Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 stycznia 2016

Stypa w Warszawie

Nie wiem, do którego miejsca uda mi się napisać dzisiejszy post. Za chwilę muszę zbierać towarzystwo do gdyńskiego akwarium  na specjalną lekcję o Bałtyku.
Najpierw o książkach.
Mam za sobą numer 6 czyli "Bajki,które zdarzyły się naprawdę" Anny Moczulskiej. Książka świetna, czyta się jednym tchem mając przy tym miłą świadomość pogłębiania wiedzy historycznej. Czasami zaskakująca i potwierdzająca tezę, że historie prawdziwe są często bardziej nieprawdopodobne niż te wymyślone. Jedyne zastrzeżenie to takie, że po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje niedosyt.
Numer 7 to książka,która na mojej liście nie była, ale skoro trafiła mi do rąk to przeczytam. Intryguje już tytułem:" Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z obierek ziemniaczanych". Jeśli ktoś ma ochotę na niegłupią kobiecą literaturę, która poprawi mu humor to bardzo polecam. Można się pośmiać, popłakać i oczywiście zaraz chce się pojechać w opisywane rejony, ale tego już nie zdradzę :)
Czeka na mnie stosik:
I nie mogąc się zdecydować zaczęłam czytać równocześnie:
Cień wiatru- nie wiem czy to się liczy do wyzwania, bo już kiedyś czytałam
Na glinianych nogach- oczywiście Pratchett jest najbardziej zaawansowany, bo najbardziej mnie wciąga
i Oczami Jezusa, która to rzecz nie nadaje się do szybkiego czytania czyli stanowić będzie tło przez długi czas. To książka z tych, które trzeba przemyśleć i przemodlić.
No i muszę wychodzić.
Przyczołgałam się z powrotem :) Jestem po oglądaniu ryb dużych i małych, sprawdzaniu jak się rozmnaża rekiny, wyjaśnieniach, że tak ten duży wąż (anakonda zielona) patrzy na Ciebie jak na śniadanko, tak połknąłby Cię w całości, a ten żółw na pewno jest starszy od nas razem wziętych i milionie podobnych odpowiedzi, milionie pytań, na które nie odpowiedziałam i ponad godzinnym miotaniu się między akwariami.W przerwach zazdrościłam sowom umiejętności obracania głowy prawie dookoła.
Za chwilę kolejny akt czyli odwiezienie Józia i Hani na dżudo, Zosi na brodway jazz a Asia i Piti mają trafić na zumbę. Potem już tylko położyć ich spać i  możemy z Ukochanym wyjść na spotkanie do wspólnoty. A potem, koło północy, po odbyciu wielu rozmów z tymi dorosłymi będzie można się polenić.
Ale miałam wrócić do weekendu. W sobotę, przed 19 trafiliśmy do stolicy, na stypę po reformie MENu. Tuż przed wyjazdem, a także w trakcie kilka razy wracałam już do domu. Serce rozdzierał mi Piotruś, który wołał:
-Mama nie papa!
Bardzo mądrze jakiś czas po wyruszeniu zadzwoniłam do domu i dowiedziałam się, że moje najmłodsze dziecko stoi przy oknie tarasowym i co przejedzie samochód pyta:
-Mama?
Gdyby nie to, że obiecaliśmy do Warszawy dowieźć również znajomych to stolica nie oglądałaby mojego szlachetnego oblicza. I na nic rozumne tłumaczenia mego Ukochanego, że Piotruś ma dobrą opiekę, nic mu sie nie dzieje ani nie stanie jeśli mama na dobę wyjedzie. A mi podobno się przyda. Ale jakoś mnie nie przekonał. Przynajmniej nie do końca.
Na imprezie od razu właściwie zaczęłam gadać z dziewczyną z telefonu wsparcia dla rodziców zagrożonych odebraniem dzieci. Mam jej telefon, jakby co to mam udostępniać.
Opowiadała, że psychicznie coraz gorzej znosi te telefony, których jest coraz więcej i coraz błahsze powody zagrożenia rodziny. Jakie? Ano np. dwulatek chodzi jeszcze ze smoczkiem.
Tu mogłam dorzucić i swój wstrząs. Na pewno sporo z Was pamięta rodzinę, o której pisałam przed świętami. Tam, gdzie tata zmarł a mama była tuż przed urodzeniem 12 dziecka. Otóż jak się dowiedziałam jakieś trzy tygodnie po pogrzebie pojawiła się u niej opieka społeczna i zaproponowała pomoc. Jaką? Ano zabranie najmłodszych dzieci do Domu Dziecka. Właściwie to płakać się chce. Jak ci urzędnicy się czuli jako ludzie przychodząc do rodziny dotkniętej tragedią i proponując coś takiego? A może przysłali jakieś roboty?
Ale miało być radośnie. Mój Ukochany, po wielu trudach i znojach zatańczył ze mną:) Wiem, że było to bohaterstwo z jego strony, bo nie znosi, nie cierpi itd. Przeżył.
Po różnych pogaduchach udaliśmy się na dalsze gadanie do miejsca noclegowego czyli Dużego Brązowego Domu. Co sobie przypomnę stół w kuchni i atmosferę tego domu to znowu robi mi się ciepło na sercu. Nawet mniej myślałam o Piotrusiu i już byłam gotowa przyznać rację mężowi. Poszliśmy spać po drugiej a wstaliśmy po piątej. Tu wielkie okrzyki podziwu dla pana domu, który wstał dzielnie, by nas odprowadzić i wypuścić z posesji.
Musieliśmy wracać tak wcześnie, bo w domu czekała jubilatka. Marynia kończyła lat 14.
No i wróciłam do codzienności, po wyjeździe w wielki świat. Niestety nie mogę dodać, że pełna nowych sił, bo raczej wykończona intensywnym weekendem i niedospaniem:) Geriatria.
Trzeba przyznać, że mnóstwo nowych pomysłów i chęci do działania mi przybyło.
W najbliższym czasie MUSZĘ skonkretyzować program szkoły rodzenia i ująć to w ramy czasowe. Dogadać się ze specjalistami, którzy mają gościnnie  występować.
Postanowiłam również zorganizować dla dzieci z ED zabawę czytelniczą z głośnym czytaniem i zadaniami do rozwiązywania, tak by mogły współpracować w grupach.
I poszerzyć obszar naszych wycieczek, wszak zbliża się wiosna:)))
Pozostaje również wyzwanie zwane życie codzienne. Wraz z przyległościami.
Józio właśnie obraził się na starszą siostrę, która zaproponowała mu zupę ogórkową w różowej miseczce. To naprawdę przegięcie, jak ona mogła....


