Na fb jest taka strona, na której można spotkać Bukę ( Buka społeczność) i zaczerpnąć ze studni jej mądrości:)
I ten poniższy tekst skojarzył mi się z tym co zamierzam napisać. Ale co wystukam na klawiaturze to zobaczymy:)
Wiele dyskusji wywołał pewien punkt programu wygranej partii. Zarówno w trakcie kampanii jak i tuż po zwycięstwie. Mam swoje zdanie, ale ponieważ jest bardzo zależne od sytuacji w jakiej jestem, bardzo egoistyczne, nie zamierzałam go upubliczniać. Dzisiaj jednak pan Korwin zaszalał i poczułam się sprowokowana. Mam ten komfort, że to ja decyduję co tu się pisze i zamierzam to wykorzystać.
Chodzi oczywiście o słynne 500 złotych na dziecko i wypowiedź o zaśmiecaniu społeczeństwa dziećmi meneli, dziećmi-śmieciami.
Najpierw to 500 złotych na dziecko.
Podobno są plany by pojawiły się na naszym koncie już w marcu. No poczułam się bogata i już zaczynam się witać z gąską:). A poważnie. Jako osoba bez prawa do świadczeń, dokładnie utrzymanka męża, całe 10 razy bez macierzyńskiego, wychowawczego, bez prawa do emerytury ucieszyłam się. Wraz z Ukochanym wybraliśmy taką drogę, zaryzykowaliśmy. Pan Bóg dotrzymał słowa, dał dzieci i na dzieci (również poprzez wielu ludzi, zwłaszcza przy jakichś zawirowaniach dziejowych, nosimy ich głęboko w sercu). Jeśli teraz mielibyśmy otrzymać pomoc od państwa to chętnie. Nie ukrywam, że wiele to ułatwia: zajęcia dla dzieci, maniakalne zakupy książek, wyjazdy. A czasem i buty. Zwłaszcza te o numerze 46 i 47:))))
Teraz trochę szerzej. Znam sporo młodych małżeństw. Pomimo obracania się w gronie rodzin wielodzietnych, duża część tych młodych to małżeństwa bezdzietne lub z jednym dzieckiem. Spory ich procent myśli o kolejnym dziecku lub pierwszym, ale...
Forsa, forsa, forsa. Jedna pensja zamiast dwóch, trudny powrót do pracy lub odwrotnie konieczność powrotu do pracy, gdy chciałoby się zostać w domu z dzieckiem, atakujące zewsząd reklamy co to trzeba dziecku zapewnić.
Na to przychodzą informacje jak to Polki w Wielkiej Brytanii są "dzietne". Nikt nie skojarzył dlaczego?
Dodatki na dziecko, praca do której można wrócić lub znaleźć nową bez problemu, mieszkanie, dom na wyciągnięcie ręki.
Oglądnęłam sobie statystykę. Zapytano 308 kobiet w wieku 25-35 lat o dzieci. Chciałyby ale nie mają. Na pierwszym miejscu przeszkód są warunki materialne, a na 6 osobno jeszcze mieszkaniowe co jak wiemy zależy również od pieniędzy:) Wiadomo, że każdy indywidualnie ocenia swoje możliwości i potrzeby. Dla jednego brak będzie oznaczał problemy z opłatami, dla drugiego niemożność wyjechania dwa razy w roku na wakacje za granicę. Dlatego idźmy dalej.
44% jest gotowych przeznaczyć na dziecko miesięcznie 500-1000 złotych a 25% 500złotych. Czyli jednak dla tych 69% to 500 złotych może mieć znaczenie.
Ale powtarzam jest to moje subiektywne, nieekonomiczne spojrzenie na sprawę. Tak sobie dywaguję i męczę nowocześnie nie papier a ekran:)))
Ta sprawa z rodzeniem dzieci i tak jest znacznie bardziej skomplikowana, głębsza, podlega mocnemu atakowi.
I tu przechodzimy do dzisiejszej wypowiedzi, która ( po uspokojeniu się) co stwierdzam jest psychiczna.
Wpisuje się dokładnie w atak na człowieczeństwo, wartości chrześcijańskie. Które dzieci będą zaśmiecać? Z jakimś ubytkiem, chorobą już są wykluczane albo zabijane.
