Nie wiem, do którego miejsca uda mi się napisać dzisiejszy post. Za chwilę muszę zbierać towarzystwo do gdyńskiego akwarium na specjalną lekcję o Bałtyku.
Najpierw o książkach.
Mam za sobą numer 6 czyli "Bajki,które zdarzyły się naprawdę" Anny Moczulskiej. Książka świetna, czyta się jednym tchem mając przy tym miłą świadomość pogłębiania wiedzy historycznej. Czasami zaskakująca i potwierdzająca tezę, że historie prawdziwe są często bardziej nieprawdopodobne niż te wymyślone. Jedyne zastrzeżenie to takie, że po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje niedosyt.
Numer 7 to książka,która na mojej liście nie była, ale skoro trafiła mi do rąk to przeczytam. Intryguje już tytułem:" Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z obierek ziemniaczanych". Jeśli ktoś ma ochotę na niegłupią kobiecą literaturę, która poprawi mu humor to bardzo polecam. Można się pośmiać, popłakać i oczywiście zaraz chce się pojechać w opisywane rejony, ale tego już nie zdradzę :)
Czeka na mnie stosik:
I nie mogąc się zdecydować zaczęłam czytać równocześnie:
Cień wiatru- nie wiem czy to się liczy do wyzwania, bo już kiedyś czytałam
Na glinianych nogach- oczywiście Pratchett jest najbardziej zaawansowany, bo najbardziej mnie wciąga
i Oczami Jezusa, która to rzecz nie nadaje się do szybkiego czytania czyli stanowić będzie tło przez długi czas. To książka z tych, które trzeba przemyśleć i przemodlić.
No i muszę wychodzić.
Przyczołgałam się z powrotem :) Jestem po oglądaniu ryb dużych i małych, sprawdzaniu jak się rozmnaża rekiny, wyjaśnieniach, że tak ten duży wąż (anakonda zielona) patrzy na Ciebie jak na śniadanko, tak połknąłby Cię w całości, a ten żółw na pewno jest starszy od nas razem wziętych i milionie podobnych odpowiedzi, milionie pytań, na które nie odpowiedziałam i ponad godzinnym miotaniu się między akwariami.W przerwach zazdrościłam sowom umiejętności obracania głowy prawie dookoła.
Za chwilę kolejny akt czyli odwiezienie Józia i Hani na dżudo, Zosi na brodway jazz a Asia i Piti mają trafić na zumbę. Potem już tylko położyć ich spać i możemy z Ukochanym wyjść na spotkanie do wspólnoty. A potem, koło północy, po odbyciu wielu rozmów z tymi dorosłymi będzie można się polenić.
Ale miałam wrócić do weekendu. W sobotę, przed 19 trafiliśmy do stolicy, na stypę po reformie MENu. Tuż przed wyjazdem, a także w trakcie kilka razy wracałam już do domu. Serce rozdzierał mi Piotruś, który wołał:
-Mama nie papa!
Bardzo mądrze jakiś czas po wyruszeniu zadzwoniłam do domu i dowiedziałam się, że moje najmłodsze dziecko stoi przy oknie tarasowym i co przejedzie samochód pyta:
-Mama?
Gdyby nie to, że obiecaliśmy do Warszawy dowieźć również znajomych to stolica nie oglądałaby mojego szlachetnego oblicza. I na nic rozumne tłumaczenia mego Ukochanego, że Piotruś ma dobrą opiekę, nic mu sie nie dzieje ani nie stanie jeśli mama na dobę wyjedzie. A mi podobno się przyda. Ale jakoś mnie nie przekonał. Przynajmniej nie do końca.
Na imprezie od razu właściwie zaczęłam gadać z dziewczyną z telefonu wsparcia dla rodziców zagrożonych odebraniem dzieci. Mam jej telefon, jakby co to mam udostępniać.
Opowiadała, że psychicznie coraz gorzej znosi te telefony, których jest coraz więcej i coraz błahsze powody zagrożenia rodziny. Jakie? Ano np. dwulatek chodzi jeszcze ze smoczkiem.
Tu mogłam dorzucić i swój wstrząs. Na pewno sporo z Was pamięta rodzinę, o której pisałam przed świętami. Tam, gdzie tata zmarł a mama była tuż przed urodzeniem 12 dziecka. Otóż jak się dowiedziałam jakieś trzy tygodnie po pogrzebie pojawiła się u niej opieka społeczna i zaproponowała pomoc. Jaką? Ano zabranie najmłodszych dzieci do Domu Dziecka. Właściwie to płakać się chce. Jak ci urzędnicy się czuli jako ludzie przychodząc do rodziny dotkniętej tragedią i proponując coś takiego? A może przysłali jakieś roboty?
