Myśli, które ułożyły mi się w głowie w całkiem fajny wpis są nieco poważniejsze. Zobaczymy co zrobię z nimi chcąc je przelać na "karty". Czy się powstrzymam od dygresji i dykteryjek? O a ile słów znam!
Rozmyślania rozpoczęłam po przeczytaniu kilku tekstów na fb, później zdradzę jakich.
I od razu ta wewnętrzna, dzika istota we mnie zaczęła bulgotać ( określenie Mamy z Dużego Brązowego Domu) : czy oni nic nie rozumieją, jacy idioci....I już , już zaczynała wymykać się spod kontroli. Nie dla niej modlenie się za wrogów, oglądanie sytuacji z wielu stron, zrozumienie tych drugich. Na jej usprawiedliwienie dodam, że to ona również jest gotowa oddać bez kalkulowania wszystko co ma, albo przygarnąć ludzia czy zwierza nie myśląc o tym co dalej.
Przez wiele lat usiłowałam oną ukryć, nie przyznawać się do niej, nie przyznawać się do tego, że moje emocje są silne, istnieją i daleko mi do łagodnej, nie podnoszącej głosu kobietki. Takiej, która na wszystko patrzy jakby z zewnątrz, mądrze ocenia i nie angażuje się zbytecznie, NIE KŁÓCI SIĘ z mężem. Ukryć jak bardzo przeżywam czyjeś złe słowa, nieakceptację. I już prawie dobrze mi szło, głównie przez to, że przy małych dzieciach nie miałam zbyt wiele czasu na roztkliwianie się nad sobą. Ale jednak nie. To nie byłam ja. Ja mam emocje, jestem emocjonalną osobą.
Powoli akceptowałam tę szalejąca we mnie kobietę, tę drugą. Nie ukrywam, że pomógł mi Ukochany, który twierdził cały czas, że taką mnie kocha. Jak zaakceptowałam to zaczęłam zauważać plusy emocji. I te odruchy serca, o których już wspominałam, ale również to, że u nas nie ma cichych dni, wszystko jest wyjaśniane na bieżąco. Moja emocjonalna strona nie pozwala mi też na udawanie czegokolwiek, choć czasami wygodniej by było:) Zwłaszcza w relacjach z ludźmi.
No i odkrycie, że każdy człowiek ma emocje:) Tylko nie mogą być sterem w życiu. Ja to dużo czasu potrzebuję na dochodzenie do spraw oczywistych:)))
Teraz codziennie mogę wychowywać tę w środku. Łapać za rękę, gdy zbyt szybko się wyrywa. I na przykład zamiast wyrażać się per idiotka o pani burmistrz Kolonii modlić się za nią.
Drugi artykuł dotyka jeszcze większej palety emocji. Tu podaje link do niego, bo chyba Małgorzata Terlikowska napisała to bardzo spokojnie i bez emocji:) artykuł
A ze spraw codziennych jestem poważnie zaniepokojona naszą panną Joanną. Odbywamy takie rozmowy:
-Asiu to kto według Ciebie jest najważniejszy na świecie?- to po jakiejś akcji typu "wszystko dla mnie"
- Ja!
-A ktoś jeszcze?
-No ja!
I gadaj tu z taką. Ponieważ pomimo 4 i pół roku nadal jest kruszynką po przejściach utarło się tak jakoś, że Zosia i Hania sprzątają po niej, że nie ma żadnych nawet najmniejszych obowiązków. O zgrozo przegapiliśmy moment, kiedy w rodzeństwie utrwaliło się to, że Asia jest malutka i biedna. No i teraz czeka nas ciężka praca. Na wychowanie to ona jest wybitnie odporna:)))
Mróz trzyma i to taki bezśnieżny. Wczoraj było minus 17. To na ile można wyjsć na dwór? Nawet jeśli na pobliskim polu jest rewelacyjne lodowisko i kawały lodu o grubości 20 cm do podziwiania. Pół godziny i towarzystwo wraca do domu, dodatkowo rozmarudzone, że nie ma śniegu. Zwłaszcza, że mają nowe sanki. Jeszcze nie próbowane. Ale usiłowali, na piasku. Jak patrzę na termometr i na samochody, które nie chcą ruszyć to zastanawiam się czy my na pewno musimy mieszkać na północy? A jeszcze przeczytałam artykuł o braku słońca i witaminy D3. Potwierdził to co podejrzewałam, ale o tym następnym razem.