Teraz pora na te ze średnią w szkole poniżej 6,0 czy tylko 4,5? Te które nie mają czerwonego paska są za mało inteligentne?
Czy może te, które nie pobiegną na sto metrów w odpowiednim czasie?
A może te, które nie mają iphonów?
Albo mają łysych ojców?
Albo któreś z rodziców jest chore ( również na chorobę alkoholową)?
Czy my jesteśmy menelami jako rodzina wielodzietna?
A może ci, którzy nie głosowali na KORWINa? No to mają większość społeczeństwa z głowy!
I tylko pytam: Gdzie jest Rzecznik Praw Dziecka?
P.s Komentarz mojego Ukochanego:
-Niepotrzebnie się w tak angażujesz. Szkoda nerwów.
-To mój blog!
-Masz rację.
I nawet nie ma się jak pokłócić zastępczo z przedstawicielem męskiego rodu:))))
piątek, 30 października 2015
czwartek, 29 października 2015
Rozmowy bardzo niekontrolowane
Rozmowa przy obiedzie.
Ja do Zochny:
-Pojedziemy do Warszawy.
-Łe, do Warszawy...
-A byłaś np. w Łazienkach?
Tu włącza się Jacuś:
-Ja, ja byłem. A nawet w łazience w Zamku Królewskim!
i jak tu zachować zdrowy mózg????
Czasami są takie dni, że wstaję rano i zaczynam w myślach układać teksty. A raczej same się układają. Potrzeba mi tylko chwili, by je spisać. Pozbyć się ich, bo inaczej żyć nie dają.
Ostatnio dużo się dzieje, mam nad czym myśleć. Nie wiem czy dzisiaj nie będzie kilku postów:))))
Tylko muszę napisać ze dwa artykuły. Najpierw trochę pooddycham, żeby nie były zbyt polemiczne...
Idzie człowiek spokojnie do lekarza, siada w poczekalni a tam leżą literki. Jako, że granie na telefonie jest takie pospolite sięga tenże człowiek po literaturę. Sięga łapczywie zwłaszcza po tę, która normalnie w domu się nie pojawia. No i ma własna ręka trafiła na "Wysokie obcasy". Muszę przyznać, że od czasu, kiedy ostatnio z własnej woli miałam je przed oczami bardzo się zmieniły. I estetycznie, pamiętam zwykły gazetowy papier, i merytorycznie. Chyba stały się bardziej jadowite.
Z tego jednego, aktualnego numeru dowiedziałam się ( upraszczając):
-nie ma czegoś takiego jak tradycyjna rodzina
-czytam złe książki, Terakowska jest passe, czyta się Tokarczuk
-Elbanowscy nie walczą o sześciolatki tylko o tradycyjną rodzinę, której przecież nie ma
-przyrzekanie, że cię nie opuszczę aż do śmierci jest bez sensu, bo w historii ludzie nigdy nie obchodzili złotych czy diamentowych godów. Małżeństwa trwały krótko, bo....ludzie szybko umierali (!) DLATEGO bezsensem jest tradycyjna rodzina i bycie z jedną osobą...aż do śmierci.
I tak dalej w tym stylu. Głupota jest godna współczucia, ale jest też niestety zaraźliwa. Niektórzy to czytają.
Ma to głębokie konsekwencje. Dobrze jest usłyszeć, że to co mnie uwiera jest dobre, że inni tak mają a skoro tak to jest to dobre. I tak sobie brniemy w kłamstwo, usprawiedliwianie naszego egoizmu. I nie chodzi o ocenianie ale o nazywanie. Ja też jestem egoistką, ale przynajmniej wiem, że to złe. Mam coś co mnie uwiera, przynagla do zmiany, rozwoju. A tu? Największe świństwo jakie może usłyszeć kobieta to to, że jest tego warta. Tego, że rezygnuje z bycia Kobietą ( bycia matką, żoną, pocieszycielką, ostoją)....Właśnie dlatego muszę pooddychać, uwiązać trochę emocje i podejść do sprawy racjonalnie czyli popełnić tekst:)
Jedno mi się we wspomnianej publikacji podobało. W tradycyjnym modelu rodziny, który jako żywo nie istnieje, matka nie pracuje. Na przestrzeni wieków tak było tylko u ARYSTOKRACJI. Niniejszym dołączam. Tu drobnym druczkiem powinnam wskazać, że to kolejne kłamstwo wymierzone w kobiety. Bo która kobieta nie pracuje w domu??? To wymyślili faceci od produktu krajowego brutto. A feministki jak zwykle łyknęły. I po raz kolejny popsuły nam opinie. Że niby baby takie głupie i na wszystko dadzą się nabrać.
