, rustykalne, przyjemnie wysokie. Nasz kot od razu je docenił:))) Nie ma jeszcze węzgłowia i baldachimu więc nie ma zdjęcia. A i jeszcze jest nie pomalowane bejcą, ale musieliśmy, po prostu musieliśmy się na nim przespać:)
Marta za chwilę jedzie do Grabowca, do sióstr betlejemitek na dni skupienia i rozeznawania swojego powołania. Rozważa wyjazd na dalszy ciąg studiów do Wrocławia. Ciągną ją tam nie tylko studia. Jest dorosła, chce się usamodzielnić, rozeznać z bliska czy to ten mężczyzna. No zobaczymy. Wolałabym oczywiście to kontrolować:) Więc pewno lepiej jak będzie dalej...
Jacek z kolei jest umówiony na spotkanie ze znajomym aktorem, bo ma szereg pytań o aktorskie życie. Chciałby studiować w szkole teatralnej (jak dla nas to najlepiej specjalność kabaret) ale poważnie zastanawia się czy można wtedy być normalnym człowiekiem. No jaki mądry! To po mamusi;-)
Czekają nas jeszcze rozmowy w szkole u Jasia. Musi się przenieść do klasy mat-fiz. Jest w biol-chem. Może to już nudne, ale się powtórzę. Liceum ogólnokształcące nie jest ogólnokształcące. Dzeicko już na poziomie gimnazjum musi wiedzieć co chce dalej robić, bo jeśli nie może się zdecydować to będzie miało po 7 godzin chemii i biologii zamiast historii czy matematyki. I z klasy biol-chem nie pójdzie na politechnikę czy studia humanistyczne. Tak jak z mat-fizu na medycynę czy farmację. Wkurza mnie to setnie. A już z ograniczaniem godzin historii to jest wielka granda, chyba chodzi o hodowanie bezmózgów. Ostatnio był taki sondaż, bo rocznica zakończenia II wojny światowej, i młodzi ludzie nie wiedzieli co oznacza skrót "SS". Naprawdę Niemcy świetnie czyszczą pamięć ludziom. Może zamiast durnowatych telenowel puścić ze dwa razy "Stawkę większą niż życie". Film trochę zalatuje propagandą ale trzeba przyznać, że jest inteligentny. I ustawia granicę między winnymi i ofiarami. Jak to ktoś powiedział naziści to nie byli kosmici, jacyś oni tylko ludzie z krwi i kości, których potomkowie żyją za naszą zachodnią granicą, mają się dobrze i rządzą Europą powoli przyjmując rolę tych skrzywdzonych. I nie chodzi o zemstę, trzeba wybaczyć ale o pamięć. I reparacje. Od razu bylibyśmy lepiej ustawieni. A tak klęczymy przed nimi z wdzięcznością, że nam rzucą jakiś ochłap. No i znowu polityka. A zaczęło się od szkoły.
To tylko pokazuje jak ważne jest to czego uczymy nasze dzieci. Na razie wychowujemy tylko naśladowców, z kompleksem niższości i piętnem niewolników. Niestety.
Ale miał to być miły blog:)
Na szydełku zaczął się etap pingwinków, później pokażę bo teraz nie mam już czasu. No i zaczęłam robić dywanik do łazienki jako wstęp do dywaników do dziewczynek. A na horyzoncie, ale chyba już wakacyjnie jawi mi się piękna narzuta na nasze cudne łóżko. Tylko ponieważ wymyśliłam, ze ma zwisać do ziemi ( a to dlatego, że przestrzeń pod łóżkiem zaraz zostanie zagospodarowana) trochę to potrwa i muszę najpierw napisać kilka artykułów, żeby zarobić na materiał:) No i na monopłetwę dla mojego męża na 45-te urodziny. To na lipiec, jeszcze mam szansę. Tylko nie mam pojęcia, gdzie się takie coś kupuje. Ale w nagrodę będę miała Syrena:))))
Tytułowe dajenu to "już by wystarczyło nam" z modlitwy. Kilka dni z pięknym słońcem, mąż który nadal cierpi na ślepotę i jest we mnie zakochany, dzieci, z którymi trzeba nieustannie prowadzić rozmowy ale takie cudowne i piękne łóżko. To już wystarczy, by dziękować Bogu Ojcu. By widzieć Jego wielką miłość do mnie. Tych kilka faktów powoduje, że mogę śpiewać dajenu i dziękować Panu Bogu. To są te chwile, które usiłuje zachować w pamięci, gdy przychodzi czas próby i wydaje mi się, że wszystko jest straszne. Niby mam nadal dzieci, kochającego męża ale nie umiem spojrzeć na życie i jego wydarzenia z wiarą i wtedy tylko marudzę, szemram/szemrzę jak ten strumyk. Tak nieustannie.
Ale teraz mam czas wielkiej wdzięczności w sercu pomimo wielu niezałatwionych spraw, różnych trudnych decyzji do podjęcia, zasypującej roboty i nie najlepszej kondycji finansowej. Dajenu!
Łóżko jest piękne, rustykalne, przyjemnie wysokie. Nasz kot od razu je docenił:))) Nie ma jeszcze węzgłowia i baldachimu więc nie ma zdjęcia. A i jeszcze jest nie pomalowane bejcą, ale musieliśmy, po prostu musieliśmy się na nim przespać:)
Marta za chwilę jedzie do Grabowca, do sióstr betlejemitek na dni skupienia i rozeznawania swojego powołania. Rozważa wyjazd na dalszy ciąg studiów do Wrocławia. Ciągną ją tam nie tylko studia. Jest dorosła, chce się usamodzielnić, rozeznać z bliska czy to ten mężczyzna. No zobaczymy. Wolałabym oczywiście to kontrolować:) Więc pewno lepiej jak będzie dalej...
Jacek z kolei jest umówiony na spotkanie ze znajomym aktorem, bo ma szereg pytań o aktorskie życie. Chciałby studiować w szkole teatralnej (jak dla nas to najlepiej specjalność kabaret) ale poważnie zastanawia się czy można wtedy być normalnym człowiekiem. No jaki mądry! To po mamusi;-)
Czekają nas jeszcze rozmowy w szkole u Jasia. Musi się przenieść do klasy mat-fiz. Jest w biol-chem. Może to już nudne, ale się powtórzę. Liceum ogólnokształcące nie jest ogólnokształcące. Dzeicko już na poziomie gimnazjum musi wiedzieć co chce dalej robić, bo jeśli nie może się zdecydować to będzie miało po 7 godzin chemii i biologii zamiast historii czy matematyki. I z klasy biol-chem nie pójdzie na politechnikę czy studia humanistyczne. Tak jak z mat-fizu na medycynę czy farmację. Wkurza mnie to setnie. A już z ograniczaniem godzin historii to jest wielka granda, chyba chodzi o hodowanie bezmózgów. Ostatnio był taki sondaż, bo rocznica zakończenia II wojny światowej, i młodzi ludzie nie wiedzieli co oznacza skrót "SS". Naprawdę Niemcy świetnie czyszczą pamięć ludziom. Może zamiast durnowatych telenowel puścić ze dwa razy "Stawkę większą niż życie". Film trochę zalatuje propagandą ale trzeba przyznać, że jest inteligentny. I ustawia granicę między winnymi i ofiarami. Jak to ktoś powiedział naziści to nie byli kosmici, jacyś oni tylko ludzie z krwi i kości, których potomkowie żyją za naszą zachodnią granicą, mają się dobrze i rządzą Europą powoli przyjmując rolę tych skrzywdzonych. I nie chodzi o zemstę, trzeba wybaczyć ale o pamięć. I reparacje. Od razu bylibyśmy lepiej ustawieni. A tak klęczymy przed nimi z wdzięcznością, że nam rzucą jakiś ochłap. No i znowu polityka. A zaczęło się od szkoły.
