Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja domowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja domowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lutego 2016

Dlaczego?

Dopadł nas wirusik. Złe samopoczucie, bóle pleców i karku. Na szczęście krótkotrwały.
Niemniej pojawiło się w mej głowie pytanie: dlaczego?
Dlaczego, kiedy czuję się jak mokra ścierka albo sprasowany żelek moje dzieci mają najwięcej energii? Dlaczego akurat wtedy są najgłośniejsze, najbardziej rozmowne i mają najwięcej pytań? Dlaczego wtedy właśnie ich ojciec ma najgorszy młyn w pracy a starsze rodzeństwo egzaminy do pozdawania? Dlaczego wtedy można sie przylepić do podłogi, nie ma nic do picia ani do zabawy? Dlaczego wtedy stają się przeciwnikami gier komputerowych i bajek do oglądnięcia? Przecież normalnie walczą o nie zaciekle i do łez. Dlaczego wtedy główną atrakcją jest bieganie po domu i wrzeszczenie?
I nie znalazłam odpowiedzi. Bo przecież pomiędzy tymi wrzaskami słyszę:
-Pituś chodź, mama jest chora.
albo
-Cicho, no bądźcie CICHO, mama źle się czuje!- mam wrażenie, że zostali poinformowani i uciszeni również sąsiedzi w promieniu przynajmniej 3 kilometrów.

W przerwach od chorowania zrobiliśmy kilka fajnych rzeczy. Przed jedną przestrzegam.
Dałam się skusić na zabawę z mąką. Bardzo prosta i atrakcyjna. Wsypuje się warstwę mąki, bądź  kaszy manny do dużej blaszki i dziecko może rysować literki, obrazki, słowa albo paluszkiem, albo patyczkiem. Moje dzieci poświęciły twórczości jakieś 5 minut. Potem były bardziej zajęte sama mąką. Osobiście uważam, że dysponuję całkiem dużą, wyćwiczoną przez lata w ciężkich bojach odpornością na dziecięcy bajzel. Tu jednak zaczęłam zgrzytać zębami i zaproponowałam dzieciom zejście mi z oczu póki nie sprzątnę. Takim specjalnym tonem, który włącza się przy nielicznych okazjach i potomstwo bardzo szybko nań reaguje. Mąka była wszędzie. Na potomstwie również, więc wprowadziłam poprawki i niektórzy zeszli mi z oczu po drodze zahaczając o brodzik i świeże ubrania. Koniec, nigdy więcej.
 Natomiast kilka kolejnych doświadczeń i zabaw było bardzo fajnych.

Tutaj na przykład wędrująca woda. Potrzebne barwiki, które dobrze rozpuszczaja się w wodzie. W słoikach z samą wodą ma dojść do wymieszania kolorów, czyli ma powstać fioletowy, zielony i pomarańczowy. U nas szło to bardzo powoli, bo fragmenty białego papieru toaletowego kilkakrotnie musiały być wymieniane. Odkrywcy po prostu widząc wędrujące barwy nie mogli powstrzymać się od macania i sprawdzania, zrywali przy tym delikatne połączenia między naczyniami i trzeba było zaczynać od nowa. Do rana w spokoju barwy się wymieszają. Ale jakie niezwykłe napięcie, obstawianie, który kolor wędruje najszybciej i propozycje machlojek, by przyśpieszyć proces:)))
Robiliśmy też własnoręcznie grę logiczną.

W wersji dla młodszych i starszych.
W tym czasie ci najmłodsi mieli posegregować guziki i koraliki. I jak to u nas zabawa nabrała rumieńców dopiero wtedy, gdy do naczynia przeznaczonego na guziki dolałam wody. Miałam ich z głowy na ponad godzinę.
Jak można się domyślić wszystko dookoła było też mokre.
Jutro mam zamiar ZMUSIĆ ich do oglądnięcia " Godziny pąsowej  róży" z 1963 roku. Zobaczymy jak wyjdzie zderzenie z ówczesną kinematografią. Chciałam, żeby kobitki przeczytały książkę, ale po przeryciu całego domu stwierdzam, że zapadła się pod ziemię. Zostaje film.
Józio ma natomiast obiecaną produkcję chmury, a starsi wykład na temat DNA. Dziś prelegent był na zwolnieniu.
Muszę trochę nadrobić zaległości, bo ostatnio czytałam tylko literaturę fachową, układałam program zajęć i nieco zaniedbałam towarzystwo. Nie to, żeby marudzili, ale pojawiły się głosy, że niektórzy by wrócili do szkoły a to wskaźnik zaniedbania;-)
Od razu się przyznam, że pomiędzy podsypiałam, puszczałam dzieciom bajki i pozwalałam na bieganie z bronią. No ale miałam zwolnienie...