Hania powtarzała słówka na angielski. Szczególnie rozwalił mnie tysiąc zapisany fonetycznie:))))



poniedziałek, 11 stycznia 2016

Nocne życie

Miałam już iść spać, bo po nocach kończonych koło drugiej następnego dnia jakoś brak mi kondycji. Tylko, że nosi mnie, żeby spisać co mam do napisania. Inaczej znowu będzie tydzień przerwy. Do tego czeka pranie, do złożenia, wyprasowania i do powieszenia. Z powodów naukowych moje potomstwo udziela się w domu minimalnie, no cóż egzaminy... A młodsi nie udzielają się z powodu śniegu. Dziś w końcu można było trochę pozjeżdżać na sankach. Spędzili tam długie chwile. Tylko na początku były powroty co 30 sekund ze zwyczajowym:
-A on na mnie skacze!
-Ona nie chce się dzielić!
-Na tych nowych sankach nie da się zjeżdżać!
-Oni się ze mną nie bawią.
Najlepsza górka do zjeżdżania na naszym osiedlu jest właśnie koło naszego domu więc daleko nie mieli. Dopiero groźba, że zaraz wrócą do domu poskutkowała i zapanowała harmonia w stadzie :)
Muzyka na samym wstępie właśnie tak mi się kojarzy. Tekla Bądarzewska-Baranowska była matką wielodzietną z XIX wieku i pomiędzy domowymi obowiązkami i wychowywaniem dzieci ( a robiła to sama) pisała utwory muzyczne, dzięki którym jest bardzo znana na świecie a szczególnie w Japonii i Stanach. Dała radę? Dała. A nie miała pralki automatycznej... Muszę przyznać, że wcześniej nigdy o niej nie słyszałam i nie miałam pojęcia, że jej utwór "Modlitwa dziewicy" jest równie popularny co " Dla Elizy". Przeczytałam o niej na blogu, na który trafiłam czytając co czytają ci, których czytają ci, których ja czytam :)))) Proste? Blog nosi nazwę Kobiety i Historia a jego autorka napisała książkę " Bajki, które zdarzyły się naprawdę". Książka wylądowała na mojej liście i oblizuję się ze smakiem czekając na lekturę.
A na razie pani Tekla zmotywowała mnie do tego, bym nie rozczulała się nad sobą w kwestii prania.