Ale miało być radośnie. Mój Ukochany, po wielu trudach i znojach zatańczył ze mną:) Wiem, że było to bohaterstwo z jego strony, bo nie znosi, nie cierpi itd. Przeżył.
Po różnych pogaduchach udaliśmy się na dalsze gadanie do miejsca noclegowego czyli Dużego Brązowego Domu. Co sobie przypomnę stół w kuchni i atmosferę tego domu to znowu robi mi się ciepło na sercu. Nawet mniej myślałam o Piotrusiu i już byłam gotowa przyznać rację mężowi. Poszliśmy spać po drugiej a wstaliśmy po piątej. Tu wielkie okrzyki podziwu dla pana domu, który wstał dzielnie, by nas odprowadzić i wypuścić z posesji.
Musieliśmy wracać tak wcześnie, bo w domu czekała jubilatka. Marynia kończyła lat 14.
No i wróciłam do codzienności, po wyjeździe w wielki świat. Niestety nie mogę dodać, że pełna nowych sił, bo raczej wykończona intensywnym weekendem i niedospaniem:) Geriatria.
Trzeba przyznać, że mnóstwo nowych pomysłów i chęci do działania mi przybyło.
W najbliższym czasie MUSZĘ skonkretyzować program szkoły rodzenia i ująć to w ramy czasowe. Dogadać się ze specjalistami, którzy mają gościnnie występować.
Postanowiłam również zorganizować dla dzieci z ED zabawę czytelniczą z głośnym czytaniem i zadaniami do rozwiązywania, tak by mogły współpracować w grupach.
I poszerzyć obszar naszych wycieczek, wszak zbliża się wiosna:)))
Pozostaje również wyzwanie zwane życie codzienne. Wraz z przyległościami.
Józio właśnie obraził się na starszą siostrę, która zaproponowała mu zupę ogórkową w różowej miseczce. To naprawdę przegięcie, jak ona mogła....
Hania powtarzała słówka na angielski. Szczególnie rozwalił mnie tysiąc zapisany fonetycznie:))))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 stycznia 2016
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Nocne życie
-A on na mnie skacze!
-Ona nie chce się dzielić!
-Na tych nowych sankach nie da się zjeżdżać!
-Oni się ze mną nie bawią.
Najlepsza górka do zjeżdżania na naszym osiedlu jest właśnie koło naszego domu więc daleko nie mieli. Dopiero groźba, że zaraz wrócą do domu poskutkowała i zapanowała harmonia w stadzie :)
Muzyka na samym wstępie właśnie tak mi się kojarzy. Tekla Bądarzewska-Baranowska była matką wielodzietną z XIX wieku i pomiędzy domowymi obowiązkami i wychowywaniem dzieci ( a robiła to sama) pisała utwory muzyczne, dzięki którym jest bardzo znana na świecie a szczególnie w Japonii i Stanach. Dała radę? Dała. A nie miała pralki automatycznej... Muszę przyznać, że wcześniej nigdy o niej nie słyszałam i nie miałam pojęcia, że jej utwór "Modlitwa dziewicy" jest równie popularny co " Dla Elizy". Przeczytałam o niej na blogu, na który trafiłam czytając co czytają ci, których czytają ci, których ja czytam :)))) Proste? Blog nosi nazwę Kobiety i Historia a jego autorka napisała książkę " Bajki, które zdarzyły się naprawdę". Książka wylądowała na mojej liście i oblizuję się ze smakiem czekając na lekturę.
A na razie pani Tekla zmotywowała mnie do tego, bym nie rozczulała się nad sobą w kwestii prania.
Już wcześniej miałam wspomnieć o pewnej grze. Niedługo ją nabędziemy na własność. Na razie nasze nastolatki i dorośli też spędzili nad nią noc poprzedzającą Sylwestra, noc sylwestrową i Nowy Rok. Przywiózł ją jeden z gości:) Gra nazywa się Talizman.Magia i miecz.
I na pewno jest w niej pewna magia. Od czasu zetknięcia z nią słychać w naszym domu jęki:
-Kupimy ją? Dooobrze?
Natomiast z młodszymi zapoznajemy się z Detektywem Pozytywką Grzegorza Kasdepke.
Taka właśnie pozycja trafiła pod nasz dach za sprawą mojej serdecznej koleżanki, która mi ją podsunęła po własnych dzieciach. To moje pierwsze spotkanie z tym detektywem. Każde opowiadanie niesie zagadki, które na szczęście ( jeśli nie wiemy) są rozwiązane z tyłu książki. Teksty są krótkie, zajmujące i prowokujące w niektórych wypadkach do doświadczeń. My dzisiaj mamy za oknem słoik z wodą, by sprawdzić czy lód faktycznie może być złoczyńcą niszczącym szklane naczynia :) Tylko cena jest lekko porażająca, bo prawie 50 złotych.