piątek, 6 listopada 2015

Zsiłopad :))

Mój ulubiony bohater ulubionego angielskiego serialu czyli Powolniak mówi pewnego poranka do swojej żony:
-Mamy z szympansami wspólne 98% genów a mi rano chce się papierosa a nie banana!
U nas rodzinnie chyba tych genów wspólnych z szympansami jest jeszcze więcej, bo wszyscy uwielbiają banany ( oprócz mnie, ale ja jestem przyszywany Walczak) a do tego mój mąż twierdzi, że jest koniem , bo uwielbia płatki owsiane. Jako, że według swych córek ( i nie tylko) jest najwspanialszym facetem na świecie dziś rano dostał takie śniadanko



To są ciasteczka bananowo-owsiane z serkiem i bananami:)
Przepis na bardzo łatwe ciasteczka Tutaj. Dla mnie zrobiły się tylko zbyt mokre, następnym razem dodam mniej bananów ( albo mniejsze).
Nauka kwitnie, tak jak różne spory i pretensje typu:
-To za dużo
-A ja mam więcej do zrobienia niż ona
-Sam ustalę co mam robić, nie martwcie się
- No nie, muuuszę?
-Dajcie mi spokój!
Oczywiście wszystko w kontekście naukowy, inne pomijam:)
Ale jakie później jest zadowolenie, kiedy dział matematyki kończy się z wynikiem 80% i to rozszerzony.
Przy okazji powstają takie dzieła:

Jakby ktoś nie zrozumiał:), to jest Ziemia, która krąży wokół Słońca a z Plutona atakują ją złe robaki ( bakterie, które możliwe, że tam żyją). Jak się domyślacie to wizja Józia po wykładzie na temat Układu Słonecznego :))))
Chciałam poinformować, że samochód działa. Tak cudem, nie będę wnikać w szczegóły ale cudem.

Jako, że nasz listopad jest szary i nieco ponury w domownikach wzrasta potrzeba zawijania się w kocyki, popijania herbatek z rozgrzewającymi dodatkami i nic nierobienia czytaj czytania.  I tu rewelacyjne odkrycie. Swego czasu zrobiłam ( bez przekonania) tak zwany dżem wileński. Z jabłek, śliwek z dodatkiem cynamonu i imbiru. Robiłam go w słoneczne, jeszcze ciepłe dni i tak jakoś mnie nie przekonywał. Teraz otworzony jest świetny, lekko rozgrzewający i pachnący.
Mamy takich przyjaciół, którzy nas zawstydzają dbaniem o nas. Dostarczają a to kaczuszkę, a to gąskę albo słoje z żurawiną. Taką utarta z cukrem, do trzymania w lodówce. Wyjmuje się taki słój , napawa kolorem a potem łycha żurawinki do wrzątku lub do herbatki.
 Niektórzy co prawda wyżerają łyżkami prosto do buzi.
A tak wygląda zmierzch na naszej wsi, bardzo często występują u nas zamglenia co daje poczucie wyciszenia, ale i smutku. Tylko czytać!
I tu miał nastąpić wywód na temat książek.
Wspomnę tylko o jednej. Przypomniałam sobie o niej na zasadzie dziwnych skojarzeń. Zostało troszkę z wczorajszej zupy. Jak to zwykle bywa, tyle, że pożywi się co najwyżej jedna osoba lub dwie niewielkie. I tu błysk: jacy ci Cyganie byli mądrzy. Podobno w ich kociołkach zawsze musiało coś zostać. W razie głodu można było dolać wody i zawsze jakaś zupa mniej lub bardziej wodnista powstała. A tego dowiedziałam się z nowego tomu opowiadań Pilipiuka pt. Reputacja. Polecam. Zwłaszcza na akie listopadowe szarugi.
A skoro przy jedzeniu jesteśmy to już za chwilę będzie można nabyć "Wielokuchnię" Agaty Puścikowskiej. Autorki znanej z "Gościa Niedzielnego" i mamy piątki dzieci. Ostrzę już sobie pazurki zwłaszcza, że podtytuł w skrócie brzmi : jak zrobić coś z niczego. A tego nic jest u nas dużo:))) Zwłaszcza jak się chłopcy dorwą do lodówki. Rozmyślam nad kłódką i alarmem na wejściu do kuchni!
C.D.N