Już wcześniej miałam wspomnieć o pewnej grze. Niedługo ją nabędziemy na własność. Na razie nasze nastolatki i dorośli też spędzili nad nią noc poprzedzającą Sylwestra, noc sylwestrową i Nowy Rok. Przywiózł ją jeden z gości:) Gra nazywa się Talizman.Magia i miecz.

I na pewno jest w niej pewna magia. Od czasu zetknięcia z nią słychać w naszym domu jęki:
-Kupimy ją? Dooobrze?

Natomiast z młodszymi zapoznajemy się z Detektywem Pozytywką Grzegorza Kasdepke.
Taka właśnie pozycja trafiła pod nasz dach za sprawą mojej serdecznej koleżanki, która mi ją podsunęła po własnych dzieciach. To moje pierwsze spotkanie z tym detektywem. Każde opowiadanie niesie zagadki, które na szczęście ( jeśli nie wiemy) są rozwiązane z tyłu książki. Teksty są krótkie, zajmujące i prowokujące w niektórych wypadkach do doświadczeń. My dzisiaj mamy za oknem słoik z wodą, by sprawdzić czy lód faktycznie może być złoczyńcą niszczącym szklane naczynia :) Tylko cena jest lekko porażająca, bo prawie 50 złotych.
Ostatnio zarysowała się w ogóle niepokojąca tendencja. Tym poczytaj detektywa, te żebrzą o Anię a najmłodsi o bajeczki. Może się sklonuję?

Piotruś jest w przededniu nauki nocnikowania. Tylko tak mi się nie chce. No leń absolutny.
Nasz beniaminek powolutku dobija do wieku 2,5 lat. To o dzieciach w tym wieku kiedyś jakiś ojciec napisał:
" Zamienię dwulatka na psa. Może być wściekły".
Piter jest na szczęście łagodnego charakteru a i tak potrafi nieźle nabroić. Jest przy tym niesamowicie słodki. Zawsze najpierw analizuje sytuację i ocenia. Dzięki temu popełnia o wiele mniej gaf od swojego starszego brata Józia, który rzuca się we wszystko a myśli potem. I zawsze szczerze żałuje. Piotruś dużo mówi, ale ma swoje priorytety.
-Moja mama, ko-ko- Znaczy kocham mamę.
Ale już :
- KOPALA!- Nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o koparę i on to naprawdę tak mówi dużymi literami :)
Tu muszę wspomnieć o pewnym zwyczaju naszego najmłodszego, bo może niedługo zniknie w pomroce dziejów zapomniany. Otóż uparcie na Jacka mówi Adam. Ale zapytany :
-Gdzie jest Jacek?- bez żadnych wątpliwości wskazuje właściwego brata.
-Kto to?
-Adam!
I gadaj tu z takim...

Dzieci bardzo rozwijają :) Oprócz różnych książek podtykają też różną muzykę. Tylko czasami z komentarzami typu:
-To nie dla mamy...nie spodoba się jej.- A ja mam wrażenie, że w tej chwili zawahania jest " bo jest za stara". Pewno mają rację, bo mi tak jak w "Rejsie" podoba się głównie to co już znam :) Ale czasami...

O na przykład:
Tak właśnie stało się z PENTATONIX.

niedziela, 10 stycznia 2016

Czytanie

Pogoda naprawdę za punkt honoru wzięła sobie skierowanie nas ku zajęciom twórczym i tfurczym.
Z młodszymi dziećmi byliśmy dziś na Jasełkach wystawianych u nas w parafii i odkryłam co to znaczy ukraść show. W akcji oczywiście niezastąpiona Asia. Zaczęła obchodzić dookoła scenę ciągnąc za sobą Piotrusia i komentując głośno wszystko. Następnie usiłowała dołączyć do pląsających aktorów i pomimo, że próba była nieudana wróciła do nas z okrzykiem:
-Mamo, mamo widziałaś jak tańczyliśmy?!
Chyba się przyzwyczajam, bo przyjęłam to ze stoickim spokojem i nie usiłowałam się zapaść pod ziemię.