Dobra, koniec, koniec!
Józio:
-Mamo są niebieskie ośmiornice?
-Są, ciemnoniebieskie. A jak są zdenerwowane to jasnoniebieskie.
-O, a my jak się denerwujemy to jesteśmy czerwoni!
No faktycznie, ludzie też zmieniają ubarwienie:)
Na spacerze Asia wychowuje Piotrusia:
-Pituś nie chodź tam, bo będzie z Ciebie MIAZGA!
Zosia wychowuje Asię:
-Asiu nie jesteś pępkiem świata!- nieco nerwowo:)
-Nie? A wszyscy tak mówią - z przekonaniem nasza czterolatka:)
I tak dalej, i tak dalej...I co chwilę, co sekundę...
ja chyba wykorzystuję więcej niż 10 % swojego mózgu:)))))))
Ja do Zochny:
-Pojedziemy do Warszawy.
-Łe, do Warszawy...
-A byłaś np. w Łazienkach?
Tu włącza się Jacuś:
-Ja, ja byłem. A nawet w łazience w Zamku Królewskim!
i jak tu zachować zdrowy mózg????
Czasami są takie dni, że wstaję rano i zaczynam w myślach układać teksty. A raczej same się układają. Potrzeba mi tylko chwili, by je spisać. Pozbyć się ich, bo inaczej żyć nie dają.
Ostatnio dużo się dzieje, mam nad czym myśleć. Nie wiem czy dzisiaj nie będzie kilku postów:))))
Tylko muszę napisać ze dwa artykuły. Najpierw trochę pooddycham, żeby nie były zbyt polemiczne...
Idzie człowiek spokojnie do lekarza, siada w poczekalni a tam leżą literki. Jako, że granie na telefonie jest takie pospolite sięga tenże człowiek po literaturę. Sięga łapczywie zwłaszcza po tę, która normalnie w domu się nie pojawia. No i ma własna ręka trafiła na "Wysokie obcasy". Muszę przyznać, że od czasu, kiedy ostatnio z własnej woli miałam je przed oczami bardzo się zmieniły. I estetycznie, pamiętam zwykły gazetowy papier, i merytorycznie. Chyba stały się bardziej jadowite.
Z tego jednego, aktualnego numeru dowiedziałam się ( upraszczając):
-nie ma czegoś takiego jak tradycyjna rodzina
-czytam złe książki, Terakowska jest passe, czyta się Tokarczuk
-Elbanowscy nie walczą o sześciolatki tylko o tradycyjną rodzinę, której przecież nie ma
-przyrzekanie, że cię nie opuszczę aż do śmierci jest bez sensu, bo w historii ludzie nigdy nie obchodzili złotych czy diamentowych godów. Małżeństwa trwały krótko, bo....ludzie szybko umierali (!) DLATEGO bezsensem jest tradycyjna rodzina i bycie z jedną osobą...aż do śmierci.
I tak dalej w tym stylu. Głupota jest godna współczucia, ale jest też niestety zaraźliwa. Niektórzy to czytają.