To tylko pokazuje jak ważne jest to czego uczymy nasze dzieci. Na razie wychowujemy tylko naśladowców, z kompleksem niższości i piętnem niewolników. Niestety.
Ale miał to być miły blog:)
Na szydełku zaczął się etap pingwinków, później pokażę bo teraz nie mam już czasu. No i zaczęłam robić dywanik do łazienki jako wstęp do dywaników do dziewczynek. A na horyzoncie, ale chyba już wakacyjnie jawi mi się piękna narzuta na nasze cudne łóżko. Tylko ponieważ wymyśliłam, ze ma zwisać do ziemi ( a to dlatego, że przestrzeń pod łóżkiem zaraz zostanie zagospodarowana) trochę to potrwa i muszę najpierw napisać kilka artykułów, żeby zarobić na materiał:) No i na monopłetwę dla mojego męża na 45-te urodziny. To na lipiec, jeszcze mam szansę. Tylko nie mam pojęcia, gdzie się takie coś kupuje. Ale w nagrodę będę miała Syrena:))))
czwartek, 7 maja 2015
Mydło i powidło
No to przyjemność gastroskopii mam za sobą. Trochę miałam stracha. Popołudnie spędziliśmy w ogródku. W zeszłym roku zasadziliśmy dwie gruszki, dwie jabłonki ( w tym ukochana malinówka) i dwie śliwki. Teraz nam kwitnie po jednym drzewku z każdego rodzaju. Ciekawe o co chodzi? Pięknie kwitną szafirki i zaczynają truskawki. Trochę się obawiałam, bo nasza glina tworzy zbitą i super twardą skorupę, ale widać, że wszystko chce rosnąć. No i pojawiły się pierwsze listki malwy pod oknem sypialni. To takie moje sielskie marzenie, żeby pod oknem bujały nam się malwy. Co prawda zakwitną dopiero w przyszłym roku, ale to krok we właściwą stronę. No i dostałam dużo dalii, które dzisiaj wsadzaliśmy z Józiem. Józio bardzo pomagał, zwłaszcza przy podlewaniu, które kontynuował również w deszczu:)
Piotruś sam już nie wiedział czego pilnować i gdzie przeszkadzać.
Tatuś z Jasiem robią łóżko i to też jest bardzo interesujące.
Chyba zdecydujemy się zabrać wszystkie dzieci od Marysi w dół ze szkół i pociągnąć edukację domową. Nasz buntowniczy duch i silne wyobrażenie jak wychowywać swoje dzieci dają znać. Poza tym teraz szkoda mi dzieci, to wstawanie o 6 a często wracają koło 17, te godziny w korkach. A już chwilami miałam wizję, że zostaję sama w pustym domu i na trochę mam święty spokój. Ale to jeszcze nie teraz:)
Wczoraj w ramach odmóżdżania oglądałam "Sąsiadów" lub inaczej Pata&Mata. Można się pocieszyć, u nas w domu jednak wygląda to lepiej, nawet jak coś nie wychodzi;-)
W sobotę mamy rocznicę komunii Hani, a w niedziele Komunię naszej chrześniaczki. W niedzielę są też wybory. W naszym rozpolitykowanym domu skrzętnie udaje, że nie słyszę dyskusji zwłaszcza męskich na temat kandydatów. Ja już swojego mam, mam też przekonanie, że niestety nawet najlepszy prezydent jest tylko człowiekiem i nie będzie idealny.
Co prawda te wiadomości na temat znikającego tuszu w długopisach albo karty na których w odpowiednim miejscu znika napisany nawet moim długopisem krzyżyk są przerażające. Do ostatnich wyborów pomyślałabym, że to jednak rodzaj paranoi. Teraz już tak nie myślę. Natomiast dotarło do mnie, że my jesteśmy maleńkimi pionkami w rękach polityków i im niestety na pewno nie chodzi o nasze dobro. Tęsknię za prezydentem, który miałby sumienie. Bo nasz obecny ma chyba zanik pamięci krótkotrwałej, co 5 minut mówi coś innego. A chciałoby się szanować kogoś kto nas reprezentuje. A miało nie być o polityce....
Żeby zmienić temat. Coraz bliżej wakacje, już nie mogę się doczekać. Jedziemy do małej rybackiej wioski i jest to skutkiem kompromisu ( no i finansów). Ja bym chciała tak
A mój mąż tak:
brrr, jakoś mało lądu dookoła......
Piotruś sam już nie wiedział czego pilnować i gdzie przeszkadzać.
Tatuś z Jasiem robią łóżko i to też jest bardzo interesujące.
Chyba zdecydujemy się zabrać wszystkie dzieci od Marysi w dół ze szkół i pociągnąć edukację domową. Nasz buntowniczy duch i silne wyobrażenie jak wychowywać swoje dzieci dają znać. Poza tym teraz szkoda mi dzieci, to wstawanie o 6 a często wracają koło 17, te godziny w korkach. A już chwilami miałam wizję, że zostaję sama w pustym domu i na trochę mam święty spokój. Ale to jeszcze nie teraz:)
Wczoraj w ramach odmóżdżania oglądałam "Sąsiadów" lub inaczej Pata&Mata. Można się pocieszyć, u nas w domu jednak wygląda to lepiej, nawet jak coś nie wychodzi;-)
W sobotę mamy rocznicę komunii Hani, a w niedziele Komunię naszej chrześniaczki. W niedzielę są też wybory. W naszym rozpolitykowanym domu skrzętnie udaje, że nie słyszę dyskusji zwłaszcza męskich na temat kandydatów. Ja już swojego mam, mam też przekonanie, że niestety nawet najlepszy prezydent jest tylko człowiekiem i nie będzie idealny.
Co prawda te wiadomości na temat znikającego tuszu w długopisach albo karty na których w odpowiednim miejscu znika napisany nawet moim długopisem krzyżyk są przerażające. Do ostatnich wyborów pomyślałabym, że to jednak rodzaj paranoi. Teraz już tak nie myślę. Natomiast dotarło do mnie, że my jesteśmy maleńkimi pionkami w rękach polityków i im niestety na pewno nie chodzi o nasze dobro. Tęsknię za prezydentem, który miałby sumienie. Bo nasz obecny ma chyba zanik pamięci krótkotrwałej, co 5 minut mówi coś innego. A chciałoby się szanować kogoś kto nas reprezentuje. A miało nie być o polityce....
Żeby zmienić temat. Coraz bliżej wakacje, już nie mogę się doczekać. Jedziemy do małej rybackiej wioski i jest to skutkiem kompromisu ( no i finansów). Ja bym chciała tak
A mój mąż tak:
brrr, jakoś mało lądu dookoła......
środa, 6 maja 2015
Artykuł
Wczoraj dzień spędziłam przykładnie pisząc na ostatnią chwilę artykuł, załatwiając sprawy związane z edukacją domową itd. Już czułam się na jakiś tydzień wolnym człowiekiem, kamień spadł mi z serca, że się wyrobiłam. A tu nic z tego! artykuł za krótki i to dużo. Ma być dwa razy dłuższy.... A małżonek jako pierwszy konsultant też o tym wspominał, ale jakoś nie posłuchałam, bo on zawsze chce, żebym pisała więcej:*
No i musiałam odwołać ploteczki z miłą sąsiadką, z którą widuję się nader rzadko-za blisko mieszka....