Z tej rozpaczy umówiliśmy się ze znajomymi i naszym ulubionym chorwackim gospodarzem na przyjazd. Tylko to tak daleko, bo po światowych Dniach Młodzieży :)
W związku z niesprzyjającą aurą dzieciaki rozpoczęły produkcję komiksów i obrazków. No i naprawdę utalentowane towarzystwo, ja w życiu nie umiałam tak rysować. Przy tej okazji na jaw wyszło, że kredki też się zużywają a niektóre ( te tańsze) nadaja się do wielu rzeczy ( np. do rozpalania w kominku) ale nie do rysowania. I tu drobny wtręt wielodzietnej rzeczywistości. Udaliśmy się na zakupy z mocnym postanowieniem, że kupimy towarzystwu kredki lepsze, takie którymi miło się rysuje. Po zakupie sześciu kompletów ( tylko jeden 24 kolorowy, reszta zwykła) wyszliśmy lżejsi o 150 i kilka złotych. Patrząc na ich zapał i ilość rysunków, za jakieś 1,5 miesiąca będziemy musieli znowu wydać tyle. Na kredki! Dzięki Bogu, że mogliśmy.
Za chwilę Marta wysiada w Poznaniu. Realizuje swoje marzenie. Bardzo chciała się usamodzielnić i kontynuować naukę na wydziale chemii kosmetycznej. Z Wrocławiem nie wyszło. Nawet trochę się obwiniałam, że nie możemy jej pomóc w płatnościach. Bo dziewczyna pracuje i uczy się na dziennych studiach( nie ma tego kierunku w innym trybie), ale na wynajem jej nie starczy. Pieniądze, pieniądze, głupie pieniądze.
A tu świąteczny prezent. Siostra przyszywanej babci Basi zaoferowała jej mieszkanie w Poznaniu, za darmo. Sama z siebie. Widziała Martę drugi raz w życiu, jej dbałość o ulubioną przyszywaną babcię i stwierdziła, że jest samotna i przydałby się jej ktoś taki ( ma prawie 80 lat). I jest tam wymarzony kierunek. Właśnie pojechała wszystko dogadać i poznać warunki przenosin między uczelniami:). A do Basi chodzić będzie Marysia, która już dawno zazdrościła siostrze. Bo to nobilitacja.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielodzietność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielodzietność. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 stycznia 2016
niedziela, 20 września 2015
Stereotypy
Dookoła nas trwa walka ze stereotypami, prześladowaniami i za małym znaczeniem mniejszości.
Postanowiłam i ja trochę dołożyć do tego tematu zwłaszcza, że mam wrażenie iż nie wszystkie stereotypy są równie tępione.
Mamą wielodzietną jestem od wielu lat. Wszak trójka moich najstarszych dzieci jest już dorosła w majestacie prawa a jedno całkiem samodzielne, prowadzi osobne życie. Jesteśmy wykształceni (lekarz i informatyk) i z dużego miasta, a jednak od początku naszej wielodzietnej drogi towarzyszyło nam hasło: wielodzietność = patologia.
W odpowiedzi na zdziwienie, i nie ukrywam ,czasami chamskie pytania, mogliśmy powiewać sztandarem naszego wykształcenia. Zostawiano nas w spokoju, niekiedy dając wyraz jedynie lekkiej dezaprobacie lub współczuciu. Co mają zrobić jednak rodzice, którzy są z mniejszych miejscowości, mniej wykształceni? Czy w jakikolwiek sposób świadczy to o tym, że gorzej wychowują dzieci, mniej je kochają? Mniej o nie dbają? Co ma zrobić matka wielodzietna, nie-lekarz w przypadku bezczelnych pytań przy kolejnym porodzie? Albo uwłaczających godności komentarzy?
Dzisiaj odwiedziła mnie koleżanka, mama pięciu chłopaków i dwóch córek. Dzieci mądre, elokwentne, utalentowane, do tego ciekawe świata i towarzyskie. Jednemu z nich przydarzyła się taka przygoda. Odprowadzał na autobus kolegę i jak to nastolatki śmiali się głośno i wygłupiali. Jeden z powodów do śmiechu to wskazywanie w mijanych ogródkach sprzętów do zabawy dla maluchów (typu rowerek, hulajnoga, wiaderko) i stwierdzanie:
-O, to zabawka dla Ciebie!