Ostatnio zarysowała się w ogóle niepokojąca tendencja. Tym poczytaj detektywa, te żebrzą o Anię a najmłodsi o bajeczki. Może się sklonuję?
Piotruś jest w przededniu nauki nocnikowania. Tylko tak mi się nie chce. No leń absolutny.
Nasz beniaminek powolutku dobija do wieku 2,5 lat. To o dzieciach w tym wieku kiedyś jakiś ojciec napisał:
" Zamienię dwulatka na psa. Może być wściekły".
Piter jest na szczęście łagodnego charakteru a i tak potrafi nieźle nabroić. Jest przy tym niesamowicie słodki. Zawsze najpierw analizuje sytuację i ocenia. Dzięki temu popełnia o wiele mniej gaf od swojego starszego brata Józia, który rzuca się we wszystko a myśli potem. I zawsze szczerze żałuje. Piotruś dużo mówi, ale ma swoje priorytety.
-Moja mama, ko-ko- Znaczy kocham mamę.
Ale już :
- KOPALA!- Nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o koparę i on to naprawdę tak mówi dużymi literami :)
Tu muszę wspomnieć o pewnym zwyczaju naszego najmłodszego, bo może niedługo zniknie w pomroce dziejów zapomniany. Otóż uparcie na Jacka mówi Adam. Ale zapytany :
-Gdzie jest Jacek?- bez żadnych wątpliwości wskazuje właściwego brata.
-Kto to?
-Adam!
I gadaj tu z takim...
Dzieci bardzo rozwijają :) Oprócz różnych książek podtykają też różną muzykę. Tylko czasami z komentarzami typu:
-To nie dla mamy...nie spodoba się jej.- A ja mam wrażenie, że w tej chwili zawahania jest " bo jest za stara". Pewno mają rację, bo mi tak jak w "Rejsie" podoba się głównie to co już znam :) Ale czasami...
O na przykład:
niedziela, 10 stycznia 2016
Czytanie
Pogoda naprawdę za punkt honoru wzięła sobie skierowanie nas ku zajęciom twórczym i tfurczym.
Z młodszymi dziećmi byliśmy dziś na Jasełkach wystawianych u nas w parafii i odkryłam co to znaczy ukraść show. W akcji oczywiście niezastąpiona Asia. Zaczęła obchodzić dookoła scenę ciągnąc za sobą Piotrusia i komentując głośno wszystko. Następnie usiłowała dołączyć do pląsających aktorów i pomimo, że próba była nieudana wróciła do nas z okrzykiem:
-Mamo, mamo widziałaś jak tańczyliśmy?!
Chyba się przyzwyczajam, bo przyjęłam to ze stoickim spokojem i nie usiłowałam się zapaść pod ziemię.
Ja również postanowiłam być twórcza i oprócz rozmyślań ( twórczych), jak tu zorganizować z naszą bandą wyjazd na Camino ( nasze marzenie), zaczęłam czynić spis książek do przeczytania. Camino przewija się w moich pomysłach już kilka lat. Nawet po dogłębnych studiach ustaliłam, że z dziećmi pójdziemy trasą angielską, niepełną- do Santiago zaledwie siedemdziesiąt kilka kilometrów, ale za to łagodną i wózkową. Mija kilka lat, kończy się czas wózka w naszej rodzinie, ale pojawiają się kolejne przeszkody. Droga lądowa staje się jakby trudniejsza a samoloty dla takiej ekipy nadal mało dostępne. Ukochany się śmieje, słusznie zapewne, że jeszcze kilka lat cierpliwości i będziemy mogli iść sami. Ale to chyba nie to samo.
Wracając do czytania.
Postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu "Przeczytam 52 książki w 2016". No i zaczęłam robić spis.
Przy okazji przypomniałam sobie jak trafiłam na moich ulubionych autorów.
I Pratchetta, i Pilipiuka przyniosła do domu Marta. A że było to w czasach kiedy jeszcze czytałam to co moje dziecko (taka lekka kontrola) wsiąkłam. O obu muszę napisać kiedyś osobno, bo hołd im się należy:)))
W zeszłym roku natomiast, przez przypadek szwendając się po internetach, trafiłam na dwie młode, polskie autorki. Lekturę ich dzieł przypłaciłam zalewem żółci, sinieniem i jeszcze innymi niezbyt twarzowymi barwami. Jak mając lat tak niewiele można tak pisać i tyle? Jak ja ich nie lubię, ale za to czytać będę!