Teraz głowa mi pęka od myślenia i już wymyśliłam. Chwila relaksu i postanowiłam napisać coś na blogu, to taka odmiana;-)
Wczoraj w nocy nagle poczułam na sobie małe łapki i delikatny głosik:
-A wies mamuś, ja umiem zlobić kucykowi kitka.
O matko, zejdę jak nic od tych niespodzianek. Chwilę trwało zanim dobudziłam swój mózg i mogłam sensownie zareagować na tę wstrząsającą wiadomość. Asia zamiast spać czesała kucyka i już umie mu zrobić kitki. No przyswoiłam, ale mało inteligentnie stwierdziłam:
-To świetnie kochanie, idź spać.
Następny poranek jak można się domyślić nie należał do najłatwiejszych. Asiuwa nie mogła się dobudzić.
U nas w domu jest nadzwyczaj muzykalnie. Każdy słucha czego innego i co najgorsze podśpiewuje z rozpędu. Jedynie Ukochany przedziera się ze swą ulubioną muzyką, bo nie ma słuchawek. A ma skrzywienie polegające na tym, że słucha w trupa jednej rzeczy. Jakiś czas temu byli to "Nędznicy", dzieci umiały już ich na pamięć. Marysia nawet, będąc jeszcze wtedy we wczesnej podstawówce śpiewała jeden z trudnych utworów z tego musicalu na konkursie piosenki angielskiej. Nie jakąś Abbę ( nie mam nic do Abby), ani Britney tylko śpiew ludu z barykady. Ha!
Niedawno był okres irlandzki czyli The Corrs i jak mówi mój miły pieszczotliwie żurawinki. Teraz jest hymn światowych Dni Młodzieży 2016 Kraków i to po hiszpańsku, bo ta wersja bardziej podoba się domownikom. Już znowu umieją to na pamięć.
Niemniej Corrsi dalej się przewijają i przy malowaniu sypilni oczywiście lecieli. Asia najpierw podśpiewywała z nimi a potem:
-Tato zmień to bo mnie wynudza.
Do Corrsów mój mąż ma jeszcze sentyment w związku z tym, że tworzy ( a raczej tworzyło) ją rodzeństwo. a to ciche marzenie mojego Ukochanego, że może kiedyś będzie Walczaks:) No on gitara, Marta skrzypce, Marysia teraz chce zacząć saksofon a Zosia perkusję. No, no...
Muszę wracać do moich wypocin ale na koniec chcę Wam polecić artykuł z portalu wrodzinie. Dziś rano się znowu zaplułam z radości. To wypisz, wymaluj nasza rzeczywistość. Małżonek również docenił.
http://wrodzinie.pl/atak-serca-u-meza-czyli-magnolia-kwitnie/
I ostatnia wiadomość kompucia mi już ostatecznie odmówiła współpracy, chwilowo korzystam z Marty, ale jak wychodzi na zajęcia to zabiera i jak ja będę pisać?????BUUUUUU!
Mój nadworny informatyk chwilowo stał się stolarzem, bo robi łóżko i nie mogę mu przeszkadzać w tym szlachetnym zajęciu więc sobie poczekam. Ciekawe czy uda się odzyskać milion moich zakładek, pobrań i takie tam.....
No i musiałam odwołać ploteczki z miłą sąsiadką, z którą widuję się nader rzadko-za blisko mieszka....
Teraz głowa mi pęka od myślenia i już wymyśliłam. Chwila relaksu i postanowiłam napisać coś na blogu, to taka odmiana;-)
Wczoraj w nocy nagle poczułam na sobie małe łapki i delikatny głosik:
-A wies mamuś, ja umiem zlobić kucykowi kitka.
O matko, zejdę jak nic od tych niespodzianek. Chwilę trwało zanim dobudziłam swój mózg i mogłam sensownie zareagować na tę wstrząsającą wiadomość. Asia zamiast spać czesała kucyka i już umie mu zrobić kitki. No przyswoiłam, ale mało inteligentnie stwierdziłam:
-To świetnie kochanie, idź spać.
Następny poranek jak można się domyślić nie należał do najłatwiejszych. Asiuwa nie mogła się dobudzić.
U nas w domu jest nadzwyczaj muzykalnie. Każdy słucha czego innego i co najgorsze podśpiewuje z rozpędu. Jedynie Ukochany przedziera się ze swą ulubioną muzyką, bo nie ma słuchawek. A ma skrzywienie polegające na tym, że słucha w trupa jednej rzeczy. Jakiś czas temu byli to "Nędznicy", dzieci umiały już ich na pamięć. Marysia nawet, będąc jeszcze wtedy we wczesnej podstawówce śpiewała jeden z trudnych utworów z tego musicalu na konkursie piosenki angielskiej. Nie jakąś Abbę ( nie mam nic do Abby), ani Britney tylko śpiew ludu z barykady. Ha!
Niedawno był okres irlandzki czyli The Corrs i jak mówi mój miły pieszczotliwie żurawinki. Teraz jest hymn światowych Dni Młodzieży 2016 Kraków i to po hiszpańsku, bo ta wersja bardziej podoba się domownikom. Już znowu umieją to na pamięć.
Niemniej Corrsi dalej się przewijają i przy malowaniu sypilni oczywiście lecieli. Asia najpierw podśpiewywała z nimi a potem:
-Tato zmień to bo mnie wynudza.
Do Corrsów mój mąż ma jeszcze sentyment w związku z tym, że tworzy ( a raczej tworzyło) ją rodzeństwo. a to ciche marzenie mojego Ukochanego, że może kiedyś będzie Walczaks:) No on gitara, Marta skrzypce, Marysia teraz chce zacząć saksofon a Zosia perkusję. No, no...
Muszę wracać do moich wypocin ale na koniec chcę Wam polecić artykuł z portalu wrodzinie. Dziś rano się znowu zaplułam z radości. To wypisz, wymaluj nasza rzeczywistość. Małżonek również docenił.
http://wrodzinie.pl/atak-serca-u-meza-czyli-magnolia-kwitnie/
I ostatnia wiadomość kompucia mi już ostatecznie odmówiła współpracy, chwilowo korzystam z Marty, ale jak wychodzi na zajęcia to zabiera i jak ja będę pisać?????BUUUUUU!
Mój nadworny informatyk chwilowo stał się stolarzem, bo robi łóżko i nie mogę mu przeszkadzać w tym szlachetnym zajęciu więc sobie poczekam. Ciekawe czy uda się odzyskać milion moich zakładek, pobrań i takie tam.....
poniedziałek, 4 maja 2015
O trzepaku
Poniższy tekst ukazał się na portalu kapcienaobcasach.pl. Jestem z niego dumna więc pozwolę sobie go przytoczyć, żeby i Wam kochani nie umknął. I nie ma to nic wspólnego z chwaleniem się, bo skromność to rzadka cecha i ja ją mam. To z kolei cytat ze śp. Biskupa Lecha Kaczmarka:)))
Nie wiem ilu spomiędzy Szanownych Czytelników pamięta siermiężne czasy PRL-u. W tamtych dawnych czasach na każdym podwórku stał trzepak i oprócz swojej oczywistej funkcji, był też centrum towarzyskim dla okolicznej hałastry. W ciągu dnia dla młodszych a wieczorami dla tych starszych, randkujących.
Z trzepaka można było zwisać, prowadzić rozmowy albo przywiązywać do niego gumę do skakania. Można było na nim odwieszać ubrania lub stanowił miejsce „zaklepywania” przy grze w chowanego.
Teraz, nawet jeśli gdzieniegdzie pojawia się trzepak to stoi pusty i żałosny, jakby nie pasujący do dzisiejszych czasów.