Następnego dnia podczas zabawy we własnym ogródku zaczepiła go pewna pani, która zapytała czy to jego dom. Następnie stwierdziła, że jeżeli z jej ogródka zginie cokolwiek, to go poszczuje psem. Zszokowany młodzian opowiedział o wszystkim mamie, która obecnie dąży do spotkania z nieznajomą. Ciężar na sercu jednak czuje ogromny, wtłoczona w złodziejskie ramy. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że cała rodzina to zapaleni cykliści, zaopatrzeni w świetny sprzęt. Jak dodała moja koleżanka z rozgoryczeniem:
-Pewno kradziony!
No i proszę, mamy uciskaną mniejszość potrzebująca wsparcia. Prawdziwą mniejszość, ważną dla społeczeństwa. Jak wskazują dane rodziny wielodzietne (takie 3 +) stanowią 6% wszystkich rodzin, a wychowuje się w nich (według różnych szacunków) ok. 80% wszystkich dzieci.
Kolejny stereotyp to „kura domowa”.
Niedawno triumfy popularności pobijał filmik o rekrutowaniu do pracy. Rekrutacja prowadzona bardzo profesjonalnie, nie budziła podejrzeń aż do chwili przedstawienia warunków pracy. 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez urlopów i wynagrodzenia. Praca matki w domu. Jeśli komuś zależałoby na silnym państwie to wspierane byłyby silne rodziny, promowany model wychowywania dzieci przez rodziców, a nie przez instytucje. Nie hodowla. Przez 20 lat od rezygnacji z pracy i decyzji, że będę wychowywać swoje dzieci nie otrzymałam nigdy od państwa żadnego wynagrodzenia, nie potrzebuję dyplomów i medali. Swoją nagrodę odbieram codziennie. Ale protestuję przeciwko byciu kura domową. Piszę, czytam, myślę, organizuję, tworzę. A znam mnóstwo mam, które robią jeszcze tysiące innych rzeczy. Wolę włoskie określenie „ Regina casa”- królowa domu.
I tak to niechcący znalazłam się wśród uciskanych mniejszości.
Ten post znalazł się na wrodzinie.pl jako artykuł:)
Postanowiłam i ja trochę dołożyć do tego tematu zwłaszcza, że mam wrażenie iż nie wszystkie stereotypy są równie tępione.
Mamą wielodzietną jestem od wielu lat. Wszak trójka moich najstarszych dzieci jest już dorosła w majestacie prawa a jedno całkiem samodzielne, prowadzi osobne życie. Jesteśmy wykształceni (lekarz i informatyk) i z dużego miasta, a jednak od początku naszej wielodzietnej drogi towarzyszyło nam hasło: wielodzietność = patologia.
W odpowiedzi na zdziwienie, i nie ukrywam ,czasami chamskie pytania, mogliśmy powiewać sztandarem naszego wykształcenia. Zostawiano nas w spokoju, niekiedy dając wyraz jedynie lekkiej dezaprobacie lub współczuciu. Co mają zrobić jednak rodzice, którzy są z mniejszych miejscowości, mniej wykształceni? Czy w jakikolwiek sposób świadczy to o tym, że gorzej wychowują dzieci, mniej je kochają? Mniej o nie dbają? Co ma zrobić matka wielodzietna, nie-lekarz w przypadku bezczelnych pytań przy kolejnym porodzie? Albo uwłaczających godności komentarzy?
Dzisiaj odwiedziła mnie koleżanka, mama pięciu chłopaków i dwóch córek. Dzieci mądre, elokwentne, utalentowane, do tego ciekawe świata i towarzyskie. Jednemu z nich przydarzyła się taka przygoda. Odprowadzał na autobus kolegę i jak to nastolatki śmiali się głośno i wygłupiali. Jeden z powodów do śmiechu to wskazywanie w mijanych ogródkach sprzętów do zabawy dla maluchów (typu rowerek, hulajnoga, wiaderko) i stwierdzanie:
-O, to zabawka dla Ciebie!