Ja również postanowiłam być twórcza i oprócz rozmyślań ( twórczych), jak tu zorganizować z naszą bandą wyjazd na Camino ( nasze marzenie), zaczęłam czynić spis książek do przeczytania. Camino przewija się w moich pomysłach już kilka lat. Nawet po dogłębnych studiach ustaliłam, że z dziećmi pójdziemy trasą angielską, niepełną- do Santiago zaledwie siedemdziesiąt kilka kilometrów, ale  za to łagodną i wózkową. Mija kilka lat, kończy się czas wózka w naszej rodzinie, ale pojawiają się kolejne przeszkody. Droga lądowa staje się jakby trudniejsza a samoloty dla takiej ekipy nadal mało dostępne. Ukochany się śmieje, słusznie zapewne, że jeszcze kilka lat cierpliwości i będziemy mogli iść sami. Ale to chyba nie to samo.

Wracając do czytania.
Postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu "Przeczytam 52 książki w 2016". No i zaczęłam robić spis.
Przy okazji przypomniałam sobie jak trafiłam na moich ulubionych autorów.
I Pratchetta, i Pilipiuka przyniosła do domu Marta. A że było to w czasach kiedy jeszcze czytałam to co moje dziecko (taka lekka kontrola) wsiąkłam. O obu muszę napisać kiedyś osobno, bo hołd im się należy:)))
W zeszłym roku natomiast, przez przypadek szwendając się po internetach, trafiłam na dwie młode, polskie autorki. Lekturę ich dzieł przypłaciłam zalewem żółci, sinieniem i jeszcze innymi niezbyt twarzowymi barwami. Jak mając lat tak niewiele można tak pisać i tyle? Jak ja ich nie lubię, ale za to czytać będę!
Mówię tu o Oldze Rudnickiej i jej kryminałach, szczególnie "Natalii 5", które urozmaicąły  mi urlop oraz o Marcie Kisiel. Swemu dziecku najstarszemu, które wtedy planowało wyjazd do Wrocławia kupiłam "Nomen omen". Przeczytałam jak za dawnych lat, robiąc wszystko jedną ręką i bez oczu. Trudno było. Zaczęłam też "Dożywocie", ale dokończyłam je dopiero w tym roku czyli ma numer 1.
Drugą tegoroczną pozycją była książka Elbanowskich "Ratujmy maluchy, rodzicielska rewolucja". Pojawiła się pewnego dnia za sprawą listonosza, z przemiłą dedykacją ( a co tam pochwalę się ): Dla najkochańszych Walczaków. Zaczęłam ją podczytywać i wsiąkłam. Tak jakbym gadała sobie po raz kolejny z Karoliną o rzeczywistości polskich szkół, rodzin. Trzeba przyznać, że jednak znałam zaledwie wycinek i to ten łagodniejszy. To numer dwa.
No  i trójka. Emma Kennedy i " Camping story". Tylko, że przez nią zatęskniłam do wakacji i niestety, niestety do pewnego samochodu. Razem z Jasiem,który mnie rozumie w mej tęsknocie do wielkiego,  niezawodnego wozu, dającego efekt "łał". Do LAND ROVERA DEFENDERA. Najlepiej takiego wiekowego, dla konesera. A podobno czytanie książek nie szkodzi...

P.s.Jeśli znacie jakieś pozycje godne polecenia, szczególnie jeśli nie są to rozprawy filozoficzne to proszę o podpowiedzi. Pozdrawiam.

piątek, 6 listopada 2015

Zsiłopad :))

Mój ulubiony bohater ulubionego angielskiego serialu czyli Powolniak mówi pewnego poranka do swojej żony:
-Mamy z szympansami wspólne 98% genów a mi rano chce się papierosa a nie banana!
U nas rodzinnie chyba tych genów wspólnych z szympansami jest jeszcze więcej, bo wszyscy uwielbiają banany ( oprócz mnie, ale ja jestem przyszywany Walczak) a do tego mój mąż twierdzi, że jest koniem , bo uwielbia płatki owsiane. Jako, że według swych córek ( i nie tylko) jest najwspanialszym facetem na świecie dziś rano dostał takie śniadanko