Mówię tu o Oldze Rudnickiej i jej kryminałach, szczególnie "Natalii 5", które urozmaicąły mi urlop oraz o Marcie Kisiel. Swemu dziecku najstarszemu, które wtedy planowało wyjazd do Wrocławia kupiłam "Nomen omen". Przeczytałam jak za dawnych lat, robiąc wszystko jedną ręką i bez oczu. Trudno było. Zaczęłam też "Dożywocie", ale dokończyłam je dopiero w tym roku czyli ma numer 1.
Drugą tegoroczną pozycją była książka Elbanowskich "Ratujmy maluchy, rodzicielska rewolucja". Pojawiła się pewnego dnia za sprawą listonosza, z przemiłą dedykacją ( a co tam pochwalę się ): Dla najkochańszych Walczaków. Zaczęłam ją podczytywać i wsiąkłam. Tak jakbym gadała sobie po raz kolejny z Karoliną o rzeczywistości polskich szkół, rodzin. Trzeba przyznać, że jednak znałam zaledwie wycinek i to ten łagodniejszy. To numer dwa.
No i trójka. Emma Kennedy i " Camping story". Tylko, że przez nią zatęskniłam do wakacji i niestety, niestety do pewnego samochodu. Razem z Jasiem,który mnie rozumie w mej tęsknocie do wielkiego, niezawodnego wozu, dającego efekt "łał". Do LAND ROVERA DEFENDERA. Najlepiej takiego wiekowego, dla konesera. A podobno czytanie książek nie szkodzi...
P.s.Jeśli znacie jakieś pozycje godne polecenia, szczególnie jeśli nie są to rozprawy filozoficzne to proszę o podpowiedzi. Pozdrawiam.
Z młodszymi dziećmi byliśmy dziś na Jasełkach wystawianych u nas w parafii i odkryłam co to znaczy ukraść show. W akcji oczywiście niezastąpiona Asia. Zaczęła obchodzić dookoła scenę ciągnąc za sobą Piotrusia i komentując głośno wszystko. Następnie usiłowała dołączyć do pląsających aktorów i pomimo, że próba była nieudana wróciła do nas z okrzykiem:
-Mamo, mamo widziałaś jak tańczyliśmy?!
Chyba się przyzwyczajam, bo przyjęłam to ze stoickim spokojem i nie usiłowałam się zapaść pod ziemię.
Ja również postanowiłam być twórcza i oprócz rozmyślań ( twórczych), jak tu zorganizować z naszą bandą wyjazd na Camino ( nasze marzenie), zaczęłam czynić spis książek do przeczytania. Camino przewija się w moich pomysłach już kilka lat. Nawet po dogłębnych studiach ustaliłam, że z dziećmi pójdziemy trasą angielską, niepełną- do Santiago zaledwie siedemdziesiąt kilka kilometrów, ale za to łagodną i wózkową. Mija kilka lat, kończy się czas wózka w naszej rodzinie, ale pojawiają się kolejne przeszkody. Droga lądowa staje się jakby trudniejsza a samoloty dla takiej ekipy nadal mało dostępne. Ukochany się śmieje, słusznie zapewne, że jeszcze kilka lat cierpliwości i będziemy mogli iść sami. Ale to chyba nie to samo.
Wracając do czytania.
Postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu "Przeczytam 52 książki w 2016". No i zaczęłam robić spis.
Przy okazji przypomniałam sobie jak trafiłam na moich ulubionych autorów.
I Pratchetta, i Pilipiuka przyniosła do domu Marta. A że było to w czasach kiedy jeszcze czytałam to co moje dziecko (taka lekka kontrola) wsiąkłam. O obu muszę napisać kiedyś osobno, bo hołd im się należy:)))
W zeszłym roku natomiast, przez przypadek szwendając się po internetach, trafiłam na dwie młode, polskie autorki. Lekturę ich dzieł przypłaciłam zalewem żółci, sinieniem i jeszcze innymi niezbyt twarzowymi barwami. Jak mając lat tak niewiele można tak pisać i tyle? Jak ja ich nie lubię, ale za to czytać będę!
Mówię tu o Oldze Rudnickiej i jej kryminałach, szczególnie "Natalii 5", które urozmaicąły mi urlop oraz o Marcie Kisiel. Swemu dziecku najstarszemu, które wtedy planowało wyjazd do Wrocławia kupiłam "Nomen omen". Przeczytałam jak za dawnych lat, robiąc wszystko jedną ręką i bez oczu. Trudno było. Zaczęłam też "Dożywocie", ale dokończyłam je dopiero w tym roku czyli ma numer 1.
