niedziela, 29 marca 2015

Piękna noc

Dzisiaj jeszcze z rozpędu temat powykładowy mi się narzuca.
O naszych wizjach wychowawczych i tresowaniu dzieci. Gdzie tracimy z oczu cel wychowawczy jakim jest dążenie do tego by nasze dziecko stało się samodzielnym, odpowiedzialnym, wolnym i szczęśliwym człowiekiem a zamieniamy to na dozór więzienny. No może w całkiem dobrych warunkach:)
Ta subtelna granica nie jest łatwa do wychwycenia, bo np. dziecko wybiega na mróz z odpiętą kurtką. Lecimy za nim z błaganiem, że tak nie wolno, że się przeziębi. Mamy odpuścić i dać mu się zaziębić? A z drugiej strony, jeśli ciągle będziemy za nim latać to gdy w końcu wyjdzie gdzieś samo nie weźmie za to odpowiedzialności. Będąc rodzicami na każdym kroku musimy podejmować błyskawiczne decyzje: interweniować czy nie. Później jest łatwiej bo młody obywatel, o ile nie jest absolutnie pod naszym pantoflem, da nam znać, że przesadzamy:))))
Tak sobie siedzę i rozważam. To bardzo rozległy temat. Jeszcze do niego wrócę.

Dziś lekko przesadziłam, do 4.30 oglądałam "Gotowe na wszystko", uspokajając się, że to godzina według nowego czasu. Co miałam na myśli nie wiem, ale człowiek nie jest sobą po takiej akcji. Oglądanie ku swej rozpaczy musiałam przerwać bo musiałam po kilka razy oglądać niektóre kawałki, już nic nie rozumiałam:)

Teraz czekamy na przyjazd mamy Wojtka. Ma u nas zamieszkać na tydzień. Co będzie dalej zobaczymy. Trochę się boję. To poważne wyzwanie.
W związku z tym i Wielkim Tygodniem postanowiłam zrobić tygodniowy urlop. Do zobaczenia w Niedzielę Wielkanocną. Będzie wielki tekst, bo mnie słowa inaczej zaleją:)))))
Wszystkim, którzy tu zaglądają życzę spotkania ze Zmartwychwstałym i wiele pokoju. To ta jedyna, najważniejsza noc w roku. Błogosławieństwa Bożego!
Jajko to symbol nieśmiertelności:)