środa, 7 października 2015

To co zwykle

Trudno mi dorwać komputer:) Pomimo, że internet już działa. Dzieje się wiele a w przerwach zapadam na jesienną chorobę zwaną : może coś poczytam:) nie jest to nic absolutnie ambitnego. Właściwie raczej coś co pozwala wyłączyć mózg. Lekkie angielskie kryminały, nawet nieco nudne przy którymś kolejnym bo przewidywalne. Jako wygaszacz podenerwowania doskonałe. Lub szydełko.
Prekursorzy nie maja łatwo:) Nachodzą mnie wątpliwości czy dobrze zrobiliśmy zostając pod opieką szkoły, która nie ma doświadczenia w edukacji domowej i w sumie też narzędzi wsparcia. Są zestresowani tym, że mają przeegzaminować nasze dzieci, a  z drugiej strony materiał musimy z nich wyciskać. Wobec braków w wiadomościach i nieumiejętności robienia np. notatek chwilowo niektórzy są mocno sfrustrowani. Dotykamy jakiegoś zagadnienia i musimy się cofnąć. Jaś jest w klasie politechnicznej i np. nie może ruszyć kinematyki bo leżą funkcje trygonometryczne. Trygonometria chwilowo przystopowała, bo trzeba powtórzyć funkcje kwadratowe. Marysia ma etap: po co mi to wiedzieć. Nauczona przez wiele lat szkolnych, że oceniana jest odtąd dotąd ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że wąż Eskulapa, o którym uczy się na biologii ma powiązania z Asklepiosem i mitami greckimi, całym ziołolecznictwem. Chyba o nią boję się najbardziej, bo chwilowo ma postawę : dajcie mi spokój. A spokoju dać nie możemy. A przez podejście szkoły boimy się działać inaczej, projektowo, indywidualnie. Moje bardziej doświadczone koleżanki uspokajają, że ten pierwszy semestr jest zawsze najgorszy, kryzysowy.
Zosia musiała cofnąć się do swojej siostry do klasy niżej , bo również miała braki z matmy. Wiecie jakie to obraźliwe, że musiała robić  TE same zadania co Hania.
Po Hani natomiast widzę skutki pójścia rok wcześniej. Ta słynna czwarta klasa jest dla niej bardzo trudna.
I choć jest teraz ciężko, przypomina to przedzieranie się przez kolczasty żywopłot dodatkowo urozmaicony  minami to widzę , że ratuje to moje dzieci. Nie wiem jak wyglądałaby matura Jasia, może dołączyłby do grona tych, którzy zaniżają wyniki z matematyki i nad którymi płacze system: polskie dzieci nie umieją matematyki! Bo trója czy dwója z jakiegoś działu, przemknięcie w cieniu nie dają możliwości dalszej pracy tylko powodują nawarstwianie braków. Marysia ma ciężki czas, kiedy musi odkryć to co ją interesuje, kim jest i czego w życiu chce. Hania mam nadzieję łagodniej przejdzie przez swoje trudności.
Jedyny który jest w pełni zadowolony to Józio, ale on jest szczęściarzem. Nie miał do czynienia ze szkolną nauką, jest nieskażony:) I już wiemy : lubi czytać i bardzo chce, świetnie zapamiętuje słówka np. w angielskim, natomiast nie lubi szlaczków, pisania, rysowania.

Ale kwitną relacje między nimi:) I wbrew czarnej scenerii opisanej powyżej przez większą część czasu są uśmiechnięci i zadowoleni. Starsi zwłaszcza od momentu kiedy powrócił internet.  A i jeszcze Jasiu uczy się angielskiego oglądając odcinki House'a po angielsku. Po czym chwali się:
-Ja mam bogate słownictwo, zwłaszcza medyczne.
Na co Marysia:
-A ja nie mogę grać w gry i dlatego nie miałam okazji podszkolić się w angielskim...
Pozostawię bez komentarza.