Drugą tegoroczną pozycją była książka Elbanowskich "Ratujmy maluchy, rodzicielska rewolucja". Pojawiła się pewnego dnia za sprawą listonosza, z przemiłą dedykacją ( a co tam pochwalę się ): Dla najkochańszych Walczaków. Zaczęłam ją podczytywać i wsiąkłam. Tak jakbym gadała sobie po raz kolejny z Karoliną o rzeczywistości polskich szkół, rodzin. Trzeba przyznać, że jednak znałam zaledwie wycinek i to ten łagodniejszy. To numer dwa.
No i trójka. Emma Kennedy i " Camping story". Tylko, że przez nią zatęskniłam do wakacji i niestety, niestety do pewnego samochodu. Razem z Jasiem,który mnie rozumie w mej tęsknocie do wielkiego, niezawodnego wozu, dającego efekt "łał". Do LAND ROVERA DEFENDERA. Najlepiej takiego wiekowego, dla konesera. A podobno czytanie książek nie szkodzi...
P.s.Jeśli znacie jakieś pozycje godne polecenia, szczególnie jeśli nie są to rozprawy filozoficzne to proszę o podpowiedzi. Pozdrawiam.
piątek, 6 listopada 2015
Zsiłopad :))
Mój ulubiony bohater ulubionego angielskiego serialu czyli Powolniak mówi pewnego poranka do swojej żony:
-Mamy z szympansami wspólne 98% genów a mi rano chce się papierosa a nie banana!
U nas rodzinnie chyba tych genów wspólnych z szympansami jest jeszcze więcej, bo wszyscy uwielbiają banany ( oprócz mnie, ale ja jestem przyszywany Walczak) a do tego mój mąż twierdzi, że jest koniem , bo uwielbia płatki owsiane. Jako, że według swych córek ( i nie tylko) jest najwspanialszym facetem na świecie dziś rano dostał takie śniadanko
To są ciasteczka bananowo-owsiane z serkiem i bananami:)
Przepis na bardzo łatwe ciasteczka Tutaj. Dla mnie zrobiły się tylko zbyt mokre, następnym razem dodam mniej bananów ( albo mniejsze).
Nauka kwitnie, tak jak różne spory i pretensje typu:
-To za dużo
-A ja mam więcej do zrobienia niż ona
-Sam ustalę co mam robić, nie martwcie się
- No nie, muuuszę?
-Dajcie mi spokój!
Oczywiście wszystko w kontekście naukowy, inne pomijam:)
Ale jakie później jest zadowolenie, kiedy dział matematyki kończy się z wynikiem 80% i to rozszerzony.
Przy okazji powstają takie dzieła:
Jakby ktoś nie zrozumiał:), to jest Ziemia, która krąży wokół Słońca a z Plutona atakują ją złe robaki ( bakterie, które możliwe, że tam żyją). Jak się domyślacie to wizja Józia po wykładzie na temat Układu Słonecznego :))))
Chciałam poinformować, że samochód działa. Tak cudem, nie będę wnikać w szczegóły ale cudem.
Jako, że nasz listopad jest szary i nieco ponury w domownikach wzrasta potrzeba zawijania się w kocyki, popijania herbatek z rozgrzewającymi dodatkami i nic nierobienia czytaj czytania. I tu rewelacyjne odkrycie. Swego czasu zrobiłam ( bez przekonania) tak zwany dżem wileński. Z jabłek, śliwek z dodatkiem cynamonu i imbiru. Robiłam go w słoneczne, jeszcze ciepłe dni i tak jakoś mnie nie przekonywał. Teraz otworzony jest świetny, lekko rozgrzewający i pachnący.
Mamy takich przyjaciół, którzy nas zawstydzają dbaniem o nas. Dostarczają a to kaczuszkę, a to gąskę albo słoje z żurawiną. Taką utarta z cukrem, do trzymania w lodówce. Wyjmuje się taki słój , napawa kolorem a potem łycha żurawinki do wrzątku lub do herbatki.
Niektórzy co prawda wyżerają łyżkami prosto do buzi.
A tak wygląda zmierzch na naszej wsi, bardzo często występują u nas zamglenia co daje poczucie wyciszenia, ale i smutku. Tylko czytać!
I tu miał nastąpić wywód na temat książek.
Wspomnę tylko o jednej. Przypomniałam sobie o niej na zasadzie dziwnych skojarzeń. Zostało troszkę z wczorajszej zupy. Jak to zwykle bywa, tyle, że pożywi się co najwyżej jedna osoba lub dwie niewielkie. I tu błysk: jacy ci Cyganie byli mądrzy. Podobno w ich kociołkach zawsze musiało coś zostać. W razie głodu można było dolać wody i zawsze jakaś zupa mniej lub bardziej wodnista powstała. A tego dowiedziałam się z nowego tomu opowiadań Pilipiuka pt. Reputacja. Polecam. Zwłaszcza na akie listopadowe szarugi.