Ma to głębokie konsekwencje. Dobrze jest usłyszeć, że to co mnie uwiera jest dobre, że inni tak mają a skoro tak to jest to dobre. I tak sobie brniemy w kłamstwo, usprawiedliwianie naszego egoizmu. I nie chodzi o ocenianie ale o nazywanie. Ja też jestem egoistką, ale przynajmniej wiem, że to złe. Mam coś co mnie uwiera, przynagla do zmiany, rozwoju. A tu? Największe świństwo jakie może usłyszeć kobieta to to, że jest tego warta. Tego, że rezygnuje z bycia Kobietą ( bycia matką, żoną, pocieszycielką, ostoją)....Właśnie dlatego muszę pooddychać, uwiązać trochę emocje i podejść do sprawy racjonalnie czyli popełnić tekst:)
Jedno mi się we wspomnianej publikacji podobało. W tradycyjnym modelu rodziny, który jako żywo nie istnieje, matka nie pracuje. Na przestrzeni wieków tak było tylko u ARYSTOKRACJI. Niniejszym dołączam. Tu drobnym druczkiem powinnam wskazać, że to kolejne kłamstwo wymierzone w kobiety. Bo która kobieta nie pracuje w domu??? To wymyślili faceci od produktu krajowego brutto. A feministki jak zwykle łyknęły. I po raz kolejny popsuły nam opinie. Że niby baby takie głupie i na wszystko dadzą się nabrać.
Dobra, koniec, koniec!
Józio:
-Mamo są niebieskie ośmiornice?
-Są, ciemnoniebieskie. A jak są zdenerwowane to jasnoniebieskie.
-O, a my jak się denerwujemy to jesteśmy czerwoni!
No faktycznie, ludzie też zmieniają ubarwienie:)
Na spacerze Asia wychowuje Piotrusia:
-Pituś nie chodź tam, bo będzie z Ciebie MIAZGA!
Zosia wychowuje Asię:
-Asiu nie jesteś pępkiem świata!- nieco nerwowo:)
-Nie? A wszyscy tak mówią - z przekonaniem nasza czterolatka:)
I tak dalej, i tak dalej...I co chwilę, co sekundę...
ja chyba wykorzystuję więcej niż 10 % swojego mózgu:)))))))
środa, 28 października 2015
Fb
No to koniec ery bezfejsowej. Koniec z podczytywaniem wiadomości u Ukochanego.
Synek założył mi stronę fb.
Normalnie jak stara panna, i chciałabym i się boję.
No to ZAPRASZAM!
Synek założył mi stronę fb.
Normalnie jak stara panna, i chciałabym i się boję.
No to ZAPRASZAM!
wtorek, 27 października 2015
Facet to facet
Stasiu jako, że mieszka oddzielnie ( z dziadkami) jest obecnie szczególnie atrakcyjnym bratem. Wysoko trzyma gardę mężczyzny, którego byle co nie wzruszy, statecznego i mającego swoje poglądy. Podczas niedzielnych odwiedzin został zagospodarowany przez stęsknione młodsze rodzeństwo, wytulony, wręcz wyciśnięty...Pokazane mu zostały wszystkie rysunki, chwyty z dżudo a najmłodszy czuł się w obowiązku wybuchać śmiechem po każdej wypowiedzi najstarszego brata:)
Stasiowi było chyba z tym dobrze, bo w pewnej chwili oznajmił:
-Głównie z waszego powodu tu siedzę, bo mam mnóstwo roboty.
Mamusia jak to mamusia, dumna z syna chciała jednak usłyszeć coś miłego.
-A za nami się nie stęskniłeś? Za swoimi staruszkami?
Na to mój własny młodzieniec:
-Mamo, Tobie o tym mówiłem kilka lat temu. Jak coś się zmieni to dam znać.
No facet normalnie!
I poranny kwiatek od Asi:
-No ja nie miałam nawet najmniejszego RZYCZKA! ( tu moje mężydło stwierdziło, ze czytelnicy nie będą wiedzieli o co chodzi( człowiek małej wiary:)), oczywiście o wymiotowanie)
Co jako żywo nie jest prawdą!
Ale jest już lepiej.
Na froncie motoryzacyjnym trwa czekanie:)
Stasiowi było chyba z tym dobrze, bo w pewnej chwili oznajmił:
-Głównie z waszego powodu tu siedzę, bo mam mnóstwo roboty.
Mamusia jak to mamusia, dumna z syna chciała jednak usłyszeć coś miłego.
-A za nami się nie stęskniłeś? Za swoimi staruszkami?
Na to mój własny młodzieniec:
-Mamo, Tobie o tym mówiłem kilka lat temu. Jak coś się zmieni to dam znać.
No facet normalnie!