piątek, 27 marca 2015

konkurs na matkę idealną

Jestem po pierwszym odcinku " Gotowych na wszystko" i jestem gotowa na dalsze oglądanie:) Czemu ja do tej pory tego nie widziałam? Przynajmniej po to by wyrobić sobie zdanie. Konstrukcja odcinka i zalążek intrygi wciągnął mnie straszliwie.Co będzie dalej zobaczymy. Trochę przeraża, że jest tego aż 8 sezonów. Przeraża w sensie, czy scenarzyści już nie robili bokami. Jak w najbliższym czasie będę marudzić, że jestem niewyspana to będzie wiadomo dlaczego;). To są te chwile kiedy żałuję, że nie można równocześnie czytać i oglądać. Uwierzcie, bo już próbowałam.
Co do tytułu, to z bólem stwierdzam, że nie ogłaszam żadnego. Raczej chciałam się podzielić czymś co sobie uświadomiłam przygotowując wykład. Ano od wielu lat sama ze sobą walczę, by nie brać udziału w konkursie na idealną matkę. Czasem mnie ponosi i daję się wkręcić. Na swoją obronę mam, że zewsząd atakują obrazki czystych dzieci, najlepiej w białych ubrankach, designerskich wnętrz o idealnym porządku i oczywiście też w bieli, ewentualnie w bardzo jasnych pastelach. Samochód czyściutki i pachnący a ogródek z równym trawnikiem i pięknymi roślinami.
Więc czasami się spinam i zaczynam dążyć do tych idealnych obrazków. Dodajmy do tego mamusię, która od rana jest piękna, w makijażu stosownym do pory dnia, uśmiechnięta, bodźcuje swoje dzieci by rosły na małych geniuszy i przemawia do nich głosem zgoła anielskim. Do snu śpiewa skomponowane przez siebie kołysanki. Nie je, nie robi kupy i przynosi mężowi kapcie będąc jednocześnie ucieleśnieniem kobiety spełnionej zawodowo. Czy o czymś zapomniałam?
Po takich momentach kiedy zamierzam zostać matką idealną zostaje mi tylko frustracja i niechęć do wspominania tych chwil, kiedy z zaciśniętymi zębami stwierdzałam:
-Jak to bez sensu, jak to nie dam rady, jak to nie warto? Ja wam pokażę!
U nas dzieci zadziwiająco się brudzą. Dwie a nawet trzy pralki dziennie to norma. Białe ubranka wkładają na Komunię albo na jakąś uroczystość rodzinną z wyższej półki. Białe to one są w porywach do pół godziny. Potem przebieramy w inne kolory, które również zadziwiająco szybko szarzeją:)
O porządku wspominałam. Marzenie ściętej głowy. Mój cudowny Ukochany zawsze stwierdza:
-Przynajmniej widać, że tu się żyje.
Trochę traci ze swojej cudowności, bo mu przeszkadza moje klikanie w łóżku;-)
Nie udaje mi się przemawiać do moich dzieci jak szemrzący strumyk, częściej przypominam trąbę jerychońską. Weź tu człowieku przedrzyj się przez słuchawki z muzyką, głośne rozmowy i świetne zabawy. Kołysanek nie śpiewam. Mam pierwszy stopień muzykalności czyli rozróżniam czy grają czy też nie. No może w porywach drugi bo czasami coś mi się podoba. Dzieci raczej wołają :
-Ty mamuś lepiej nie śpiewaj!
Od rana to ja mam wory pod oczami i niechęć do świata. I to prawda, że im kobieta starsza tym więcej kosmetyków potrzebuje zanim pokaże się światu.
A samochód zawsze pachnie  podejrzanie, starą kanapką, ogryzkami i rozlanym mlekiem.
Nawet udało sie naszym dzieciom zrobić drzewko bonsai z dzikiego wina. Co roślinka w szalonym, wiosennym zapędzie wypuszczała długie odrosty to były skracane i używane do zup, wianków i nie wiem czego jeszcze.
Ale, ale! Jestem prawdziwa i mam świetne dzieci. I to jest smak życia pokonywać trudności. Nic to, że osiemnastka już MOCNO skończona. Mam za co dziękować:)))

Tata jest po koronarografii i usunięciu zwężeń w naczyniach wieńcowych. Czeka go jeszcze jedna i wszczepienie defibrylatora. Szanse na szybki powrót do formy znikome. Dziadek co prawda uważa, że wszyscy przesadzają bo on się świetnie czuje. W związku z takimi planami lekarskimi musimy przeorganizować opiekę nad babcią z chwilowej na bardziej trwałą. To kolejne wyzwanie.