Dzieci już raczej nie wychodzą na podwórka, nie ganiają z rówieśnikami po całym osiedlu. Są prowadzane na spacery, zajęcia dodatkowe, zawsze pod kontrolą i opieką. To naturalne, że świat się zmienia ale nasze ograniczanie dziecięcej swobody i radości, tego naturalnego pędu do zabaw z okolicznymi rówieśnikami bierze się również z ograniczeń prawnych i narzuconych rodzicom powinności.
Nie ma już dzieci z kluczem na szyi, nie ma wiszenia na trzepaku. Na zjeżdżalnie i huśtawki wyprowadzamy dzieci i trzymamy je za rączkę, najlepiej ubrane w kask, ochraniacze a może i pełną piankową zbroję.
Dzieci na podwórku, same? Co za nieodpowiedzialność! Niebieska karta jak nic!
A przecież nie jest to zabronione. Jednak nikt nie chce zapracować na miano wyrodnego rodzica, niewydolnego wychowawczo, takiego który nie opiekuje się swoim dzieckiem. A przecież czasami tak miło byłoby coś zrobić w spokoju, a i potomstwo mogłoby odpocząć od naszego nieustannego towarzystwa. Bo do kiedy będziemy progeniturę prowadzać za rączkę? Sama siebie złapałam na myśli, że chyba do ślubu. Coś jest nie tak. Ograbiamy własne dziecko z relacji i doświadczeń.
A przecież wystarczy trochę zdrowego rozsądku. Rodzic mądry jest i sam oceni czy można wypuścić 6-cio latka na ciche wewnętrzne podwórko, albo czy 10 lat to dostateczny wiek, by młody człowiek mógł się sam bawić 9 pięter niżej, na ogromnym osiedlowym podwórku.
A co na to prawo?
Prawo ( kodeks wykroczeń) zabrania zostawiać małoletniego do lat 7 w okolicznościach mogących stwarzać zagrożenie pożarowe. Widocznie starszego można narazić na te okoliczności. Młodszego nie. Teraz jest pytanie czy na wspomnianym trzepaku zachodzą okoliczności sprzyjające wywołaniu pożaru? Ja osobiście mogłabym odpowiedzieć tak i nie. Gdyby tam były moje córki to nie, natomiast synkowie pożar mogą wywołać wszędzie.
Malucha do lat 7 dotyczy także zapis o zagrożeniu ze strony drogi publicznej i drogi szynowej. Oczywiście być tam nie może. Przypomnijmy tylko, że droga publiczna to droga gminna, powiatowa, krajowa, wojewódzka a nie osiedlowa, tudzież w obszarze zbudowanym. To nie są drogi publiczne! Ani szynowe.
No i paragraf 106 kodeksu wykroczeń, gdzie czytamy , że jeśli mamy obowiązek opieki nad małoletnim do 7 r.ż i nie dopilnujemy by nie znalazł się w niebezpieczeństwie lub sytuacji zagrożenia podlegamy karze. Tylko co to znaczy? Czy plac zabaw stwarza zagrożenia? Stwarza. Czy kontakt z drugim małoletnim stwarza zagrożenia? Stwarza. Czy kontakt z rodzicem stwarza zagrożenia? Stwarza, chociażby przez roznoszenie chorób przy przytulaniu i całuskach. To pojęcia bardzo szerokie. Znowu wszystko zależy od rozsądku rodzica. A i tak nie ma gwarancji. Jeden z naszych synów, już w wieku powyżej 7 lat, ale niewiele, wyszedł dwa kroki poza obręb naszego ogródka i przewracając się nadział na pręt zbrojeniowy z gruzu, którym wysypana została droga osiedlowa, dojazdowa do posesji. Konieczna była interwencja chirurga dziecięcego. A tym razem naprawdę nic nie broił. W innych przypadkach, kiedy chłopaki wymyślają rzeczy od których włos jeży mi się na głowie nic się nie dzieje i narażam się tylko na zarzut psucia świetnej zabawy.
Nie wspominałam jeszcze o tym, że często ja jako matka histerycznie reaguję na zabawy, które tatuś przyjmuje z całkowitym spokojem. Sam się w nie bawił. Ponieważ nie chcę narażać się na niebieską kartę nie podam przykładów.
Na pewno nasze dzieci mają więcej możliwości rozwijania się, ale często za to są ograniczane w kontaktach z rówieśnikami, w zbieraniu własnych doświadczeń. Nie dziwmy się zatem, że siedzą przed komputerami i nurzają w świecie wirtualnym. Może tam odnajdują to co im odbieramy i co chcemy kontrolować?
Swobodę.
Nie wiem ilu spomiędzy Szanownych Czytelników pamięta siermiężne czasy PRL-u. W tamtych dawnych czasach na każdym podwórku stał trzepak i oprócz swojej oczywistej funkcji, był też centrum towarzyskim dla okolicznej hałastry. W ciągu dnia dla młodszych a wieczorami dla tych starszych, randkujących.
Z trzepaka można było zwisać, prowadzić rozmowy albo przywiązywać do niego gumę do skakania. Można było na nim odwieszać ubrania lub stanowił miejsce „zaklepywania” przy grze w chowanego.
Teraz, nawet jeśli gdzieniegdzie pojawia się trzepak to stoi pusty i żałosny, jakby nie pasujący do dzisiejszych czasów.
Dzieci już raczej nie wychodzą na podwórka, nie ganiają z rówieśnikami po całym osiedlu. Są prowadzane na spacery, zajęcia dodatkowe, zawsze pod kontrolą i opieką. To naturalne, że świat się zmienia ale nasze ograniczanie dziecięcej swobody i radości, tego naturalnego pędu do zabaw z okolicznymi rówieśnikami bierze się również z ograniczeń prawnych i narzuconych rodzicom powinności.
Nie ma już dzieci z kluczem na szyi, nie ma wiszenia na trzepaku. Na zjeżdżalnie i huśtawki wyprowadzamy dzieci i trzymamy je za rączkę, najlepiej ubrane w kask, ochraniacze a może i pełną piankową zbroję.
Dzieci na podwórku, same? Co za nieodpowiedzialność! Niebieska karta jak nic!
A przecież nie jest to zabronione. Jednak nikt nie chce zapracować na miano wyrodnego rodzica, niewydolnego wychowawczo, takiego który nie opiekuje się swoim dzieckiem. A przecież czasami tak miło byłoby coś zrobić w spokoju, a i potomstwo mogłoby odpocząć od naszego nieustannego towarzystwa. Bo do kiedy będziemy progeniturę prowadzać za rączkę? Sama siebie złapałam na myśli, że chyba do ślubu. Coś jest nie tak. Ograbiamy własne dziecko z relacji i doświadczeń.
A przecież wystarczy trochę zdrowego rozsądku. Rodzic mądry jest i sam oceni czy można wypuścić 6-cio latka na ciche wewnętrzne podwórko, albo czy 10 lat to dostateczny wiek, by młody człowiek mógł się sam bawić 9 pięter niżej, na ogromnym osiedlowym podwórku.
A co na to prawo?
Prawo ( kodeks wykroczeń) zabrania zostawiać małoletniego do lat 7 w okolicznościach mogących stwarzać zagrożenie pożarowe. Widocznie starszego można narazić na te okoliczności. Młodszego nie. Teraz jest pytanie czy na wspomnianym trzepaku zachodzą okoliczności sprzyjające wywołaniu pożaru? Ja osobiście mogłabym odpowiedzieć tak i nie. Gdyby tam były moje córki to nie, natomiast synkowie pożar mogą wywołać wszędzie.