I poranny kwiatek od Asi:
-No ja nie miałam nawet najmniejszego RZYCZKA! ( tu moje mężydło stwierdziło, ze czytelnicy nie będą wiedzieli o co chodzi( człowiek małej wiary:)), oczywiście o wymiotowanie)
Co jako żywo nie jest prawdą!
Ale jest już lepiej.
Na froncie motoryzacyjnym trwa czekanie:)
niedziela, 25 października 2015
Kolejna mądrość ludowych mądrości
Znowu nie wiem od czego zacząć.
Chyba jednak od Mieczysława Fogga i piosenki: "Ta ostatnia niedziela".
Krótko: jak ja się cieszę! Jeszcze w południe niepokojące wieści o zamienionych kartach do głosowania i zastanawianie się co można wymyślić, by wybory były uczciwe.
Około 17 po zajęciach na uniwerku przyjechał Stasiu i wspólnie, jeszcze z Martą, poszliśmy popełnić akt wyborczy. Jak kolejni podrosną to będzie nas konkretna siła:)
Potem oczywiście dyskusje w męskim gronie o polityce- u nas w domu nie było ciszy wyborczej:)))
No i pierwsze wyniki. Bez lewicy!!! Jeszcze tylko szkoda, że Nowoczesna dostała szansę.
Pamiętam dawno temu, nasz rok maturalny i 4 czerwiec 1989 roku. Wtedy czuliśmy się podobnie. Coś się zmieniło.
I tak, tak, dobrze wiem, że żaden polityk nie załatwi raju na ziemi, nie jest Mesjaszem, ale może coś drgnie. Te ostatnie 8 lat było bardzo ciężkie i takie beznadziejne jednak.
A teraz od płaszczyzn i poziomów patriotycznych i górnolotnych lądujemy w naszej codzienności. Z mocnym hukiem !
Według słów szanty:
Jazz, babariba statek sie kiwa,
załoga rzyga.
Zarzygali cały pokład,
i kajuty też!
No więc jakby to powiedzieć... My mamy taki statek dzisiaj. Nie namawiam do wyobrażania sobie tej sytuacji ani do wczuwania się. Jednak trójka wymiotująca naraz, na odległość i pod dużym ciśnieniem plus trójka ( inna oczywiście) mająca rozwolnienie wylewające się z pieluch i nie pozwalające na dotarcie nawet w pobliże łazienki....Plus my, geriatrycy z bólem brzucha. A ci co ewentualnie czuli się lepiej akurat przebywali poza domem. Co prawda wygląda na to, że już niedługo będą się tak czuli:)
Najbiedniejszy Piotruś, bo z gorączką i osłabiony.
W tym wszystkim wielki prezent od Jasia. Wszedł, zobaczył nas w akcji oczyszczania podłogi i przebierania towarzystwa ( bo wiecie jak to jest z maluchami, zamiast gnać do łazienki, biegną do mamy i taty powiedzieć, że chce im się wymiotować:), a skutki są opłakane ) :
-Ja Was podziwiam, kiedyś Wam to wynagrodzę. To co mam teraz zrobić?
I pomimo, że rację mieli starożytni twierdząc, że kto ma pszczoły ten ma miód a kto ma dzieci ten ma smród, to nie chcę się zamieniać!
Chyba jednak od Mieczysława Fogga i piosenki: "Ta ostatnia niedziela".
Krótko: jak ja się cieszę! Jeszcze w południe niepokojące wieści o zamienionych kartach do głosowania i zastanawianie się co można wymyślić, by wybory były uczciwe.
Około 17 po zajęciach na uniwerku przyjechał Stasiu i wspólnie, jeszcze z Martą, poszliśmy popełnić akt wyborczy. Jak kolejni podrosną to będzie nas konkretna siła:)
Potem oczywiście dyskusje w męskim gronie o polityce- u nas w domu nie było ciszy wyborczej:)))
No i pierwsze wyniki. Bez lewicy!!! Jeszcze tylko szkoda, że Nowoczesna dostała szansę.
Pamiętam dawno temu, nasz rok maturalny i 4 czerwiec 1989 roku. Wtedy czuliśmy się podobnie. Coś się zmieniło.
I tak, tak, dobrze wiem, że żaden polityk nie załatwi raju na ziemi, nie jest Mesjaszem, ale może coś drgnie. Te ostatnie 8 lat było bardzo ciężkie i takie beznadziejne jednak.