Po podróży

Nie było nas w domu 26 godzin.
Nie za długi ten wyjazd we dwoje, ale teraz już mogę powiedzieć, że było warto:)
W nocy z wtorku na środę nie bardzo mogłam spać, stwierdzałam, ze nigdzie nie jadę, że to bez sensu. Nie zrezygnowałam tylko dlatego, że nie bardzo wiedziałam jak usprawiedliwić swoje wycofanie w ostatniej chwili. Około 11 ruszyliśmy. Słonko świeciło, muzyka grała i było dziwnie. Nikt nie domagał się szeregu odpowiedzi, nie śpiewał piosenek z Petardy i nie słychać było wołania co chwilę"siusiu". Zupełnie nie mogłam odnaleźć się w takiej rzeczywistości:)
Mój Ślubny stwierdził, że czuje nastrój randkowy. Ja byłam chyba za bardzo przestraszona, trema mnie ogarnęła.
Na miejscu był wykład. Jak już mówiłam to  mówiłam. Najgorsze było 5 minut kiedy byłam przedstawiana i stałam tam jak sierotka na środku. Wykład chyba był interesujący i potrzebny, bo ludzie reagowali żywiołowo (zwłaszcza na przykłady z życia wzięte) i mieli dużo pytań na zakończenie a potem podchodzili z podziękowaniami:))). Gdyby nie to, że nie czuję się żadnym  autorytetem chyba świeciłabym od tego uwielbienia;-P
Na poważnie, już później dało mi to do myślenia. Te przykłady, przyznanie się do porażek, mówienie uczciwie jak jest a nie jak powinno być okazało się bardzo potrzebne. Bez schematów i wykresów. W teorii jestem słaba. Jaki inny wykładowca ma szansę usłyszeć od swojego syna, że jest niewydolną wychowawczo KURĄ DOMOWĄ??? Albo się nie przyznają:) A ci ludzie, zresztą i matki i ojcowie za to dziękowali. Gorsze były konkretne pytania o to jak się zachować w sytuacji dla tego rodzica bez wyjścia.? A tu gotowych recept brak...
Najlepsze było jeszcze w ferworze ogólnej dyskusji pytanie czy słyszałam o teorii, ze nastolatek ma mieć swoje terytorium, do którego mamy się nie wtrącać, pozwolić na bałagan itd. Jako żywo na to nie zwróciłam uwagi, gdzieś taki pomysł, zresztą dawno wyczytałam ale nie poświęciłam mu chwili uwagi. Mogłam odpowiedzieć tylko jedno:
-Ja nie ale nasz najstarszy syn na pewno...
Jak już się przyznałam w teorii jestem słaba.
Po zakończeniu wszystkich rozmów, a trwały  jeszcze na parkingu pojechaliśmy do Elbanowskich. Ja już chciałam do domu, bo na pewno umrą  bez nas. Tu tylko wspomnę,że duża część mojej przemowy dotyczyła tego, że nie należy być nadopiekuńczą matką;-D
Mój Ukochany, znając moje histerie stwierdził, że ok, tylko jedziemy na chwilę by pogadać bo dawno nie mieliśmy szansy się zobaczyć. Zapomniałam, że z Karoliną nie jest łatwo. Wysłuchała mojego tłumaczenia, dlaczego tylko na chwilę i :
-No wiesz, wyluzuj królowo. Jakbym rozmawiała z neurotyczną matką jedynaka.
No i oczywiście na nic moje argumenty. A przecież przegadać mnie nie jest łatwo:). A obaj panowie mieli niezły ubaw i coś podejrzewam, że mój mąż to zaplanował.
Niemniej jedliśmy i gadaliśmy:))) A o 5 rano po cichu i angielsku się zwinęliśmy. Teoretycznie by uniknąć korków a praktycznie z obawy na co mnie jeszcze namówi Karolina:))))
W domu czekał stęskniony Piotruś i na początku nie chciał zejść z moich rąk. Inni też jakby lekko obrażeni. Ale świetnie dali sobie radę. Moje lęki i wyobrażenia, że beze mnie nie przeżyją okazały się totalną pomyłką. Nie wiem jak ja to przeżyję.
I tylko od Asi usłyszałam:
-No ładnie, pojechałaś tak bez całuska!
Gdzie ona podłapuje te powiedzonka???
Wróciłam jako flak absolutny, ale psychicznie zresetowana:). I od razu wpadła na to, że przed świętami jeszcze musimy coś zrobić z naszą sypialnią. A właściwie graciarnią, w którą się powoli zamienia.Plan już jest, tylko czekamy na "pierwszego", bo chwilowo nie mamy na farbę. No ale jak ktoś się włóczy po warszawkach:)))
Dorwałam też książkę "W Paryżu dzieci nie grymaszą", jak tylko przeczytam nie omieszkam się podzielić.
Na razie wracam do stęsknionej hałdy prania i pagórka skarpetek. Ich miłość do mnie jest nieodwzajemniona, ale czuję, że żyję!!!
Jeszcze się pochwalę, że w nowej Frondzie już jest mój artykuł o rodzeństwie:)