Malucha do lat 7 dotyczy także zapis o zagrożeniu ze strony drogi publicznej i drogi szynowej. Oczywiście być tam nie może. Przypomnijmy tylko, że droga publiczna to droga gminna, powiatowa, krajowa, wojewódzka a nie osiedlowa, tudzież w obszarze zbudowanym. To nie są drogi publiczne! Ani szynowe.
No i paragraf 106 kodeksu wykroczeń, gdzie czytamy , że jeśli mamy obowiązek opieki nad małoletnim do 7 r.ż i nie dopilnujemy by nie znalazł się w niebezpieczeństwie lub sytuacji zagrożenia podlegamy karze. Tylko co to znaczy? Czy plac zabaw stwarza zagrożenia? Stwarza. Czy kontakt z drugim małoletnim stwarza zagrożenia? Stwarza. Czy kontakt z rodzicem stwarza zagrożenia? Stwarza, chociażby przez roznoszenie chorób przy przytulaniu i całuskach. To pojęcia bardzo szerokie. Znowu wszystko zależy od rozsądku rodzica. A i tak nie ma gwarancji. Jeden z naszych synów, już w wieku powyżej 7 lat, ale niewiele, wyszedł dwa kroki poza obręb naszego ogródka i przewracając się nadział na pręt zbrojeniowy z gruzu, którym wysypana została droga osiedlowa, dojazdowa do posesji. Konieczna była interwencja chirurga dziecięcego. A tym razem naprawdę nic nie broił. W innych przypadkach, kiedy chłopaki wymyślają rzeczy od których włos jeży mi się na głowie nic się nie dzieje i narażam się tylko na zarzut psucia świetnej zabawy.
Nie wspominałam jeszcze o tym, że często ja jako matka histerycznie reaguję na zabawy, które tatuś przyjmuje z całkowitym spokojem. Sam się w nie bawił. Ponieważ nie chcę narażać się na niebieską kartę nie podam przykładów.
Na pewno nasze dzieci mają więcej możliwości rozwijania się, ale często za to są ograniczane w kontaktach z rówieśnikami, w zbieraniu własnych doświadczeń. Nie dziwmy się zatem, że siedzą przed komputerami i nurzają w świecie wirtualnym. Może tam odnajdują to co im odbieramy i co chcemy kontrolować?
Swobodę.
Łóżko
Taki miły temat.
Pogoda za oknem doprowadza mnie do rozstroju nerwowego i myśli nad sensem życia. I wpadłam na pomysł, że to moje pisanie nie ma sensu:(
Na razie jeszcze siłą rozpędu coś napiszę, ale jak się pogoda nie zmieni to wpadnę w depresję i zamilknę na wieki:)))
Miałam wielkie plany czego to ja ne napiszę , nie zrobię w ten długi majowy weekend. Niestety moja progenitura również miała plany i to odmienne od moich a jest ich więcej. I mają lepszą kondycję.
Teoretycznie skończyliśmy sypialnię. Brakuje jeszcze półki i ...łóżka. Mam zdjęcie przed, miało być po, jak w dobrych pismach, ale sprawa się rypła.
Nasze 11- letnie łóżko, udające kute, zakupione w sieci specjalizującej się w udawanych meblach i tak długo i dużo wytrzymało. Już raz było spawane i doprowadziło fachowców do rechotu a nas do wściekłości. Twierdzili oni, że jest chyba z papieru. Było metalowe, ale z rurek pustych w środku, gdzieniegdzie podparte nasze ukochane. Niestety ruszone na czas remontu odmówiło posłuszeństwa.
Mąż zaczął nerwowo wertować strony z łożami małżeńskimi, a jako, że my już starsi nieco i cieszymy się, gdy o poranku nic nie strzyka, mamy specyficzne wymagania:) Dodatkowo cena musi być bardzo, ale to bardzo przyzwoita. Oczywiście głównie podobały nam się te za nieprzyzwoitą cenę. Jakoś doszliśmy do consesusu i wtedy mój Ukochany porwał się na smoka.
-Sam zrobię!
Materiał w postaci pięknych drewnianych belek mamy, dostarczony jakiś czas temu przez znajomego jako resztki do spalenia w kominku. Jest tam kilka solidnych 2-metrowych belek, stelaż od starego łóżka i tylko trzeba dokupić bejcę oraz odpowiednie śruby. Trwam w zachwycie.
Dlatego na razie zdjęcia po jeszcze nie będzie.
W związku z sypialnią w sobotę miałam paraliż czynnościowy czytaj nic nie robiłam. Zrozumiałam w końcu jak to jest z tym literackim "globusem". Ja też czułam jak mi rośnie w gardle, jak zaraz wybuchnę i popełnię mężo- ewentualnie dzieciobójstwo. W zależności kto się napatoczy. Wszystko było rozgrzebane, co nie rozgrzebane to zagracone, posypane, rozwalone. Ja miałam łzy w oczach, myśli samobójcze i postanowienie, że uciekam z tego wariatkowa. Albo do wariatkowa. Miejsce to jawiło mi się jako oaza spokoju, dają tabletki na uspokojenie i prawdopodobnie zachęcają do szydełkowania i czytania. A nie jak ta banda, która ciągle przeszkadza. Musiałam się naprawdę gorąco modlić w duchu, żeby okiełznać tę furię, która wyleźć chciała na zewnątrz i zmienić moje życie. Ale pomogło.
Niestety straciłam dużo z mojej stalowej woli i sięgnęłam po "Nomen omen".
Bardzo chciałam zostawić tę książkę na wakacje no ale...j.w.
Chciałam również nie czytać jej powierzchownie, tylko jako zabawnego thillera(?), kryminału(?), sensacji. Niestety nie dało się , widziałam głębszy, mądrzejszy wątek, ale gnałam zaśmiewając się by zobaczyć gdzie wylądują bohaterowie. Popluwanie też było, a jako że czytuję przy jedzeniu ( o zgrozo od zawsze) mam niestety na jednej ze stron buraczki:(
Teraz wzorem mej latorośli przeczytam drugi raz wczuwając się w to co głębiej. A na wakacje będę musiała przygotować inny stosik. Tzn. stosika jeszcze nie było, ale to miał być skromny zaczątek.
Czytać nie powinnam, bo teksty dalej nie napisane. W tym rozgardiaszu miałam świetne wytłumaczenie. Ale na dwa ( i to te najdłuższe) jutro jest deadline. Ło matko!!!
Tu się pochwalę, że portal wrodzinie.pl zamieścił już dwa moje teksty. Tu ostatni:
http://wrodzinie.pl/z-prezentem-czy-bez/
Portal mnie zachwyca swoją wysmakowaną zawartością i odpowiadającą mi przeraźliwie( o niemoto, jak to zapisać bez straszliwie , okropnie itd.) treścią.
Właśnie muszę popełnić tam dalsze teksty. Na szczęście termin luźniejszy:)
Wczoraj jak zwykle byliśmy na głoszeniu na placach. I wróciliśmy tak zmęczeni, bez kluczy do domu. Starszaki poszły na swoje głoszenia, lub apele patriotyczne a my staliśmy pod własnym domem i zastanawialiśmy się jak się doń włamać. By czas płynął nieco szybciej i z nieumiejętności nicnierobienia zaczęłam w stroju ekskluzywnym pielić truskawki. Dobrze mi szło, bo odpowiednie narzędzie walały się oczywiście po obejściu, nie schowane.
Niestety w związku z tym, że mąż zmieniając ubranie na galowe myślał, że klucz mam ja a ja, z tych samych przyczyn, że ma on, staliśmy jak te kołki w towarzystwie świetnie bawiących się dzieci we własnym ogródku. Owo stanie miało dalsze skutki bo spowodowało, że nie zdążyliśmy na wieczorny koncert. Koncert wyjątkowy, bo miała dyrygować córka naszych przyjaciół i przyjaciółka naszej córki:). No ale my jak zwykle , jak te łajzy.....Teraz nie wiem jak jej spojrzę w oczy, po tygodniach zapewnień, że się tam spotkamy i nie możemy się doczekać. Eh!