A skoro przy jedzeniu jesteśmy to już za chwilę będzie można nabyć "Wielokuchnię" Agaty Puścikowskiej. Autorki znanej z "Gościa Niedzielnego" i mamy piątki dzieci. Ostrzę już sobie pazurki zwłaszcza, że podtytuł w skrócie brzmi : jak zrobić coś z niczego. A tego nic jest u nas dużo:))) Zwłaszcza jak się chłopcy dorwą do lodówki. Rozmyślam nad kłódką i alarmem na wejściu do kuchni!
C.D.N
-Mamy z szympansami wspólne 98% genów a mi rano chce się papierosa a nie banana!
U nas rodzinnie chyba tych genów wspólnych z szympansami jest jeszcze więcej, bo wszyscy uwielbiają banany ( oprócz mnie, ale ja jestem przyszywany Walczak) a do tego mój mąż twierdzi, że jest koniem , bo uwielbia płatki owsiane. Jako, że według swych córek ( i nie tylko) jest najwspanialszym facetem na świecie dziś rano dostał takie śniadanko
To są ciasteczka bananowo-owsiane z serkiem i bananami:)
Przepis na bardzo łatwe ciasteczka Tutaj. Dla mnie zrobiły się tylko zbyt mokre, następnym razem dodam mniej bananów ( albo mniejsze).
Nauka kwitnie, tak jak różne spory i pretensje typu:
-To za dużo
-A ja mam więcej do zrobienia niż ona
-Sam ustalę co mam robić, nie martwcie się
- No nie, muuuszę?
-Dajcie mi spokój!
Oczywiście wszystko w kontekście naukowy, inne pomijam:)
Ale jakie później jest zadowolenie, kiedy dział matematyki kończy się z wynikiem 80% i to rozszerzony.
Przy okazji powstają takie dzieła:
Jakby ktoś nie zrozumiał:), to jest Ziemia, która krąży wokół Słońca a z Plutona atakują ją złe robaki ( bakterie, które możliwe, że tam żyją). Jak się domyślacie to wizja Józia po wykładzie na temat Układu Słonecznego :))))
Chciałam poinformować, że samochód działa. Tak cudem, nie będę wnikać w szczegóły ale cudem.
Jako, że nasz listopad jest szary i nieco ponury w domownikach wzrasta potrzeba zawijania się w kocyki, popijania herbatek z rozgrzewającymi dodatkami i nic nierobienia czytaj czytania. I tu rewelacyjne odkrycie. Swego czasu zrobiłam ( bez przekonania) tak zwany dżem wileński. Z jabłek, śliwek z dodatkiem cynamonu i imbiru. Robiłam go w słoneczne, jeszcze ciepłe dni i tak jakoś mnie nie przekonywał. Teraz otworzony jest świetny, lekko rozgrzewający i pachnący.
Mamy takich przyjaciół, którzy nas zawstydzają dbaniem o nas. Dostarczają a to kaczuszkę, a to gąskę albo słoje z żurawiną. Taką utarta z cukrem, do trzymania w lodówce. Wyjmuje się taki słój , napawa kolorem a potem łycha żurawinki do wrzątku lub do herbatki.
Niektórzy co prawda wyżerają łyżkami prosto do buzi.
A tak wygląda zmierzch na naszej wsi, bardzo często występują u nas zamglenia co daje poczucie wyciszenia, ale i smutku. Tylko czytać!
I tu miał nastąpić wywód na temat książek.
Wspomnę tylko o jednej. Przypomniałam sobie o niej na zasadzie dziwnych skojarzeń. Zostało troszkę z wczorajszej zupy. Jak to zwykle bywa, tyle, że pożywi się co najwyżej jedna osoba lub dwie niewielkie. I tu błysk: jacy ci Cyganie byli mądrzy. Podobno w ich kociołkach zawsze musiało coś zostać. W razie głodu można było dolać wody i zawsze jakaś zupa mniej lub bardziej wodnista powstała. A tego dowiedziałam się z nowego tomu opowiadań Pilipiuka pt. Reputacja. Polecam. Zwłaszcza na akie listopadowe szarugi.
A skoro przy jedzeniu jesteśmy to już za chwilę będzie można nabyć "Wielokuchnię" Agaty Puścikowskiej. Autorki znanej z "Gościa Niedzielnego" i mamy piątki dzieci. Ostrzę już sobie pazurki zwłaszcza, że podtytuł w skrócie brzmi : jak zrobić coś z niczego. A tego nic jest u nas dużo:))) Zwłaszcza jak się chłopcy dorwą do lodówki. Rozmyślam nad kłódką i alarmem na wejściu do kuchni!