To są ciasteczka bananowo-owsiane z serkiem i bananami:)
Przepis na bardzo łatwe ciasteczka Tutaj. Dla mnie zrobiły się tylko zbyt mokre, następnym razem dodam mniej bananów ( albo mniejsze).
Nauka kwitnie, tak jak różne spory i pretensje typu:
-To za dużo
-A ja mam więcej do zrobienia niż ona
-Sam ustalę co mam robić, nie martwcie się
- No nie, muuuszę?
-Dajcie mi spokój!
Oczywiście wszystko w kontekście naukowy, inne pomijam:)
Ale jakie później jest zadowolenie, kiedy dział matematyki kończy się z wynikiem 80% i to rozszerzony.
Przy okazji powstają takie dzieła:

Jakby ktoś nie zrozumiał:), to jest Ziemia, która krąży wokół Słońca a z Plutona atakują ją złe robaki ( bakterie, które możliwe, że tam żyją). Jak się domyślacie to wizja Józia po wykładzie na temat Układu Słonecznego :))))
Chciałam poinformować, że samochód działa. Tak cudem, nie będę wnikać w szczegóły ale cudem.

Jako, że nasz listopad jest szary i nieco ponury w domownikach wzrasta potrzeba zawijania się w kocyki, popijania herbatek z rozgrzewającymi dodatkami i nic nierobienia czytaj czytania.  I tu rewelacyjne odkrycie. Swego czasu zrobiłam ( bez przekonania) tak zwany dżem wileński. Z jabłek, śliwek z dodatkiem cynamonu i imbiru. Robiłam go w słoneczne, jeszcze ciepłe dni i tak jakoś mnie nie przekonywał. Teraz otworzony jest świetny, lekko rozgrzewający i pachnący.
Mamy takich przyjaciół, którzy nas zawstydzają dbaniem o nas. Dostarczają a to kaczuszkę, a to gąskę albo słoje z żurawiną. Taką utarta z cukrem, do trzymania w lodówce. Wyjmuje się taki słój , napawa kolorem a potem łycha żurawinki do wrzątku lub do herbatki.
 Niektórzy co prawda wyżerają łyżkami prosto do buzi.
A tak wygląda zmierzch na naszej wsi, bardzo często występują u nas zamglenia co daje poczucie wyciszenia, ale i smutku. Tylko czytać!
I tu miał nastąpić wywód na temat książek.
Wspomnę tylko o jednej. Przypomniałam sobie o niej na zasadzie dziwnych skojarzeń. Zostało troszkę z wczorajszej zupy. Jak to zwykle bywa, tyle, że pożywi się co najwyżej jedna osoba lub dwie niewielkie. I tu błysk: jacy ci Cyganie byli mądrzy. Podobno w ich kociołkach zawsze musiało coś zostać. W razie głodu można było dolać wody i zawsze jakaś zupa mniej lub bardziej wodnista powstała. A tego dowiedziałam się z nowego tomu opowiadań Pilipiuka pt. Reputacja. Polecam. Zwłaszcza na akie listopadowe szarugi.
A skoro przy jedzeniu jesteśmy to już za chwilę będzie można nabyć "Wielokuchnię" Agaty Puścikowskiej. Autorki znanej z "Gościa Niedzielnego" i mamy piątki dzieci. Ostrzę już sobie pazurki zwłaszcza, że podtytuł w skrócie brzmi : jak zrobić coś z niczego. A tego nic jest u nas dużo:))) Zwłaszcza jak się chłopcy dorwą do lodówki. Rozmyślam nad kłódką i alarmem na wejściu do kuchni!
C.D.N