A na placu, przy głoszeniu:
To Józio z bębnem:) To w zeszłym tygodniu:)
A tu na zapleczu frajda dla dzieciarni:)))
Wielkimi bańkami świetnie bawili się również tatusiowie:))))). Niby czujnie pilnujący swoich dzieci;-)
Ja co prawda mam takie wrażenie jakbym stała z boku i tylko mogę coś dawać swoją obecnością czyli robię tłum:). Chwilowo jestem na pustyni, rozum wie wszystko a serce suche. Zupełnie jak z reklamy;-) Ojcowie Kościoła właśnie na pustyni spotykali Boga, więc cierpliwie czekam. Na spotkanie, na siły. A może wymyślam i za mało dziękuje za to co mam?
Dzisiaj Stasiu ma pierwszy dzień matury. Gdzieś głęboko denerwuję się.
Taki ten rodzicielski żywot. Denerwuję się jak sam trafi na nocnik, sam do szkoły, na pierwszą randkę, maturę a potem w swoje życie. I niby już nic ode mnie nie zależy ale i tak się denerwuję:)
Wielodzietność postrzegam jako wielki dar od Boga, bo czuję, że dostałam kilka kolejnych szans, by nauczyć się kochać mądrze i w pełni. Te młodsze dzieci są inne, wbrew pozorom kochane lepiej, dojrzalej i przez większą liczbę osób. Jak patrzę na Piotrusia, który jest odważny, otwarty i przekonany, że świat jest piękny to widzę, ze to nie moja zasługa ale rodzeństwa. Oni z miłością i cierpliwością czuwają nad nim, dostarczają mu atrakcji, o których ja nawet bym nie pomyślała, mają gotowość dzielić się z nim wszystkim i akceptują jego niedoskonałości. To jest ten codzienny cud.
A to koszulka firmy Stacha, na imieniny tatusia:)
Jak na osobę, która nie chce pisać poszło mi bardzo dobrze;-)))
Pogoda za oknem doprowadza mnie do rozstroju nerwowego i myśli nad sensem życia. I wpadłam na pomysł, że to moje pisanie nie ma sensu:(
Na razie jeszcze siłą rozpędu coś napiszę, ale jak się pogoda nie zmieni to wpadnę w depresję i zamilknę na wieki:)))
Miałam wielkie plany czego to ja ne napiszę , nie zrobię w ten długi majowy weekend. Niestety moja progenitura również miała plany i to odmienne od moich a jest ich więcej. I mają lepszą kondycję.
Teoretycznie skończyliśmy sypialnię. Brakuje jeszcze półki i ...łóżka. Mam zdjęcie przed, miało być po, jak w dobrych pismach, ale sprawa się rypła.
Nasze 11- letnie łóżko, udające kute, zakupione w sieci specjalizującej się w udawanych meblach i tak długo i dużo wytrzymało. Już raz było spawane i doprowadziło fachowców do rechotu a nas do wściekłości. Twierdzili oni, że jest chyba z papieru. Było metalowe, ale z rurek pustych w środku, gdzieniegdzie podparte nasze ukochane. Niestety ruszone na czas remontu odmówiło posłuszeństwa.
Mąż zaczął nerwowo wertować strony z łożami małżeńskimi, a jako, że my już starsi nieco i cieszymy się, gdy o poranku nic nie strzyka, mamy specyficzne wymagania:) Dodatkowo cena musi być bardzo, ale to bardzo przyzwoita. Oczywiście głównie podobały nam się te za nieprzyzwoitą cenę. Jakoś doszliśmy do consesusu i wtedy mój Ukochany porwał się na smoka.
-Sam zrobię!
Materiał w postaci pięknych drewnianych belek mamy, dostarczony jakiś czas temu przez znajomego jako resztki do spalenia w kominku. Jest tam kilka solidnych 2-metrowych belek, stelaż od starego łóżka i tylko trzeba dokupić bejcę oraz odpowiednie śruby. Trwam w zachwycie.
Dlatego na razie zdjęcia po jeszcze nie będzie.
W związku z sypialnią w sobotę miałam paraliż czynnościowy czytaj nic nie robiłam. Zrozumiałam w końcu jak to jest z tym literackim "globusem". Ja też czułam jak mi rośnie w gardle, jak zaraz wybuchnę i popełnię mężo- ewentualnie dzieciobójstwo. W zależności kto się napatoczy. Wszystko było rozgrzebane, co nie rozgrzebane to zagracone, posypane, rozwalone. Ja miałam łzy w oczach, myśli samobójcze i postanowienie, że uciekam z tego wariatkowa. Albo do wariatkowa. Miejsce to jawiło mi się jako oaza spokoju, dają tabletki na uspokojenie i prawdopodobnie zachęcają do szydełkowania i czytania. A nie jak ta banda, która ciągle przeszkadza. Musiałam się naprawdę gorąco modlić w duchu, żeby okiełznać tę furię, która wyleźć chciała na zewnątrz i zmienić moje życie. Ale pomogło.
Niestety straciłam dużo z mojej stalowej woli i sięgnęłam po "Nomen omen".
Bardzo chciałam zostawić tę książkę na wakacje no ale...j.w.
Chciałam również nie czytać jej powierzchownie, tylko jako zabawnego thillera(?), kryminału(?), sensacji. Niestety nie dało się , widziałam głębszy, mądrzejszy wątek, ale gnałam zaśmiewając się by zobaczyć gdzie wylądują bohaterowie. Popluwanie też było, a jako że czytuję przy jedzeniu ( o zgrozo od zawsze) mam niestety na jednej ze stron buraczki:(
Teraz wzorem mej latorośli przeczytam drugi raz wczuwając się w to co głębiej. A na wakacje będę musiała przygotować inny stosik. Tzn. stosika jeszcze nie było, ale to miał być skromny zaczątek.
Czytać nie powinnam, bo teksty dalej nie napisane. W tym rozgardiaszu miałam świetne wytłumaczenie. Ale na dwa ( i to te najdłuższe) jutro jest deadline. Ło matko!!!
Tu się pochwalę, że portal wrodzinie.pl zamieścił już dwa moje teksty. Tu ostatni:
http://wrodzinie.pl/z-prezentem-czy-bez/
Portal mnie zachwyca swoją wysmakowaną zawartością i odpowiadającą mi przeraźliwie( o niemoto, jak to zapisać bez straszliwie , okropnie itd.) treścią.
Właśnie muszę popełnić tam dalsze teksty. Na szczęście termin luźniejszy:)
Wczoraj jak zwykle byliśmy na głoszeniu na placach. I wróciliśmy tak zmęczeni, bez kluczy do domu. Starszaki poszły na swoje głoszenia, lub apele patriotyczne a my staliśmy pod własnym domem i zastanawialiśmy się jak się doń włamać. By czas płynął nieco szybciej i z nieumiejętności nicnierobienia zaczęłam w stroju ekskluzywnym pielić truskawki. Dobrze mi szło, bo odpowiednie narzędzie walały się oczywiście po obejściu, nie schowane.
Niestety w związku z tym, że mąż zmieniając ubranie na galowe myślał, że klucz mam ja a ja, z tych samych przyczyn, że ma on, staliśmy jak te kołki w towarzystwie świetnie bawiących się dzieci we własnym ogródku. Owo stanie miało dalsze skutki bo spowodowało, że nie zdążyliśmy na wieczorny koncert. Koncert wyjątkowy, bo miała dyrygować córka naszych przyjaciół i przyjaciółka naszej córki:). No ale my jak zwykle , jak te łajzy.....Teraz nie wiem jak jej spojrzę w oczy, po tygodniach zapewnień, że się tam spotkamy i nie możemy się doczekać. Eh!