C.D.N
wtorek, 7 lipca 2015
Mieszane uczucia
Wpadłam po uszy. Karygodne zaniedbania w pisaniu czy to bloga czy artykułów są spowodowane przez pewnego zakonnika. Niestety tak całkiem nie mogę zrzucić na niego winy ponieważ jest postacią fikcyjną a nawet gdyby nie był to żył w głębokim średniowieczu:)
Muszę więc wziąć winę na siebie.
Na zaprzyjaźnionym blogu ujrzałam odnośnik do jeszcze innego bloga z książkami. Już nieraz tam bywałam, ale teraz zelektryzowało mnie już pierwsze zdanie. Momentalnie ujrzałam tę scenę w wyobraźni. Mówię o mamie Borejkowej, która pilnujac wnuków czytała przygody braciszka Cadfaela. Nie wiem jak to się dzieje ale czas kanikuły w moim przypadku to zawsze czas czytania kryminałów, albo sensacji, albo i thrillerów, których normalnie unikam. Takie zapotrzebowanie rośnie w organizmie pod wpływem promieni słonecznych.
Wracając do Cadfaela, to po przeczytaniu dawno, dawno temu u Musierowiczowej o Ellis Peters i jej bohaterze zapragnęłam oczywiście natychmiast się z nim zapoznać. Niestety w tamtych czasach znalazłam tylko jeden tom po polsku, reszta w oryginale. Jako, że za słabo władam tym językiem był wtedy dla mnie niedostępny:( Teraz został mi przypomniany a i dostępność polskich tomów jest satysfakcjonująca.
No i jak zaczęłam bywać w średniowieczu to zaginęłam. A chciałam przeczytać tylko jeden tom, żeby resztę ewentualnie wyróżnić zabraniem na urlop. Niestety wygląda na to, że urlop już się zaczał:)
Po ostatnim poście uświadomiłam sobie, że moje dzieci nie czytały jeszcze Durrella ( cóż za zaniedbanie) i rozpoczęłam poszukiwanie egzemplarzy a Zosia niecierpliwie czekała po zamówieniu, że ona pierwsza. No i nie znalazłam, znowu ktoś pożyczył i nie oddał:( Już dwukrotnie musiałam dokupić dzieło. Będzie trzeba trzeci raz. Jedyny problem jest taki, że jak znam tę książkę rozpocznie się marudzenie o wyjazd do Grecji:). Ja sama po przeczytaniu po raz pierwszy byłam gotowa natychmiast ruszyć na Korfu, najlepiej na zawsze. I nic nie pomagały wewnętrzne tłumaczenia, że i ta wyspa zdążyła się zmienić od czasów młodości autora. Tęsknota w sercu pozostała i jeśli kiedyś będzie okazja to się nie zawaham:))))
No i patrząc na wstęp ( bo to dopiero wstęp) do posta to raczej teraz nie spiszę tego wszystkiego co sobie wypunktowałam na karteczce:) Bo mi czytelnicy pomrą:)
W poprzednia środę odwiozłam moją mamę na lotnisko i pofrunęła do mojej siostry, do Angli. Na razie na rok, a może i na dłużej.
Natomiast wczoraj, wyrywając mnie z opactwa zadzwonił z Pragi mój brat. Pracuje tam już od dwóch miesięcy, co weekend wracając do Gdańska do rodziny. Jak sam powiedział tak się życ nie da, więc pewno żona i dzieci przeprowadzą się do grodu nad Wełtawą. Tu proszę zwrócić uwagę na moje obeznanie geograficzne. Niby nic a jednak ! Nie muszę co zdanie używać nazwy miasta, bo znam inne określania. No moja inteligencja błyszczy;-)
ważniejsze jednak od mojej inteligencji są dziwy, które prawił o narodzie czeskim wyrastającym wszak ze Słowiańszczyzny jak i my. Podobno są kompletnie niezorganizowani i pozbawieni inicjatywy własnej. Jak to określił mój braciszek nic dziwnego, że w swej historii ciągle komuś podlegali. To co prawda uproszczenie, ale wiadomo o co chodzi:) Ale co najważniejsze mają bezrobocie na poziomie 1-2%. Jak oni to zrobili????
Hania:
-Dlaczego jedziemy z tatą na zakupy?- pytanie w sensie czy trzeba kupić coś do czego są potrzebne np. buty o odpowiednim rozmiarze
-Żeby pomóc tatusiowi i z nim pogadać.