wtorek, 7 lipca 2015

Mieszane uczucia

Wpadłam po uszy. Karygodne zaniedbania w pisaniu czy to bloga czy artykułów są spowodowane przez pewnego zakonnika. Niestety tak całkiem nie mogę zrzucić na niego winy ponieważ jest postacią fikcyjną a nawet gdyby nie był to żył w głębokim średniowieczu:)
Muszę więc wziąć winę na siebie.
Na zaprzyjaźnionym blogu ujrzałam odnośnik do jeszcze innego bloga z książkami. Już nieraz tam bywałam, ale teraz zelektryzowało mnie już pierwsze zdanie. Momentalnie ujrzałam tę scenę w wyobraźni. Mówię o mamie Borejkowej, która pilnujac wnuków czytała przygody braciszka Cadfaela. Nie wiem jak to się dzieje ale czas kanikuły w moim przypadku to zawsze czas czytania kryminałów, albo sensacji, albo i thrillerów, których normalnie unikam. Takie zapotrzebowanie rośnie w organizmie pod wpływem promieni słonecznych.
Wracając do Cadfaela, to po przeczytaniu dawno, dawno temu u Musierowiczowej o Ellis Peters i jej bohaterze zapragnęłam oczywiście natychmiast się z nim zapoznać. Niestety w tamtych czasach znalazłam tylko jeden tom po polsku, reszta w oryginale. Jako, że za słabo władam tym językiem był wtedy dla mnie niedostępny:( Teraz został mi przypomniany a i dostępność polskich tomów jest satysfakcjonująca.
No i jak zaczęłam bywać w średniowieczu to zaginęłam. A chciałam przeczytać tylko jeden tom, żeby resztę ewentualnie wyróżnić zabraniem na urlop. Niestety wygląda na to, że urlop już się zaczał:)
Po  ostatnim poście uświadomiłam sobie, że  moje dzieci nie czytały jeszcze Durrella ( cóż za zaniedbanie) i rozpoczęłam poszukiwanie egzemplarzy a Zosia niecierpliwie czekała po zamówieniu, że ona pierwsza. No i nie znalazłam, znowu ktoś pożyczył i nie oddał:(  Już dwukrotnie musiałam dokupić dzieło. Będzie trzeba trzeci raz. Jedyny problem jest taki, że jak znam tę książkę rozpocznie się marudzenie o wyjazd do Grecji:). Ja sama po przeczytaniu po raz pierwszy byłam gotowa natychmiast ruszyć na Korfu, najlepiej na zawsze. I nic nie pomagały wewnętrzne tłumaczenia, że i ta wyspa zdążyła się zmienić od czasów młodości autora. Tęsknota w sercu pozostała i jeśli kiedyś będzie okazja to się nie zawaham:))))
No i patrząc na wstęp ( bo to dopiero wstęp) do posta to raczej teraz nie spiszę tego wszystkiego co sobie wypunktowałam na karteczce:) Bo mi czytelnicy pomrą:)
W poprzednia środę odwiozłam moją mamę na lotnisko i pofrunęła do mojej siostry, do Angli. Na razie na rok, a może i na dłużej.
Natomiast wczoraj, wyrywając mnie z opactwa zadzwonił z Pragi mój brat. Pracuje tam już od dwóch miesięcy, co weekend wracając do Gdańska do rodziny. Jak sam powiedział tak się życ nie da, więc pewno żona i dzieci przeprowadzą się do grodu nad Wełtawą. Tu proszę zwrócić uwagę na moje obeznanie geograficzne. Niby nic a jednak ! Nie muszę co zdanie używać nazwy miasta, bo znam inne określania. No moja inteligencja błyszczy;-)
ważniejsze jednak od mojej inteligencji są dziwy, które prawił o narodzie czeskim wyrastającym wszak ze Słowiańszczyzny jak i my. Podobno są kompletnie niezorganizowani i pozbawieni inicjatywy własnej. Jak to określił mój braciszek nic dziwnego, że w swej historii ciągle komuś podlegali. To co prawda uproszczenie, ale wiadomo o co chodzi:) Ale co najważniejsze mają bezrobocie na poziomie 1-2%. Jak oni to zrobili????


Hania:
-Dlaczego jedziemy z tatą na zakupy?- pytanie w sensie czy trzeba  kupić coś do czego są potrzebne np. buty o odpowiednim rozmiarze
-Żeby pomóc tatusiowi i z nim pogadać.
-Jak to? Z tatą nie da się poważnie pogadać!
-Jak nie? Tata jest bardzo poważnym człowiekiem.
-Tak??? To nie znałam go od tej strony!


No i o mieszanych uczuciach nic nie napisałam. Więc będzie dziś dalszy ciąg:))))