A teraz od płaszczyzn i poziomów patriotycznych i górnolotnych lądujemy w naszej codzienności. Z mocnym hukiem !
Według słów szanty:
Jazz, babariba statek sie kiwa,
załoga rzyga.
Zarzygali cały pokład,
i kajuty też!
No więc jakby to powiedzieć... My mamy taki statek dzisiaj. Nie namawiam do wyobrażania sobie tej sytuacji ani do wczuwania się. Jednak trójka wymiotująca naraz, na odległość i pod dużym ciśnieniem plus trójka ( inna oczywiście) mająca rozwolnienie wylewające się z pieluch i nie pozwalające na dotarcie nawet w pobliże łazienki....Plus my, geriatrycy z bólem brzucha. A ci co ewentualnie czuli się lepiej akurat przebywali poza domem. Co prawda wygląda na to, że już niedługo będą się tak czuli:)
Najbiedniejszy Piotruś, bo z gorączką i osłabiony.
W tym wszystkim wielki prezent od Jasia. Wszedł, zobaczył nas w akcji oczyszczania podłogi i przebierania towarzystwa ( bo wiecie jak to jest z maluchami, zamiast gnać do łazienki, biegną do mamy i taty powiedzieć, że chce im się wymiotować:), a skutki są opłakane ) :
-Ja Was podziwiam, kiedyś Wam to wynagrodzę. To co mam teraz zrobić?
I pomimo, że rację mieli starożytni twierdząc, że kto ma pszczoły ten ma miód a kto ma dzieci ten ma smród, to nie chcę się zamieniać!
piątek, 23 października 2015
Klimat
To co jest najgorsze jesienią to dni, kiedy chmury wiszą nisko, zasłaniają słońce i cały czas trudno się zdecydować czy już jest jasno czy dopiero będzie. A potem raptem za oknem robi się wieczór. Te dni trwają i trwają aż do końca lutego a czasem i w marcu. Przynajmniej u nas na północy. To są te minusy życia nad polskim morzem, zapada coś w rodzaju, może nie polarnej nocy ale zmierzchu na pewno. Dni słonecznych jest bardzo mało.
To ciężki czas również dla dzieci, deszcz z wiatrem i nieprzyjemna wilgoć nie sprzyjają zabawom na dworze, choć dzieciaki nie ustają w próbach. Dookoła nas rozlewają się przyjemne kałuże, które maja ukrytą wadę: gliniane podłoże:) Pełno gliny, takiej solidnej, mlaszczącej i śliskiej przy zetknięciu. Dzieci nieraz po radosnych skokach w co głębszych kałużach wychodziły z nich w skarpetkach. Kalosze należało odzyskać zespołowo i ręcznie jak rzepkę u dziadka. Były jak wmurowane w dno małych wodnych zbiorników.
W tym roku zaliczyliśmy już takie akcje. Powrót moich najmilszych potomków powoduje wtedy zawsze mój stupor. Zamieram bezsilna w obliczu ich nowego image'u. Błoto wszędzie, również we włosach i za uszami. A kalosze...zastanawiam się czy jest sens je ubierać. Chyba po to by dostarczyć w nich do domu duże ilości mętnej, brązowej cieczy. Po co ma się marnować na zewnątrz?
Dawno bym wyklęła podobne eskapady, gdyby nie poczucie, że to najlepsze co mogą zrobić w taką pogodę, że to smak dzieciństwa. Wszak dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe:) A potem jeszcze mamusia może się pobawić usuwając błoto ze wszystkiego:)))) Oby nie za często. Na szczęście kalosze od środka schną bardzo długo i to wyznacza pewien rytm, niespieszny.
W związku z tym i ja, i dzieci czekamy na śnieg. Jakoś łatwiej suszyć rzeczy po prostu mokre a nie mokre i brudne, lepiące, mażące się, których nie ma gdzie złapać. Jeśli słyszycie w moim tonie pewne rozgoryczenie to na pewno pomyłka:)
Dobre strony to ciepły kominek i jakoś tak człowiek bardziej cieszy się domem, czuje wdzięczność za to miejsce gdzie jesteśmy razem, że jest to miejsce.