W niedzielę rano w kuchni. Jaś pyta Zośkę:
-Od której strony obiera się ogórka?
-Od zielonej!

Muszę utrzymać pion. I dlatego szybko popełniłam czapeczkę dla Piotrka. Wszak idzie ochłodzenie. Poprzednią gdzieś posiał:) Minus tego jest taki, że ustawiła się kolejka, bo oni też chcą. Każdy inną. Józio oczywiście jaką , no jaką? Indiańską!

Bardzo ruchliwy ten model:)
A właśnie skojarzyło mi się. W nocy wyłazi z łóżeczka, żeby się pobawić a potem płacze. Taki mały dodatek, żebyśmy nie koncentrowali się tylko na ED:)








czwartek, 1 października 2015

Ostatni puzzel

Już pisałam, że lubimy puzzle:) Najwspanialej jest, gdy należy włożyć ostatni puzzel na swoje miejsce. Mały kawałeczek a powoduje, że obrazek jest pełny i ma sens.
U nas jest tak w tej chwili. Minął pierwszy miesiąc edukacji domowej, jestem zmęczona, cały czas na nogach, bez mego ukochanego świętego spokoju a jednocześnie mam wrażenie, że wszystko w końcu jest na swoim miejscu. Jestem z moimi dziećmi, spędzamy razem czas, odkrywamy świat...Nie jestem już firmą logistyczno-transportową. Wieczorem padam na twarz bez wyrzutów sumienia, że unikałam moich dzieci, szukałam chwili spokoju. Wieczorem wychodzę  z moim mężem z miłym poczuciem, że dobrze i mi i dzieciom zrobi chwila odosobnienia.
A ile atrakcji po drodze!
Don Pedro dostał swój pierwszy w  życiu pociąg. Oczywiście dla wszystkich stał się najatrakcyjniejszą zabawką na świecie. Zaczęły się budowania torów, tras, przeszkód, kozy i krowy goniące za pociągiem. Płynnie przeszliśmy do budowy kolei amerykańskiej i napadów indiańskich na pociągi. Stąd już tylko krok do świata Indian, historii Dzikiego Zachodu ( patrz Domek na prerii), gorączki złota. I tak powoli otwierają się przed nami kolejne interesujące furtki:))) Nie wiem co prawda czy się zmieścimy w programie MENu ale dzieciaki na pewno mają szanse na bycie erudytami:)
I tu mam pytanie: czy ktoś zna jakiś mało krwawy, lekki western? Najlepiej z pociągiem. Liczę na Was:)))

Po drodze są też trudności. Ten kryzysuje, bo musi przekopać się przez swoje zaniedbania zanim ruszy do przodu. Tamten ma problemy z koncentracją, 6 lat kończy dopiero w listopadzie i to widać. Ta lektura jest nudna i wcale Jej nie interesuje jak się skończy. A Ta jeszcze leje łzy jak jej coś nie wychodzi. A co najważniejsze wszyscy znają lekarstwo na bolączki pozostałych i szczerze mówiąc mądrzą się straszliwie. Tylko nie wtedy kiedy trzeba:)))
Jak Asia:
-To jest proste jak...żołędź!!!
Po drodze są  również ogórki do zrobienia, powidła i kapusta kiszona:)
No i brak internetu. Według przysłowia: szewc bez butów chodzi. Padł router, który jakoś rozsyłał internet po całym domu. W związku z tym mój komputer, który ma internet własny jest okupowany od rana do wieczora. A to nauka języków, praca o strojach w starożytnym Rzymie, Zemsta Aleksandra Fredry do obejrzenia, zadania z fizyki, sprawdzian z oświecenia....Ot prosty powód niepisania. Ale jest szansa, bo niebawem ma się pojawić nowy router i będę mogła pisać ( za czym się stęskniłam). Będę mogła również na Was przetestować taki mały pomysł:) Nie uciekać proszę!!!