Następnego dnia podczas zabawy we własnym ogródku zaczepiła go pewna pani, która zapytała czy to jego dom. Następnie stwierdziła, że jeżeli z jej ogródka zginie cokolwiek, to go poszczuje psem. Zszokowany młodzian opowiedział o wszystkim mamie, która obecnie dąży do spotkania z nieznajomą. Ciężar na sercu jednak czuje ogromny, wtłoczona w złodziejskie ramy. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że cała rodzina to zapaleni cykliści, zaopatrzeni w świetny sprzęt. Jak dodała moja koleżanka z rozgoryczeniem:
-Pewno kradziony!
No i proszę, mamy uciskaną mniejszość potrzebująca wsparcia. Prawdziwą mniejszość, ważną dla społeczeństwa. Jak wskazują dane rodziny wielodzietne (takie 3 +) stanowią 6% wszystkich rodzin, a wychowuje się w nich (według różnych szacunków) ok. 80% wszystkich dzieci.
Kolejny stereotyp to „kura domowa”.
Niedawno triumfy popularności pobijał filmik o rekrutowaniu do pracy. Rekrutacja prowadzona bardzo profesjonalnie, nie budziła podejrzeń aż do chwili przedstawienia warunków pracy. 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez urlopów i wynagrodzenia. Praca matki w domu. Jeśli komuś zależałoby na silnym państwie to wspierane byłyby silne rodziny, promowany model wychowywania dzieci przez rodziców, a nie przez instytucje. Nie hodowla. Przez 20 lat od rezygnacji z pracy i decyzji, że będę wychowywać swoje dzieci nie otrzymałam nigdy od państwa żadnego wynagrodzenia, nie potrzebuję dyplomów i medali. Swoją nagrodę odbieram codziennie. Ale protestuję przeciwko byciu kura domową. Piszę, czytam, myślę, organizuję, tworzę. A znam mnóstwo mam, które robią jeszcze tysiące innych rzeczy. Wolę włoskie określenie „ Regina casa”- królowa domu.
I tak to niechcący znalazłam się wśród uciskanych mniejszości.
Ten post znalazł się na wrodzinie.pl jako artykuł:)
czwartek, 12 marca 2015
Na terytorium wroga:)
Dzisiejszy poranek spędziliśmy z Ukochanym na spotkaniu w szkole naszych młodszych dzieci. Na spotkaniu z tutorem. To osoba, która wspomaga wychowawczo nauczycieli, indywidualnie spotyka się z rodzicami i wspólnie omawiamy na co zwrócić uwagę. Po takim spotkaniu zazwyczaj mam o czym myśleć.
Trzy lata temu, kiedy zaczynaliśmy przygodę z tą szkołą byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Ja matka (wtedy) 9 dzieci mam już doświadczenie a nawet pokorę(!) w wychowywaniu dzieci. Niczym mnie już nie zaskoczą. No i bardzo się zdziwiłam. Jedną z pierwszych rzeczy jaką usłyszałam w związku z Józiem to jego nieumiejętność dzielenia się z innymi. Ósme dziecko. I nie umie się dzielić?
Prawda i tylko prawda. Jako ulubieniec starszych braci i ogólnie malutki dostawał od wszystkich co tylko chciał. Sam nie musiał niczego nikomu oddawać. I tak przemykał, ani ja, ani Tatuś niczego nie zauważyliśmy.
Czekała nas praca do wykonania. Nie do końca się to podobało Józiowi, ale daliśmy radę.. Od tego momentu uważnie słucham sugestii i wskazówek tutora. Bo może coś przegapiamy, na coś mamy zwrócić uwagę. Po takich spotkaniach mam o czym myśleć.
Zaabsorbowana sprawami wychowawczymi nieopatrznie wkroczyłam na terytorium wroga czyli na piętro dzieci:). Od razu zostałam zaatakowana stertą książek w łóżkach (ciekawe jak oni sypiają), papierkami po wycinankach, włóczkami, styropianem i milionem kubków z fusami herbacianymi. Co prawda nie dałam się wciągnąć w zasadzkę i nie nabrałam się na uchylone drzwi od szafy dużych panienek. Udałam, że nic nie widzę i przemknęłam dalej. Wytoczę to działo, kiedy tylko moje damy powrócą. Narzędzi i śrubek w ogóle nie widziałam, przeczuwałam tylko, że są gotowe do ataku. Szybkim manewrem odcinającym (zamknięcie drzwi od pokoju Jasia) umożliwiłam sobie odwrót. Inaczej nie mogłabym zająć stanowiska w kuchni:) Obawiam się jednak, że nadchodzi moment w którym będę musiała się zmierzyć z ciasnymi, dziurawymi, zbyt ciepłymi ubraniami. Nadchodzi czas segregowania zabawek i częstych odwiedzin strychu. Nie chce mi się o tym myśleć. To straszna praca.