A na placu, przy głoszeniu:
To Józio z bębnem:) To w zeszłym tygodniu:)
A tu na zapleczu frajda dla dzieciarni:)))
Wielkimi bańkami świetnie bawili się również tatusiowie:))))). Niby czujnie pilnujący swoich dzieci;-)
Ja co prawda mam takie wrażenie jakbym stała z boku i tylko mogę coś dawać swoją obecnością czyli robię tłum:). Chwilowo jestem na pustyni, rozum wie wszystko a serce suche. Zupełnie jak z reklamy;-) Ojcowie Kościoła właśnie na pustyni spotykali Boga, więc cierpliwie czekam. Na spotkanie, na siły. A może wymyślam i za mało dziękuje za to co mam?
Dzisiaj Stasiu ma pierwszy dzień matury. Gdzieś głęboko denerwuję się.
Taki ten rodzicielski żywot. Denerwuję się jak sam trafi na nocnik, sam do szkoły, na pierwszą randkę, maturę a potem w swoje życie. I niby już nic ode mnie nie zależy ale i tak się denerwuję:)
Wielodzietność postrzegam jako wielki dar od Boga, bo czuję, że dostałam kilka kolejnych szans, by nauczyć się kochać mądrze i w pełni. Te młodsze dzieci są inne, wbrew pozorom kochane lepiej, dojrzalej i przez większą liczbę osób. Jak patrzę na Piotrusia, który jest odważny, otwarty i przekonany, że świat jest piękny to widzę, ze to nie moja zasługa ale rodzeństwa. Oni z miłością i cierpliwością czuwają nad nim, dostarczają mu atrakcji, o których ja nawet bym nie pomyślała, mają gotowość dzielić się z nim wszystkim i akceptują jego niedoskonałości. To jest ten codzienny cud.
A to koszulka firmy Stacha, na imieniny tatusia:)
Jak na osobę, która nie chce pisać poszło mi bardzo dobrze;-)))
piątek, 1 maja 2015
Mądrość ludowych mądrości IV
Ktoś już kiedyś napisał książkę pod tytułem STUDIUM SZALEŃSTWA czy jakoś tak. Dlatego ja dam tylko krótki opis. Żyrafa zyskała aprobatę nawet domowych nastolatków, którzy posunęli się do szantażu:
-- Nie zrobisz dla mnie? Już mnie nie kochasz?
Niby wszystko w konwencji żartu, ale tak nie do końca.
Tak więc produkcja żyraf trwa, w ogóle nie ma wpływu na domowe obowiązki i na pisanie. Tylko mój sterany organizm odmówił współpracy i chodzę spać jednak trochę wcześniej. Druga żyrafa bardzo zaawansowana, jak zrobię to pokażę. I mam pomysł na kota. Zamówiony został jeszcze pingwin i mysz, w dodatku w spódniczce. Poza tym doszedł sznurek na dywanik, no i czeka baldachim.
A wszystko zaczęło się przez szukanie wzoru na szydełkowy dywan. Wpadłam wtedy na zdjęcia różnych szydełkowych maskotek. Ale jeszcze moment i zapanuję nad tym. Mam tylko mały problemik. Mój Ukochany założył się ze mną, że sprzeda na allegro potencjalną żyrafę. Wzięło się to stąd, że chyba pod wpływem niewyspania zaczęłam marudzić mu bardziej niż zwykle, że nic nie umiem, jestem beznadziejna i takie tam.... Marudziłam produkując Gucia. Mój małżonek zaprawiony przez wiele lat w bojach z moimi humorami i bardzo kochany stwierdził, że umiem robić chociażby świetne maskotki.
Ja na to, że akurat. I tak to nic nie daje. A on, że w takim razie sprzeda taką żyrafę na allegro. I wtedy ma u mnie trzy życzenia, albo jak ja wygram, czego nie bierze pod uwagę płaci mi trzykrotność ceny aukcyjnej. Pal sześć tę gotówkę, ale wiem jakie na pewno będzie jego jedno życzenie. Mam nie marudzić przez jakiś czas. I jak ja będę wtedy żyła???? No ale na razie jeszcze mogę, bo żyrafa-zakładniczka dopiero w planach. A poza tym i tak ja wygram. Bo jestem beznadziejna, buuuuu....
Jak pisałam obrosłam w gadżety i mam dyktafon. Tylko dziwnym trafem, gdy tylko go włączę, myśli znikają i mogę nagrać co najwyżej
-Eeeeee....- ale za to w różnych tonacjach i brzmieniach.
Może się jeszcze oswoję:)))
Zaraz ruszamy w bój sypialniany, czyli akcja "Kończymy sypialnię". Znajomi ze względu na pracę przyjadą za dwa tygodnie, więc zyskaliśmy dodatkowy czas. Tylko nie mogę patrzeć na tę tymczasowość.
Wieczorem idziemy do rodziców bliskiej koleżanki Jacka (dziewczyny). Chcemy się z nimi bliżej poznać. Mamy taki zwyczaj. Jeśli nasze dziecko tam często bywa, sprawa jest poważna. Już nauczyłam się, że gdy przyprowadzają do domu kogoś dla siebie ważnego nie należy zmieniać się w Urząd Bezpieczeństwa i poddawać gościa krzyżowemu ogniowi pytań. Ciężkie to wyzwanie, ale tak trzeba. Ostatnio chłopcy byli tak niezadowoleni z mojego, naprawdę delikatnego podpytywania, że następnym razem nic nie mówiłam. Zdenerwowana bardzo, nie wiedziałam jak prowadzić rozmowę by NIE ZADAĆ ŻADNEGO PYTANIA. Po wizycie usłyszałam, że chyba JEJ nie lubię. I znowu musiałam się tłumaczyć.
Normalnie pole minowe.
Teraz przed wizytą jesteśmy pouczani jak mamy się zachować i jesteśmy obiektem troski p.t "A jak się nie polubicie?". Już pomijam to, że nie wszystkich trzeba lubić, że wystarczy lubić, szanować wybrankę mojego syna. Ale nie mogę pojąć tego, jak naszemu synkowi przyszło do głowy, że nas można nie polubić?????
To włąśnie rozważanie doprowadziło mnie do ludowej mądrości: MAŁE DZIECI - MAŁY KŁOPOT, DUŻE DZIECI- DUŻY KŁOPOT.
Żyjemy pod presją nieustannej oceny i krytycznych spojrzeń, przetykanych wypowiedziami:
-Czasami mnie wkurzacie, ale jesteście świetnymi rodzicami.
-Zdałem sobie sprawę, że nie jesteście najgorsi. Moi koledzy mają gorzej.
-No mamuś nie przejmuj się, TAK W OGÓLE to jesteś fajną mamą.
Po takich tekstach zawsze mam mieszane uczucia. Wynika z nich, że ciągle muszę walczyć o dobre imię. To już wolę pieluszkowców. Zawsze mnie docenią a nawet jak coś robię źle to tego nie wypowiedzą. Największy problem to pielucha do przebrania i konieczność utulenia do snu. I tu mam apel do moich dzieci:
Nie rośnijcie, a jak już musicie to wolniej!