Rozpoczęliśmy nieśmiało sezon chorobowy, Marta ma za sobą grypę brzuszną, wczoraj już wymiotował Józio i czekam na dalszy ciąg. Jak to mówią pesymista to dobrze poinformowany optymista.
Koniec października to również czas, kiedy dla mnie zaczyna się wspominanie zmarłych. Wcześniej. Ale to z tego powodu, że w niedzielę będzie kolejna rocznica śmierci mojego taty. Zmarł trzy miesiące po urodzeniu Jasia. Nie spotkał tutaj swoich kolejnych wnuków, a ma ich piętnaścioro. Nie wiem co prawda jak by się to skończyło:). Bo już przy Stasiu, swoim drugim wnuku lekko wariował. Staś miał dwa latka, chciał na dach- proszę bardzo, chciał jechać na kolanach dziadka samochodem- proszę bardzo, w nocy chciał kanapek, nie ma problemu. A rano usłyszałam po takiej akcji, że jesteśmy hitlerowcy, bo nie żywimy biednego dziecka, które w nocy budzi się głodne. Dziadkowie tak mają:)
No i znowu miało być o czym innym, ten typ tak ma.
To ciężki czas również dla dzieci, deszcz z wiatrem i nieprzyjemna wilgoć nie sprzyjają zabawom na dworze, choć dzieciaki nie ustają w próbach. Dookoła nas rozlewają się przyjemne kałuże, które maja ukrytą wadę: gliniane podłoże:) Pełno gliny, takiej solidnej, mlaszczącej i śliskiej przy zetknięciu. Dzieci nieraz po radosnych skokach w co głębszych kałużach wychodziły z nich w skarpetkach. Kalosze należało odzyskać zespołowo i ręcznie jak rzepkę u dziadka. Były jak wmurowane w dno małych wodnych zbiorników.
W tym roku zaliczyliśmy już takie akcje. Powrót moich najmilszych potomków powoduje wtedy zawsze mój stupor. Zamieram bezsilna w obliczu ich nowego image'u. Błoto wszędzie, również we włosach i za uszami. A kalosze...zastanawiam się czy jest sens je ubierać. Chyba po to by dostarczyć w nich do domu duże ilości mętnej, brązowej cieczy. Po co ma się marnować na zewnątrz?
Dawno bym wyklęła podobne eskapady, gdyby nie poczucie, że to najlepsze co mogą zrobić w taką pogodę, że to smak dzieciństwa. Wszak dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe:) A potem jeszcze mamusia może się pobawić usuwając błoto ze wszystkiego:)))) Oby nie za często. Na szczęście kalosze od środka schną bardzo długo i to wyznacza pewien rytm, niespieszny.
W związku z tym i ja, i dzieci czekamy na śnieg. Jakoś łatwiej suszyć rzeczy po prostu mokre a nie mokre i brudne, lepiące, mażące się, których nie ma gdzie złapać. Jeśli słyszycie w moim tonie pewne rozgoryczenie to na pewno pomyłka:)
Dobre strony to ciepły kominek i jakoś tak człowiek bardziej cieszy się domem, czuje wdzięczność za to miejsce gdzie jesteśmy razem, że jest to miejsce.
Rozpoczęliśmy nieśmiało sezon chorobowy, Marta ma za sobą grypę brzuszną, wczoraj już wymiotował Józio i czekam na dalszy ciąg. Jak to mówią pesymista to dobrze poinformowany optymista.
Koniec października to również czas, kiedy dla mnie zaczyna się wspominanie zmarłych. Wcześniej. Ale to z tego powodu, że w niedzielę będzie kolejna rocznica śmierci mojego taty. Zmarł trzy miesiące po urodzeniu Jasia. Nie spotkał tutaj swoich kolejnych wnuków, a ma ich piętnaścioro. Nie wiem co prawda jak by się to skończyło:). Bo już przy Stasiu, swoim drugim wnuku lekko wariował. Staś miał dwa latka, chciał na dach- proszę bardzo, chciał jechać na kolanach dziadka samochodem- proszę bardzo, w nocy chciał kanapek, nie ma problemu. A rano usłyszałam po takiej akcji, że jesteśmy hitlerowcy, bo nie żywimy biednego dziecka, które w nocy budzi się głodne. Dziadkowie tak mają:)
No i znowu miało być o czym innym, ten typ tak ma.
wtorek, 20 października 2015
Znak czasów
Powoli zaczynam jesienna depresję. Niestety z każdym rokiem, w miarę przybywania lat narasta siła bezsensu i smutku związanego z przemijaniem. I nie ma to nic wspólnego z dziećmi, mężem czy codziennością. Tylko tak jakby obok.