wtorek, 24 marca 2015

Nie mam się w co ubrać

Dziadek czuje się już lepiej, zagrożenie życia minęło.
Wiedzieliśmy o tym wcześniej niż wskazała aparatura medyczna z kilku powodów:
-Zaczął się wybierać do domu ( prosto z sali intensywnego nadzoru kardiologicznego)
-Ma swoje zdanie na temat terapii, której ma być poddany i ze swoim czarującym uśmiechem nie waha się go głosić podczas obchodu i wizyt lekarskich
-Angażuje się w sprawy towarzyszy niedoli ( od zawsze ma żyłkę przywódcy i społecznika)
Jak tylko usłyszeliśmy jego wywody o tym jak go leczyć wiedzieliśmy, że wraca do siebie:-P
W związku z tym chyba jutro jednak wystąpię podczas wykładu. Ostatnie zawirowania sprawiły jednak, że jestem kompletnie nieprzygotowana. Jeszcze noc przede mną:). Nie mam w się w co ubrać, kompletnie:( I tu odzywa się moja natura kobieca, bo mniej się martwię co powiem (jakoś to będzie), niż w czym ja się pokażę????
Dodatkowo :
Piotrek jest zasmarkany do pasa, a już tak ładnie się trzymał. Marta, która głównie miała dźwignąć ciężar opieki ma jutro jakieś dodatkowe zajęcia i musimy na nią poczekać, a to oznacza mniej czasu na miłe chwile we dwoje. Staś ze względu na próbną maturę z matmy nie może jej zastąpić. Hanię boli brzuch. Ciekawe co z tego będzie? No i dziś odmówił posłuszeństwa jeden z naszych samochodów. Niby ma prawo, bo ma lat 19 ale normalnie działa jak żyleta.
Pogrążyłam się w otchłaniach rozpaczy i rozważań, że może nie powinnam jechać. I jeszcze Piotruś jest taki słodki i oczywiście przeczuwając, że coś się święci woła ciągle: mama, mama!
Nie umiem zostawiać dzieci:(. Najpierw marudzę jak to potrzebuję trochę oddechu, jak mówią moje koleżanki: trzeba się zresetować, a potem marudzę, że muszę ich zostawić. Ech, z tymi kobietami! Żeby wiedzieć czego się chce...
Józio dzisiaj przekazywał Marcie listę zakupów:
-Dwa jabłka, jogurt CENTRALNY...
Jakby ktoś się nie domyślił chodziło o naturalny.
Mój mąż natomiast wczoraj wysłał do swoich szefów nie" protokół z próbnej ewakuacji" tylko PROKTOKÓŁ. Medycyna się przydaje, bo mam więcej skojarzeń:))))))))