Co do wrogów we własnym domu. Dziś się dowiedziałam, że pod bokiem mamy słodkiego szpiega. Asia wszystko opowiada w przedszkolu:))). Trzeba uważać. Wczoraj podobno opowiadała paniom:
-Mama jest zakochana w tatusiu.
Panie nadstawiły uszu.
-Skąd wiesz?
-Bo się całują!!!
O matko! Permanentna inwigilacja.
Józiu natomiast wykorzystuje praktycznie zaczątki umiejętności czytania. Umie znaleźć na zabawkach lub sprzętach i przeliterować:
-China.
Musiałam wyjaśnić dlaczego dużo rzeczy ma napis Made in China. Długo nie czekałam. Przy krojeniu ogórków kiszonych na sałatkę obiadową Józio zagaił:
-Kto wymyślił ogórki?
-Pan Bóg.
-A nie chińczycy?
Tu zabrakło mi słów.....
Trzy lata temu, kiedy zaczynaliśmy przygodę z tą szkołą byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Ja matka (wtedy) 9 dzieci mam już doświadczenie a nawet pokorę(!) w wychowywaniu dzieci. Niczym mnie już nie zaskoczą. No i bardzo się zdziwiłam. Jedną z pierwszych rzeczy jaką usłyszałam w związku z Józiem to jego nieumiejętność dzielenia się z innymi. Ósme dziecko. I nie umie się dzielić?
Prawda i tylko prawda. Jako ulubieniec starszych braci i ogólnie malutki dostawał od wszystkich co tylko chciał. Sam nie musiał niczego nikomu oddawać. I tak przemykał, ani ja, ani Tatuś niczego nie zauważyliśmy.
Czekała nas praca do wykonania. Nie do końca się to podobało Józiowi, ale daliśmy radę.. Od tego momentu uważnie słucham sugestii i wskazówek tutora. Bo może coś przegapiamy, na coś mamy zwrócić uwagę. Po takich spotkaniach mam o czym myśleć.
Zaabsorbowana sprawami wychowawczymi nieopatrznie wkroczyłam na terytorium wroga czyli na piętro dzieci:). Od razu zostałam zaatakowana stertą książek w łóżkach (ciekawe jak oni sypiają), papierkami po wycinankach, włóczkami, styropianem i milionem kubków z fusami herbacianymi. Co prawda nie dałam się wciągnąć w zasadzkę i nie nabrałam się na uchylone drzwi od szafy dużych panienek. Udałam, że nic nie widzę i przemknęłam dalej. Wytoczę to działo, kiedy tylko moje damy powrócą. Narzędzi i śrubek w ogóle nie widziałam, przeczuwałam tylko, że są gotowe do ataku. Szybkim manewrem odcinającym (zamknięcie drzwi od pokoju Jasia) umożliwiłam sobie odwrót. Inaczej nie mogłabym zająć stanowiska w kuchni:) Obawiam się jednak, że nadchodzi moment w którym będę musiała się zmierzyć z ciasnymi, dziurawymi, zbyt ciepłymi ubraniami. Nadchodzi czas segregowania zabawek i częstych odwiedzin strychu. Nie chce mi się o tym myśleć. To straszna praca.
Co do wrogów we własnym domu. Dziś się dowiedziałam, że pod bokiem mamy słodkiego szpiega. Asia wszystko opowiada w przedszkolu:))). Trzeba uważać. Wczoraj podobno opowiadała paniom:
-Mama jest zakochana w tatusiu.
Panie nadstawiły uszu.
-Skąd wiesz?
-Bo się całują!!!
O matko! Permanentna inwigilacja.
Józiu natomiast wykorzystuje praktycznie zaczątki umiejętności czytania. Umie znaleźć na zabawkach lub sprzętach i przeliterować:
-China.
Musiałam wyjaśnić dlaczego dużo rzeczy ma napis Made in China. Długo nie czekałam. Przy krojeniu ogórków kiszonych na sałatkę obiadową Józio zagaił:
-Kto wymyślił ogórki?
-Pan Bóg.
-A nie chińczycy?
Tu zabrakło mi słów.....
Subskrybuj:
Posty (Atom)