-Jak to? Z tatą nie da się poważnie pogadać!
-Jak nie? Tata jest bardzo poważnym człowiekiem.
-Tak??? To nie znałam go od tej strony!
No i o mieszanych uczuciach nic nie napisałam. Więc będzie dziś dalszy ciąg:))))
Muszę więc wziąć winę na siebie.
Na zaprzyjaźnionym blogu ujrzałam odnośnik do jeszcze innego bloga z książkami. Już nieraz tam bywałam, ale teraz zelektryzowało mnie już pierwsze zdanie. Momentalnie ujrzałam tę scenę w wyobraźni. Mówię o mamie Borejkowej, która pilnujac wnuków czytała przygody braciszka Cadfaela. Nie wiem jak to się dzieje ale czas kanikuły w moim przypadku to zawsze czas czytania kryminałów, albo sensacji, albo i thrillerów, których normalnie unikam. Takie zapotrzebowanie rośnie w organizmie pod wpływem promieni słonecznych.
Wracając do Cadfaela, to po przeczytaniu dawno, dawno temu u Musierowiczowej o Ellis Peters i jej bohaterze zapragnęłam oczywiście natychmiast się z nim zapoznać. Niestety w tamtych czasach znalazłam tylko jeden tom po polsku, reszta w oryginale. Jako, że za słabo władam tym językiem był wtedy dla mnie niedostępny:( Teraz został mi przypomniany a i dostępność polskich tomów jest satysfakcjonująca.
No i jak zaczęłam bywać w średniowieczu to zaginęłam. A chciałam przeczytać tylko jeden tom, żeby resztę ewentualnie wyróżnić zabraniem na urlop. Niestety wygląda na to, że urlop już się zaczał:)
Po ostatnim poście uświadomiłam sobie, że moje dzieci nie czytały jeszcze Durrella ( cóż za zaniedbanie) i rozpoczęłam poszukiwanie egzemplarzy a Zosia niecierpliwie czekała po zamówieniu, że ona pierwsza. No i nie znalazłam, znowu ktoś pożyczył i nie oddał:( Już dwukrotnie musiałam dokupić dzieło. Będzie trzeba trzeci raz. Jedyny problem jest taki, że jak znam tę książkę rozpocznie się marudzenie o wyjazd do Grecji:). Ja sama po przeczytaniu po raz pierwszy byłam gotowa natychmiast ruszyć na Korfu, najlepiej na zawsze. I nic nie pomagały wewnętrzne tłumaczenia, że i ta wyspa zdążyła się zmienić od czasów młodości autora. Tęsknota w sercu pozostała i jeśli kiedyś będzie okazja to się nie zawaham:))))
No i patrząc na wstęp ( bo to dopiero wstęp) do posta to raczej teraz nie spiszę tego wszystkiego co sobie wypunktowałam na karteczce:) Bo mi czytelnicy pomrą:)
W poprzednia środę odwiozłam moją mamę na lotnisko i pofrunęła do mojej siostry, do Angli. Na razie na rok, a może i na dłużej.
Natomiast wczoraj, wyrywając mnie z opactwa zadzwonił z Pragi mój brat. Pracuje tam już od dwóch miesięcy, co weekend wracając do Gdańska do rodziny. Jak sam powiedział tak się życ nie da, więc pewno żona i dzieci przeprowadzą się do grodu nad Wełtawą. Tu proszę zwrócić uwagę na moje obeznanie geograficzne. Niby nic a jednak ! Nie muszę co zdanie używać nazwy miasta, bo znam inne określania. No moja inteligencja błyszczy;-)
ważniejsze jednak od mojej inteligencji są dziwy, które prawił o narodzie czeskim wyrastającym wszak ze Słowiańszczyzny jak i my. Podobno są kompletnie niezorganizowani i pozbawieni inicjatywy własnej. Jak to określił mój braciszek nic dziwnego, że w swej historii ciągle komuś podlegali. To co prawda uproszczenie, ale wiadomo o co chodzi:) Ale co najważniejsze mają bezrobocie na poziomie 1-2%. Jak oni to zrobili????
Hania:
-Dlaczego jedziemy z tatą na zakupy?- pytanie w sensie czy trzeba kupić coś do czego są potrzebne np. buty o odpowiednim rozmiarze
-Żeby pomóc tatusiowi i z nim pogadać.
-Jak to? Z tatą nie da się poważnie pogadać!
-Jak nie? Tata jest bardzo poważnym człowiekiem.
-Tak??? To nie znałam go od tej strony!
No i o mieszanych uczuciach nic nie napisałam. Więc będzie dziś dalszy ciąg:))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)