Wczoraj byliśmy wieczorem w hospicjum. Leży tam nasz brat ze wspólnoty, który od dwudziestu lat zmaga się z nowotworem. Z nowotworem, który niejednego powaliłby już kilka razy. A to przedwojenny, solidny rocznik ( zresztą Sybirak). Jest bardzo słaby, ale nadal dżentelmen:). Nasz Jaś bardzo go lubi i nosi głęboko w sercu a i on wzajemnie. Ile razy opowiadałam o różnych akcjach naszego synka, wzywaniach do szkoły albo załamywałam ręce w temacie: Co z niego wyrośnie? słyszałam:
-Jaś to dobry człowiek.-tonem wskazującym, że tylko dobre wychowanie powstrzymuje starszego pana przed wypowiedzeniem tego bardziej dosadnie:
-Matka daj ty mu spokój.
Wczoraj kiedy zobaczył Jasia wyraźnie się ucieszył i powiedział:
-O Jasiu, zawsze słodko Cię wspominać.
Jest to jeden z ludzi, który ma wpływ na kształtowanie się światopoglądu naszego syna. Opowieści związane z gehenną na Syberii, pomimo że pełne przebaczenia i mądrości są powodem głębokiej nieufności, ba nawet wrogości do ZSRR u Jasia. Zawsze też istnieje odniesienie w działaniach naszego syna:
-Co by na to powiedział...?
Kiedyś w jakiejś szermierce słownej użyłam tego argumentu, w zamian usłyszałam:
-Wujek na pewno by się ze mną zgodził.
I co najgorsze przeczuwałam, że może mieć rację ten nasz synek:)
Nasz brat ma w sobotę 50 rocznicę ślubu i jesteśmy przekonani, że pomimo wszelkich prognoz lekarzy będziemy razem świętować.
A miało być o czym innym ...
Wczoraj byliśmy wieczorem w hospicjum. Leży tam nasz brat ze wspólnoty, który od dwudziestu lat zmaga się z nowotworem. Z nowotworem, który niejednego powaliłby już kilka razy. A to przedwojenny, solidny rocznik ( zresztą Sybirak). Jest bardzo słaby, ale nadal dżentelmen:). Nasz Jaś bardzo go lubi i nosi głęboko w sercu a i on wzajemnie. Ile razy opowiadałam o różnych akcjach naszego synka, wzywaniach do szkoły albo załamywałam ręce w temacie: Co z niego wyrośnie? słyszałam:
-Jaś to dobry człowiek.-tonem wskazującym, że tylko dobre wychowanie powstrzymuje starszego pana przed wypowiedzeniem tego bardziej dosadnie:
-Matka daj ty mu spokój.
Wczoraj kiedy zobaczył Jasia wyraźnie się ucieszył i powiedział:
-O Jasiu, zawsze słodko Cię wspominać.
Jest to jeden z ludzi, który ma wpływ na kształtowanie się światopoglądu naszego syna. Opowieści związane z gehenną na Syberii, pomimo że pełne przebaczenia i mądrości są powodem głębokiej nieufności, ba nawet wrogości do ZSRR u Jasia. Zawsze też istnieje odniesienie w działaniach naszego syna:
-Co by na to powiedział...?
Kiedyś w jakiejś szermierce słownej użyłam tego argumentu, w zamian usłyszałam:
-Wujek na pewno by się ze mną zgodził.
I co najgorsze przeczuwałam, że może mieć rację ten nasz synek:)
Nasz brat ma w sobotę 50 rocznicę ślubu i jesteśmy przekonani, że pomimo wszelkich prognoz lekarzy będziemy razem świętować.
A miało być o czym innym ...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