Mieszane uczucia towarzyszą mi również w związku ze Stasiem. Z jednej strony duma. Właśnie wczoraj dowiedzieliśmy się, że wygrał jakiś polityczny konkurs i jedzie w nagrodę do Brukseli. Znakiem czasów czyli jego dorosłości jest to, że nic nie wiedzieliśmy o jego udziale. Jutro natomiast ( tuż przed swoją maturą) na jakiś targach prezentuje firmę odzieżową, którą założyli razem z kuzynem. Firma specjalizuje się w bluzach i koszulkach z własnoręcznymi grafikami na cześć Gdańska. Jutro może jedną pokażę, bo dziś nie mam nerwów. I to jest in plus. Z drugiej strony jest moja obawa, żeby go nie pożarła ta polityka, pieniądze. Że najważniejsze to relacja z Bogiem i jego szczęście a nie, jak mówią, fame.
Tu uchylę rąbka tajemnicy, że Staś zamierza zostać prezydentem naszej Ojczyzny, zmienić ustrój na dyktaturę i urządzić świat na nowo. Czyni właśnie pierwsze kroki na tej drodze. Z Ukochanym śmiejemy się, że nasza przyszłość jest jasna. Zlikwidują nas albo jego zwolennicy albo przeciwnicy. Więc jak usłyszycie o naszej emigracji w jakieś odległe rejony globu to znak, że zwialiśmy:)))
Na pocieszenie zostało nam jeszcze kilkoro małych dzieci. To jest to błogosławieństwo wielodzietności!
-- Nie zrobisz dla mnie? Już mnie nie kochasz?
Niby wszystko w konwencji żartu, ale tak nie do końca.
Tak więc produkcja żyraf trwa, w ogóle nie ma wpływu na domowe obowiązki i na pisanie. Tylko mój sterany organizm odmówił współpracy i chodzę spać jednak trochę wcześniej. Druga żyrafa bardzo zaawansowana, jak zrobię to pokażę. I mam pomysł na kota. Zamówiony został jeszcze pingwin i mysz, w dodatku w spódniczce. Poza tym doszedł sznurek na dywanik, no i czeka baldachim.
A wszystko zaczęło się przez szukanie wzoru na szydełkowy dywan. Wpadłam wtedy na zdjęcia różnych szydełkowych maskotek. Ale jeszcze moment i zapanuję nad tym. Mam tylko mały problemik. Mój Ukochany założył się ze mną, że sprzeda na allegro potencjalną żyrafę. Wzięło się to stąd, że chyba pod wpływem niewyspania zaczęłam marudzić mu bardziej niż zwykle, że nic nie umiem, jestem beznadziejna i takie tam.... Marudziłam produkując Gucia. Mój małżonek zaprawiony przez wiele lat w bojach z moimi humorami i bardzo kochany stwierdził, że umiem robić chociażby świetne maskotki.
Ja na to, że akurat. I tak to nic nie daje. A on, że w takim razie sprzeda taką żyrafę na allegro. I wtedy ma u mnie trzy życzenia, albo jak ja wygram, czego nie bierze pod uwagę płaci mi trzykrotność ceny aukcyjnej. Pal sześć tę gotówkę, ale wiem jakie na pewno będzie jego jedno życzenie. Mam nie marudzić przez jakiś czas. I jak ja będę wtedy żyła???? No ale na razie jeszcze mogę, bo żyrafa-zakładniczka dopiero w planach. A poza tym i tak ja wygram. Bo jestem beznadziejna, buuuuu....
Jak pisałam obrosłam w gadżety i mam dyktafon. Tylko dziwnym trafem, gdy tylko go włączę, myśli znikają i mogę nagrać co najwyżej
-Eeeeee....- ale za to w różnych tonacjach i brzmieniach.
Może się jeszcze oswoję:)))
Zaraz ruszamy w bój sypialniany, czyli akcja "Kończymy sypialnię". Znajomi ze względu na pracę przyjadą za dwa tygodnie, więc zyskaliśmy dodatkowy czas. Tylko nie mogę patrzeć na tę tymczasowość.
Wieczorem idziemy do rodziców bliskiej koleżanki Jacka (dziewczyny). Chcemy się z nimi bliżej poznać. Mamy taki zwyczaj. Jeśli nasze dziecko tam często bywa, sprawa jest poważna. Już nauczyłam się, że gdy przyprowadzają do domu kogoś dla siebie ważnego nie należy zmieniać się w Urząd Bezpieczeństwa i poddawać gościa krzyżowemu ogniowi pytań. Ciężkie to wyzwanie, ale tak trzeba. Ostatnio chłopcy byli tak niezadowoleni z mojego, naprawdę delikatnego podpytywania, że następnym razem nic nie mówiłam. Zdenerwowana bardzo, nie wiedziałam jak prowadzić rozmowę by NIE ZADAĆ ŻADNEGO PYTANIA. Po wizycie usłyszałam, że chyba JEJ nie lubię. I znowu musiałam się tłumaczyć.
Normalnie pole minowe.
Teraz przed wizytą jesteśmy pouczani jak mamy się zachować i jesteśmy obiektem troski p.t "A jak się nie polubicie?". Już pomijam to, że nie wszystkich trzeba lubić, że wystarczy lubić, szanować wybrankę mojego syna. Ale nie mogę pojąć tego, jak naszemu synkowi przyszło do głowy, że nas można nie polubić?????
To włąśnie rozważanie doprowadziło mnie do ludowej mądrości: MAŁE DZIECI - MAŁY KŁOPOT, DUŻE DZIECI- DUŻY KŁOPOT.
Żyjemy pod presją nieustannej oceny i krytycznych spojrzeń, przetykanych wypowiedziami:
-Czasami mnie wkurzacie, ale jesteście świetnymi rodzicami.
-Zdałem sobie sprawę, że nie jesteście najgorsi. Moi koledzy mają gorzej.
-No mamuś nie przejmuj się, TAK W OGÓLE to jesteś fajną mamą.
Po takich tekstach zawsze mam mieszane uczucia. Wynika z nich, że ciągle muszę walczyć o dobre imię. To już wolę pieluszkowców. Zawsze mnie docenią a nawet jak coś robię źle to tego nie wypowiedzą. Największy problem to pielucha do przebrania i konieczność utulenia do snu. I tu mam apel do moich dzieci:
Nie rośnijcie, a jak już musicie to wolniej!
Mieszane uczucia towarzyszą mi również w związku ze Stasiem. Z jednej strony duma. Właśnie wczoraj dowiedzieliśmy się, że wygrał jakiś polityczny konkurs i jedzie w nagrodę do Brukseli. Znakiem czasów czyli jego dorosłości jest to, że nic nie wiedzieliśmy o jego udziale. Jutro natomiast ( tuż przed swoją maturą) na jakiś targach prezentuje firmę odzieżową, którą założyli razem z kuzynem. Firma specjalizuje się w bluzach i koszulkach z własnoręcznymi grafikami na cześć Gdańska. Jutro może jedną pokażę, bo dziś nie mam nerwów. I to jest in plus. Z drugiej strony jest moja obawa, żeby go nie pożarła ta polityka, pieniądze. Że najważniejsze to relacja z Bogiem i jego szczęście a nie, jak mówią, fame.
Tu uchylę rąbka tajemnicy, że Staś zamierza zostać prezydentem naszej Ojczyzny, zmienić ustrój na dyktaturę i urządzić świat na nowo. Czyni właśnie pierwsze kroki na tej drodze. Z Ukochanym śmiejemy się, że nasza przyszłość jest jasna. Zlikwidują nas albo jego zwolennicy albo przeciwnicy. Więc jak usłyszycie o naszej emigracji w jakieś odległe rejony globu to znak, że zwialiśmy:)))
Na pocieszenie zostało nam jeszcze kilkoro małych dzieci. To jest to błogosławieństwo wielodzietności!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