Asia ma bluzę z napisem: Bardzo kocham mojego tatę. Podchodzi do własnego ojca i żąda:
-Przeczytaj mi!- tu wypina dumnie pierś
-Bardzo kocham mojego tatę- czyta posłusznie rodziciel, zadowolony z przesłania:))
-Ja też, ja też!-woła dziewczę.


czwartek, 17 września 2015

Mowa nienawiści:)

Niestety polityka wciska się w życie codzienne czy tego chcemy czy nie. Zupełnie jak w Vabanku:
-Nie interesuję się polityką.
-Ale polityka interesuje się panem.:))))
U nas w domu pojawiła się mowa nienawiści, tak przynajmniej twierdzą niektórzy.
Marynia ciężko przechodzi adaptację do nauki w domu. Z powodu... Nie z powodu późniejszego wstawania, nie z powodu posiadania czasu na wymarzone zajęcia, nie z powodu samodzielnego ustalania planu pracy, nie z powodu masy książek nieustannie w zasięgu ręki, czy też filmów do obejrzenia których zachęcają rodzice i starsi wiekiem bracia. Nie z powodu materiału do nauki, tylko z powodu egzekwowania pracy własnej przez najstarszą siostrę tudzież rodzicieli. Przyzwyczajona do przemykania w cieniu, odfajkowywania prac straszliwie się burzy na konsekwentne  sprawdzanie. Test z potęg? Nieważne, że niezaliczony, przecież był. Tak niestety jest w szkole, że nie ważne jest czy coś umiesz. Był sprawdzian ? Był. Nikogo nie obchodzi, że tego materiału nie umiesz. No ewentualnie jeśli jesteś zagrożony. A teraz Marysia stanęła przed zadaniem: masz to umieć a nie zdawać. I wspomniane potęgi należy powtórzyć, więcej zrobić zadania, które się ominęło. I napisać test sprawdzający jeszcze raz. A starsza siostra w swoim żywiole, wszak matematyka to jej konik.
-Marta, Twoje dzieci będą biedne!
-Dlaczego jesteście dla mnie takie wredne?- to do mnie i Marty, gdy okazało się, że dziecko jednak niewiele umie.
-Ona specjalnie tak wrednie rozwiązuje te zadania, żeby wyszły inne wyniki niż mi!
-Mamo, ona to robi specjalnie, żebym nie umiała!
No i jak widać jest, nie tylko znana z polityki mowa nienawiści ale i nienawistny sposób rozwiązywania zadań. A najgorsze ( z punktu widzenia Marysi) to, to że fakty ułożyły się tak, że Martusia jeszcze ten rok zostaje w domu. Ja się akurat cieszę:)

I kolejne zdarzenie ocierające się o politykę. Ostatnio sypano gromy na Biedronkę. O jakże niepotrzebnie! Wczoraj przekonałam się, że Biedronka ratuje życie. Jechaliśmy już o zmroku na spotkanie wspólnotowe. I w pewnym momencie udało nam się ominąć pieszego idącego poboczem. Nieprzepisowo nie miał żadnych odblasków, ubrany na czarno, ale miał.... biało-żółtą siatkę z Biedronki. To pozwoliło nie zrobić mu krzywdy( na szczęście !!!). I co się wrednie czepiają?!!!