poniedziałek, 23 marca 2015

Zmiany

Po raz kolejny przekonuję się o tym, że nie jestem w stanie przewidzieć tego jak będzie wyglądał mój dzień i co się wydarzy. Pomimo usiłowania by opanować rzeczywistość, móc wieczorem spojrzeć sobie w oczy najczęściej nic z tego nie wychodzi. Nie wiem czy to tylko nasze życie jest pełne zaskakujących zwrotów akcji czy wszyscy tak mają, czy tylko my jesteśmy zdziwieni?
Wczoraj dzień był bardzo intensywny, urozmaicony świeżo spadłym śniegiem i nowym, zielonym katarem Piotrusia. To moment, w którym zaczęłam się załamywać co będzie z zostawieniem dzieci na wykład jeśli Piti się pochoruje. Co z naszym czasem wolnym, miłymi rozmowami i luzem.
Wieczorem poszliśmy na spotkanie dla rodziców dzieci bierzmowanych. W tym roku ten sakrament ma przyjąć Jacek. Najpierw była jeszcze msza i rekolekcje prowadzone przez kapłana z Ługańska. Chwilowo bezdomnego, który w przejmujący sposób opowiadał o rzeczywistości wojny. Po raz kolejny dotarło do mnie jak mamy dobrze, za jak wiele rzeczy możemy dziękować. Ze spotkania nic nie wyszło. Dostaliśmy telefon od Stasia, który na kilka dni się przeprowadził do dziadka, że właśnie ojca Wojtka zabrało pogotowie. Objawy obrzęku płuc, stan ciężki.
Dziadek, uwielbiany przez wnuki, mieszka razem z babcią. Babcia niestety ma Alzhaimera i powoli wymaga nieustannej opieki. Trudno przyjmować jej odchodzenie. Z wykładowcy akademickiego, dbającej pani domu zmienia się w nieporadne dziecko, które nie wie do czego służą sztućce, jak się umyć, brakuje jej słów. Chodzą oboje na obiady i zajęcia rehabilitacyjne, przychodzi opiekunka, ciągle są jakieś wnuki ale to dziadek jest osobą, która za wszystko odpowiada i nie chce zrezygnować z tej samodzielności.
Niemniej wielką łaską było to, że nasz Staś tam był, bo babcia by pogotowia nie wezwała i jak powiedział lekarz byłoby po dziadku. Staś został z babcią, a brat Wojtka, który mieszka blisko pojechał do szpitala za karetką. My szybko dojechaliśmy, po drodze zabierając zapomniane dokumenty i rzeczy osobiste.
Wjeżdżając na kardiologię zobaczyliśmy Andrzeja i już wiedzieliśmy, że nie jest dobrze. Tata w ciężkim stanie, saturacja 75, nerki siadły. Przytomny ale nie mający siły powiedzieć słowa.
Jeszcze telefon do najstarszego brata mieszkającego w innym mieście. Już jedzie.
Trzeba czekać. A jeszcze trzy dni temu najechaliśmy dziadków całą gromadą z okazji imienin Józefa. Dziadek jak zwykle nie mógł usiedzieć na miejscu i sypał dowcipami ( przyznaję o różnym poziomie).
Powrót do babci, żeby położyć ją spać.I to chyba lepiej, że nie jest już w ogóle świadoma, że dzieje się coś niepokojącego i wystarczy zapewnienie, że wszystko w porządku, by spokojnie poszła spać.
Wojtek ze Stasiem wracają do dziadka, ja zostaję z babcią. Tam spotykają się po raz kolejny z Andrzejem i jego synem. Coś drgnęło, saturacja 85  i nerki ruszyły. O północy zmienia mnie Stasiu i jedziemy do domu. Przy tacie został Andrzej, czeka na Adama, który już dojeżdża. O drugiej, chwilę po powrocie do domu mamy informację, że saturacja 90 i lekarz stwierdził, że najgorsze za dziadkiem.
Rano tata już mówi całe dwa zdania! Wraca do siebie.
Z naszej wyprawy do Warszawy  raczej nic nie wyjdzie, zmieniły się priorytety.
Chwilowo wszystko będzie dostosowane do rytmu babcio-dziadkowego.
Jako, że pomimo mojego całego szacunku i więzi z teściami jestem jednak "obca" mam dodatkową refleksję. Chciałabym tak wychować dzieci jak oni, umieć pozwolić żyć dzieciom niezależnie a jednocześnie zachować ich przywiązanie.  Po cichutku dopowiem, że byłam straszliwie dumna ze Stasia, jego przytomności, odpowiedzialności i natychmiastowej gotowości do zajęcia się babcią.
Tak bez ładu i składu, ale jeszcze nie ochłonęliśmy.

sobota, 21 marca 2015

Muszę uważać:)

Mam tylko chwilkę i oczywiście muszę coś napisać. A dlaczego muszę uważać?
Wczoraj odbyłam z Józiem rozmowę. Działo się to już wieczorem, kiedy myślałam, że mam wolne i mogę spokojnie zająć się swoimi sprawami. W tym wypadku to był wykład. Józio przyszedł do naszej sypialni i zapytał:
-Czemu Ty się tylko tym interesujesz?
-Hmm?
-A nie nami?
No i poszedł. Ja zostałam, bo musiałam pozbierać zęby z podłogi. Myślałam, że nie zaburzam rytmu dnia, że zajmuję się pisaniną tylko wtedy kiedy oni są zajęci swoimi sprawami. A tu proszę wszystko i tak dzieciaki zanotowały. Teraz na szczęście Piotruś śpi, Asia i Józio są na zakupach z Tatusiem a cała reszta wybyła: spotkania we wspólnocie, dni otwarte w szkole, laboratoria w Hevelianum, spotkania z koleżankami...
Wniosek muszę pisać jak są w szkole, śpią ( na pewno) lub hasają po dworze ( choć tu jednak mogą stwierdzić, że mam być z nimi).
Za nami kolejne bardzo poważne rozmowy, tym razem na tematy damsko-męskie i szukania woli Bożej w życiu. To jest kolejne wyzwanie dla matki. Bo jak ochronić dziecko przed zranieniem ze strony drugiego człowieka, przed cierpieniem z powodu odrzucenia albo nie naruszając zaufania zgłosić zastrzeżenia. Boli serce, ale naprawdę się nie da żyć za nich. Oni zaczynają zbierać swoje doświadczenia, czasem bolesne, ale ich własne i ja nie mogę im tego bronić. Dzięki Bogu rozmawiają z nami, słuchają co mówimy, mam nadzieję, że się modlą za swoje wybory ale tak naprawdę mogę stać tylko z boku. Zapewniać ich o swojej miłości i też się modlić.Dodatkową trudnością dla mnie jest to, że widzę konieczność odsunięcia się na drugi plan. Moim facetom bardziej potrzebny jest Tatuś i męskie pojmowanie sprawy a nie pierwiastek kobiecy, który chyba obecnie ich irytuje:) A tyle miałabym do powiedzenia (również na temat pewnych niedojrzałych kobiet) i oczywiście znacznie szybciej niż mój mąż. Męskie rozmowy mają to do siebie, że charakteryzują się długim ważeniem słów i przerwami. A tyle można by tam wcisnąć przykładów i własnych doświadczeń. Oj, cierpię, cierpię...
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze dzisiaj  napisać to co zamierzałam czyli o różnych rodzajach grzeczności :)))