wtorek, 15 września 2015

Urodziny

Wrzesień w naszej rodzinie to nie tylko początek roku szkolnego ale i zalew imprez urodzinowych. Jako, że występują masowo usiłuje unikać ich jak ognia ( przynajmniej w lecie). Budzi to oczywiste niezadowolenie i szemranie w narodzie zgromadzonym pod naszym dachem.
Jest nas dwanaścioro i można by obstawić równomiernie cały rok, to nie, wszyscy muszą w dużych grupach, bo inaczej czuja się samotni. Jedyni, którzy wyłamali się od reguły to Marta i Józio obstawiający swoje miesiące w pojedynkę. Wrzesień jest obłożony straszliwie, podobnie jak styczeń i lipiec. Marta obstawia maj a Józio listopad. Reszta miesięcy nas nie interesuje.
We wrześniu swiętowanie zaczynamy z lekkim wyprzedzeniem, bo w przedostatni dzień sierpnia gwiazdą jest Zosia, potem ja (czyli pierwszy weekend ), tydzień po mnie Piterek, a pod koniec miesiąca Hania.
W tym roku mamy za sobą 11 urodziny Zosi, moje dobrze osiemnaste i drugie Piotrusia. Tak Don Pedro skończył 2 lata! Przed nami tylko urodziny Hani. A urodziła się 23 września w święto ojca Pio. A było to tak. Co prawda tę historię opisywałam chyba w książce ale mogę ją powtórzyć.
Całą ciążę modliłam się do ojca Pio, czułam dziwny niepokój. Akurat podczas tych 9 miesięcy często jeździłam do porodów domowych. Jedna z moich rodzących jest specjalistką od wszelakich świąt i patronów. Podczas jej porodu chciała rozmawiać, więc zabawiałam ją rozmowami o różnych imionach. Śmiałam się, że bardzo chcę Pię-po moim ulubionym świętym, ale Ślubny zagroził, że po jego trupie. Nie mogę więc ryzykować.
Hani poród zaczął się w domu, na moją prośbę zakończył się w szpitalu. Cięciem cesarskim. To już niezależnie ode mnie. Hania jak się okazało była straszliwie oplątana pępowiną i źle wstawiała się do kanału rodnego. Było to bardzo niebezpieczne. To był pierwszy sygnał szczególnej opieki. Mój Ukochany pod wpływem chyba traumatycznych przeżyć zapisał dzieciątko jako Hanna Pia. I nie padł trupem. A potem w Adwencie czyli dobre dwa miesiące później spotkałam moją rodzącą, która uświadomiła nam, że Haneczka urodziła się w samo święto swego patrona o czym wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Przypadek? Chyba nie.
Ostatnio mamy znowu dużo przypadków:)
Hania z Marysią marudziły o spodnie. Jedna została zupełnie bez a druga delikatnie pragnęła kolejnych. Osiągnęła już pierwszą fazę w byciu kobietą czyli:
-Nie mam się w co ubrać.
Wrześniowe zawirowania spowodowały moją głęboką niechęć do wszelakich zakupów z prozaicznego i znanego wszystkim rodzicom powodu. Kryzysu na dużą skalę:)
Ponieważ nie chodzą do szkoły i mają jeszcze spódnice nie przejęłam się za bardzo brakami. Poradziłam tylko latoroślom, szczególnie tej nastoletniej, bardziej roszczeniowej by się pomodliła. Po ludzku to na spodnie jeszcze poczeka. Następnego dnia pod wieczór odebrałam telefon od dalekich znajomych. Oni od swoich znajomych dostali rzeczy dla dziewczynek. Odebraliśmy trzy torby. W domu lekko mi opadła szczęka i do tej pory jej poszukuję. Szczególnie rozwaliła mnie pierwsza rzecz, którą wyjęłam z torby. Kombinezon do tańca, o którym marzyła Zośka, a który w ogóle został odłożony na czas świąteczny. Potem był oczywiście zalew spodni dla dziewczyn, buty takie jakich nam brakowało i inne cuda. Wszystko markowe, sprawiało wrażenie nieużywanego. Dosłownie kilka rzeczy nie pasowało. Znowu przypadek? Na pewno nie. W związku z tym czym ja się w ogóle martwię???

Wychodzi na jaw, że dzieci nie umieją się uczyć. Jedno jest niecierpliwe, inne nie znosi porażek i przeraża swą ambicją a jeszcze inne ma zawsze czas.
Dziś Hania pracowała ze słownikiem i miała między innymi znaleźć hasło HIPOKRYTA. Trochę rozmawiałyśmy, bo nie do końca zrozumiała. Po wyjaśnieniach stwierdziła:
-Ja to czasami jestem hipokrytą.
Pospieszyłam z pocieszeniem:
-Wiesz, większość ludzi ma z tym czasami problem.
Na to Józio, który cały czas się przysłuchiwał:
-Ja to nigdy nie muszę być hipokrytą! Zawsze mówię prawdę ( tu narrator nie może się zgodzić).
Po chwili:
-No tylko raz Lence powiedziałem, że ją lubię a jej nie lubiłem.
I jeszcze po chwili:
-I mówiłem, że lubię mięso na obiad a nie lubiłem.
I znowu:
-I nie znoszę leżakowania a udawałem...Ale ja nie jestem hipokrytą. Musiałem tak mówić, żeby się koledzy nie śmiali.
I to jest to co uwielbiam w tym byciu z nimi. Te rozmowy, przedzieranie się przez  różne życiowe doświadczenia. W przypadku gimnazjum i liceum mam wrażenie utraconego czasu. Ale dopiero zaczynamy.
Choć Marysia jest ewidentnie podmieniona i to chwilowo na bardzo nieudolną kopię. Widzę tylko, że czułość i rozmowy w porę i nie w porę nieco rozpuszczają ten obcy pancerzyk.

Już jutro o babie i dziadzie oraz o rysowaniu:)