czwartek, 19 marca 2015

Co z tą pamięcią?

Jest taka teoria, że oksytocyna kasuje pamięć. Podobno dlatego kobiety decydują się na kolejne dziecko:) Gdyby pamiętały "okropieństwa" porodu nie miałyby kolejnego potomstwa. Teoria jak teoria. Wyprana ze wszelkich uczuć wyższych zakładających istnienie czegoś takiego jak owocna miłość między dwojgiem ludzi, instynkt rodzicielski czy potrzeba kochania wyrażająca się w przyjmowaniu kolejnego dziecka i gotowość do przyjmowania cierpienia z miłości. Można się nią nie przejmować. Tak jak wieloma innymi teoriami- kusi mnie tu skręcić w te rozważania,ale się powstrzymam:))). Może następnym razem.
Ostatnio jednak zaczęłam się zastanawiać czy nie zawiera jakiegoś maleńkiego ziarenka prawdy. Nie chodzi mi o porody tylko o nadwątloną pamięć. Bo drugie wyjaśnienie moich ostatnich zachowań nie bardzo mi się podoba: starość.
O braku dokumentów już pisałam. Gorzej, że tego samego dnia miałam odebrać ze szkoły i przedszkola dzieci moje i znajomych,z którymi nawzajem sobie wozimy dzieciaki.
Po wielu skomplikowanych, ekwilibrystycznych sztukach by pozbierać z różnych miejsc towarzystwo, przy okazji nie gubiąc Piotrka, nie dostając cieplnego udaru i wścieklizny z powodu upływającego bezlitośnie czasu ( a za chwilę zaczną się korki, a inni czekają w domu itd.),nadmiernej i zalewającej gadaniny przez którą nie mogę się przebić (mamo, mamo patrz, a ja... a ona.., ciociu a ja..itd. tylko dziesięć razy szybciej niż się czyta) docieram do drzwi wyjściowych. Tu spotykam znajomą mamę, która ocenia sytuację jednym spojrzeniem i pyta:
-To ile dzieci zabierasz?
Jakoś czuję się winna, że nie jestem tryskającą radością opiekunką i widać po mnie trudy zmagań z chaotyczną, rozbrykaną bandą:
-Bo mam jeszcze dzieci znajomych..- i w tym momencie uzmysławiam sobie, że odbierając Józia z zerówki zapomniałam o Agatce znajomych.
Znajoma mama się śmieje  i słusznie oznajmia:
-Widzisz, dobrze, że zapytałam. To Duch Święty.
Ja pędem wracam do zerówki po zapomniane dziewczę. Agatka wychodzi z uśmiechem i oznajmia:
-A ja ciociu właśnie mówiłam do Jeremiego, że ciekawe kto mnie dzisiaj odbiera jak nie jadę z Józiem.
Osłabła z ulgi pocę się po raz kolejny czekając, aż panna się ubierze. Mam czas uspokoić skołatane nerwy.
Przy takich występach czym jest zapomnienie ciasta specjalnie upieczonego dla dziadka albo zostawienie wózka, który miał być spakowany do samochodu pod domem. Idę się zalać melisą....